– 149 –

Z tych nerw to mnie w głowie się kręci oraz w brzuchu też. Prawie się muszę szczęką wgryzać w blat biurka, aby nie zacząć wycofywać się raczkiem z tego co wczoraj powiedziałam. Znaczy powiedziałam to co myślę i jak odbieram sytuację całą, ale to nie znaczy, że nic nie czuję.

Więc staram się zająć robotą, a w głowie jakiś świder cały czas świdruje i boruje: „a jesteś pewna, a na pewno, a przecież chcesz czegoś innego, a może jednak, a …” sramto, tamto i owamto.

Więc tak świdrze w mojej głowie:

1. Jestem pewna (albo raczej jestem nie pewna, nie chcę, ale nie oszukujmy się, tak jak było, też być nie może, zaś powiedzenie „jak się nie ma co się lubi…” zupełnie tutaj się nie sprawdza i byłoby strzelaniem goli do własnej bramki z uporem maniaka).

2. Tak – na pewno (no dobrze – o tyle o ile starczy mi samozaparcia, a w brew pozorom jest go mniej niż więcej).

3. Tak – chcę czegoś innego – i w tym rzecz. Chcę współbycia, normalności, spokoju, poczucia bezpieczeństwa, poczucia stabilizacji (ale mam wymagania – co nie?). Tym co zupełnie pozostaje poza strefą moich zainteresowań jest: upychanie mnie w tak zwany „między czas” pomiędzy inne rozliczne rozrywki i obowiązki; zapominanie o mnie na kilka dni, by nagle sobie przypomnieć, gdy jest to praktyczne (albo sama nie wiem jakie), może wygodne (ciężko powiedzieć – jeszcze się kryształowej kuli nie dorobiłam).

4. A może jednak… nie – jestem człowiekiem, żyję, mam uczucia, liczę się z uczuciami i emocjami innych osób i tego samego oczekuję.

Bez względu na to, jak dużą mam w sobie potrzebę bliskości, potrzebę kogoś (określonego), to mam jeszcze większą potrzebę chronienia siebie przed tym co mnie rani. Długo do tego dorastałam, sama nauka tego też był bolesna, więc czas z niej skorzystać. Nawet jeśli to korzystanie z posiadanego doświadczenia i wiedzy o tym czego się chce od życia i ludzi, ale też od samej siebie, boli.

Więc tym co sobie życzę na ten rok, jest to abym umiała czerpać z posiadanego doświadczenia i posiadanej wiedzy, nawet jeśli w danej chili to na prawdę mocno dusi. tak mocno, że chwilami trudno jest zaczerpnąć oddech. Więc zajmę się dalszym wgryzaniem w blat biurka, trochę sobie wewnątrz pokrzyczę i … może za kilka dni uda mi się złapać pion. Tym, czego się nauczyłam w życiu, jest świadomość, że chociaż dziś wszystko się wydaje bure, nijakie i ogólnie muł i wodorosty, to za jakiś czas wszystko to się ogarnie i znowu będę dostrzegać promienie słońca, chmury na niebieskim niebie i wszystko to co sprawia, że świat jest piękny i niesamowity… nawet jeśli dzisiaj jest mi trudno to dostrzec – to wiem, że to minie… nie wiem tylko kiedy, ale wiem, że tak będzie i to jest moje światełko, które sobie mruga gdzieś tam, i do którego, jak już będę mogła przestać zagryzać to biurko, pewnie powoli ruszę.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

– 147 –

Tak sobie siedzę i myślę, na lekkim wnerwie ogólnym, że w sumie to faktycznie chyba czasem mam wygórowane wymagania co do facetów. Co z resztą nie tak dawno, pewnie raptem dni temu kilka, mi zarzucono, wytknięto i wypomniano. Więc tak sobie siedzę i myślę, i myślę, i myślę, że skąd się to u licha bierze. Te moje wymagania i czy one, te moje wymagania, są faktycznie wygórowane. No i wymyśliłam, że są realne. Wymyśliłam, skąd u mnie oczekiwanie odpowiedzialności i sumienności, szacunku oraz troski ze strony mężczyzny któremu w jakimś sensie powierzam swoją osobę. Zajęło mi to nieco czasu i przyszło nie drogą dedukcji, a spłynęło niczym olśnienie nagłe i zaskakujące. Wszystkiemu jest winien M.

Dokładnie. Wszystkiemu winien jest M., który się o mnie troszczył, który o mnie dbał, karmił i pilnował aby wszystko było dobrze. Ten M., który choć raptem 2 lata starszy wedle papierów, to już wówczas musiał być w swoim życiu bardzo dorosły, i który to M. zajął się głupią, rozkapryszoną gęsią, która na dodatek dawała się podpuszczać koleżaneczce i… co tu dużo mówić. Jeśli ma się przez ponad 20 lat moralniaka, to jednak chyba ma się za oszywką to i owo w zachowaniu, czego się w normalnym toku nie akceptuje.

Musiało minąć ponad 20 lat aby dotarło do mnie, że ja cały czas szukam kogoś kto byłby dla mnie taki, jak On wówczas. Nie, dziś on jest innym człowiekiem, a ja też dawno temu dorosłam, nasze drogi prowadzą zupełnie innym szlakiem. Ale, jako dorosła i samostanowiąca osoba dojrzałam do tego by, też już dobrze ponad dekadę temu, ze swojego życia pozbyć się i koleżaneczki. Od kiedy jej nie ma w moim życiu, żyję sobie w spokoju i błędy popełniam z własnej ułańskiej fantazji, na własny rozrachunek, a nie z głupoty i umiejętnej podpuchy i manipulacji postronnej gawiedzi. Co lepsze – z rozrachunkiem własnych błędów nie mam problemów, a moralniak, nawet jeśli się trafi, to trwa raptem dni kilka…

Tak więc prawda jest taka, że nie oczekuję rzeczy niemożliwych. Marzą mi się rzeczy zarazem i możliwe, i realne, i wykonalne – nawet przez mężczyznę, bo skoro młody chłopak potrafił, to mężczyzna, chyba też z tym problemów nie powinien mieć.

Chyba najbliżej do wzoru miał P., a przynajmniej tak długo, jak byliśmy my i nie interesowało się nami otoczenie, bo później, to już nie ma o czym pisać.

Mam wobec M. dług wdzięczności oraz należy mu się ode mnie ogromne przepraszam. Liczę na to, że uda mi się to jedno magiczne słowo kiedyś mu powiedzieć osobiście. Oraz drugie słowo, bo dzięki niemu, wiem, czego oczekuję, czego chcę i co wypada słabo w moich oczach. Po prostu i zwyczajnie, dzięki M. wiem, że o uczuciach świadczą nie słowa, a czyny. Dawno temu pokazał mi, że liczy się to co robisz dla drugiej osoby, to jak ją traktujesz, a to co mówisz tylko tyle jest ważne ile jest spójne z tym co robisz. Słowa wypowiadane dla samych słów są zdecydowanie mniej ważne, niż te poparte czynami… a na wszystko to naprowadziła mnie wymiana zdań i komentarzy o… pierogach ruskich.

– 142 –

Połowa wieści jest dobra, a reszta się okaże. To jeszcze nie spokój, ale przynajmniej lekki oddech, a reszta – będzie dobrze, tego trzymać się będę aby znowu się nie nakręcać. To tak do wpisu 140.

Co do wpisu 141 to hm, sama nie wiem, a może wiem, ale nie wiem, czy ma to jeszcze jakiekolwiek znaczenie.

Czytając o bóstwach słowiańskich, tak sobie słucham tego co mi youtube podsunie, a podsuwa różne ciekawe ciekawostki muzyczne, które dla pamięci sobie tu wrzucę…

 

 

 

 

– 141 –

Dziś na bogato. Dwa wpisy. Nie będę sobie żałowała. Co mi tam. Nie wiem, czy jestem bardziej wściekła na jednego takiego, czy bardziej wkurzona na siebie. Mogłabym stwierdzić, że się dodatkowo podkręcam, bo jutro czeka mnie dosyć trudny dzień, ale to niestety nie to.  Trudne dni mają do siebie to, że czasem lepiej odwrócić od nich uwagę, ale doprawdy, wolałabym zupełnie inny sposób odwracania tej uwagi. Ogólnie, w takich chwilach przypominam sobie dlaczego jednak jestem tym cholernym „wilkiem samotnikiem”. Bycie niezależnym od emocji innych osób jest po prostu praktyczne i wygodne. Nawet jeśli czasami samotność doskwiera, to można sobie z nią jakoś dać rade. Mam na to kilka osobistych patentów. Sprawdzonych i pewnych. Więc u licha nie rozumiem po co ja się pcham w jakieś historie? Doprawdy, w tej chwil, właśnie dzisiaj, zupełnie tego nie rozumiem. Gdybym to jednak zrozumiała, najprawdopodobniej istnieje taka możliwość, że musiałabym się przyznać sama sobie, że ta cała samotność jednak mnie męczy, jednak czasem mi doskwiera. Z drugiej strony akurat ta świadomość dziś nie jest mi do niczego potrzebna – odłożę ją więc na półkę i przeanalizuję w wolnej chwili, innego dnia, kiedy będę miała mniej na głowie, i kiedy przy okazji, uda mi się emocje przywołać do zdecydowanie niższego poziomu.

… i tak, do cholery, kiedy zaczynam być stanowcza w tonie, i kiedy mówię cicho i spokojnie oraz raczej krótkimi zdaniami – to zdecydowanie oznacza, że nie jest dobrze…

To tyle chciałam tylko napisać wieczorową porą.

– 137 –

Za oknem zrobiło się szaro i ponuro. Dokładnie tak, jak w mojej głowie. Kolory nie są mi do niczego potrzebne. Czasem są zwykłą stratą czasu. Niczym więcej.

Czasem posiadanie żwawego, małego kocurka ma sens. Ma sens tym większy im bardziej kocurek zainteresowany jest pomocą w pisaniu na klawiaturze. Dzięki czterem łapkom kocurka idzie w niebyt wszystko to, co w niebycie, zdaje się, powinno pozostać.

Cztery łapki spacerujące po klawiaturze zostawiły tylko pierwszy akapit. Dobrze tak. Reszta była bezsensownym chaosem, który niczego nie wnosił. Nigdzie nie prowadził. Kolejną klatką moich myśli.

Tym co najlepiej mi w życiu wychodzi, to skupienie się na rzeczach wymiernych. Przyziemnych, z pozoru mało znaczących. Na tu i teraz. Więc tym się zajmę. Chociaż Pani A. twierdzi, że to błąd i uciekanie, że to unikanie zmiany w myśleniu, w czuciu… Być może ma rację. Dopuszczam takie podejście. Jest to możliwe. Codzienność, ze swoją wymiernością, zatrzymuje mnie w miejscu, ale też daje poczucie bezpieczeństwa.

W tym wszystkim zabawne jest to, że to co lat temu kilka mi przeszkadzało, co doprowadzało mnie do poczucia wściekłości, dziś jest tym za czym się chowam. Tak. Poczucie bezruchu i stagnacji kiedyś bardzo mi doskwierało. Dziś, dziś jest tym czego kurczowo się trzymam. W sumie nic więcej nie mam po za całym tym „dzisiaj”. Przyszłość jest tylko złudzeniem, marzeniem, nadzieją. Przeszłość… wciąga niczym czarna zimna otchłań…

 

– 134 –

„Dojrzała, niespełna pięćdziesięcioletnia kobieta… dominikapl”. Właściwie już przywykłam do propozycji zrealizowania wszelkich fantazji i uciech wszelkich przez „panie” z najprzeróżniejszych serwisów, które piszą do mnie codziennie i od dłuższego czasu. Często piszą po kilka na raz. Mam branie jak nic. Nawet jeśli nie odpowiadam na te wszelkiej maści i jakości zachęty, nawet jeśli bez otwierania wiadomości te lądują w koszu i następnie w niebycie internetowym, to one nadal, i nadal, i nadal. Nie mniej tym razem, to akurat tytuł przykuł moją uwagę, nie zaś sama wizja kolejnej zachęty do igraszek.

Dojrzała, niespełna… ja pierdziu. Jak ten czas zapierrrrdala. Dojrzała niespełna – no jak w mordę jeża, toż to o mnie. Tylko kiedy u licha się to zrobiło? Jak to możliwe? Przecież tego zupełnie nie czuję. To tak już? Znienacka mnie to jakoś tak wzięło. Doprawdy? Dojrzała… a za chwilę napiszą, że przejrzała (???), czy jak?

Niestety, to co w środku, to jedno, co na zewnątrz to drugie. Nie tylko kalendarz i mój dowód czują upływ czasu. Po ostatnim wyjeździe, niejaką mam refleksję wynikającą z przeglądania fotorelacji – zaczynają mi się robić „chomiki”. Niby nic dziwnego, babcia je miała, matka rodzicielka też je ma, to czemu miałoby mnie to ominąć? …ale tak żeby już? Na czas byłoby za 5, czy 10 lat… a tak już?

Doprawdy? Dojrzała? Czyli, że co? Że w średnim wieku obiema nogami? Że powinnam jeszcze bardziej spoważnieć, czy jak? Bo ja nie wiem?  Jakaś instrukcja obsługi do ogarnięcia czasoprzestrzeni przez dojrzałe panie? Ktoś? Coś? W tym temacie?

Faktycznie, ten czas mocno pędzi. Nie mniej jednak, wydawało mi się, że bardziej będzie mnie to przerażało, ale nie jest źle. Właściwie mam to gdzieś. Może jest to taka cicha i bezwolna rezygnacja, ale chyba lepsze to niż wewnętrzny sprzeciw i bunt, który i tak czasu nie zatrzyma. Życzę sobie, aby tak zostało. Najwyżej… powyrzucam wszystkie lustra w obu domach… w kończu: czego oczy nie widzą, tego sercu nie jest żal… 😉

– 130 –

Czasem określenie „chodzić po ścianach” nabiera przedziwnie silnego wyrazu. Zawsze, w wielu sytuacjach, uważałam je i za zabawne, i za oddające sens zmagań z sobą samym. Czasem może potrzebnych, czasem może nie potrzebnych – bez znaczenia. Człowiek ma to do siebie, że czasem zmaga się sam ze sobą. Tak, mam świadomość, że nie każdy, i że nie zawsze, ale ja jednak tak miewam. W różnych zakresach i całkiem często, acz jednak niebywale sporadycznie w bieżącej materii. Nic więc, prawie nic, nowego w temacie samych zmagań. Co więcej miewam, a raczej mam, tak obecnie. Tak więc sobie chodzę, już nawet chyba nie po ścianach, a po suficie. To już wyższa szkoła abstrakcji i zmagań z sobą samą. Nie mniej jednak, gdyby nie było to tak piekielnie frustrujące, to byłoby niesamowicie przyjemne, a tak wrzuciłam się do kotła myśli i chęci, z jakąś mieszanką wybuchową, którą przestaję kontrolować. Z jednej strony nie znoszę tracić kontroli nad sobą, z drugiej jest to nader kuszące…

– 122 –

Dzisiejsze popołudnie było długie i słodkie. Słodkie, aż do przesady. Niemal mdłe. Królową popołudnia okazała się śliwka nałęczowska w czekoladzie i orzeszki ziemne bez soli oraz tonik z cytryną. Tonik solo. Kiedy zacznę pić alkohol siedząc sama i oglądając seriale, zacznę się na poważnie niepokoić swoim stanem zdrowia. Bynajmniej też nie tego fizycznego… Tym czasem, odpuściłam sobie alkohol, zjadłam 5 lub 6 śliwek w czekoladzie, które sprawiły, że jedynie woda z cytryną mi wchodzi na stan. Nawet gorycz toniku nie pomaga, bo przez nią przebija cukier. Tak.

Wszystko to nie bierze się znikąd. Wszystko ma swoje ciągi przyczynowo skutkowe. Moim dzisiejszym czekoladowym ciągiem była próba zapanowania na swoimi pokusami, a dziś towarzyszyły mi dwie. Pierwszy raz od dawna miałam niepohamowaną ochotę zapalić papierosa. Nałóg ten zostawiłam za sobą kilka dobrych lat temu. Nawet w trudnych chwilach nie miałam, aż takiej pokusy by mu na nowo ulec. Zazwyczaj, od czasu kiedy opanowałam swój nałóg, właściwie to w ogóle jej nie miałam, a jeśli sporadycznie się trafiała, to zbyt silna nie była. Do dzisiaj. Właściwie – do teraz. Gdybym miała pod ręką, nie wiem, czy udałoby mi się zapanować nad tą „chętką”.

Złe chętki zdaje się lubią występować w duecie. Drugą chętką, której trudno było się oprzeć, była chęć napisania mejla do jednego palanta. Może tej właśnie powinnam była ulec. Taki prezent sobie zrobić i zbluzgać go na czym świat stoi. Skoro nie dane mi było nigdy wykrzyczeć swojej frustracji, goryczy, złości to… mogłabym nabluzgać i na wymyślać mejlowo. Mogłabym, ale nic by to nie dało. Nic nie zmieniło. Po chwilowej uldze przyszłoby zawstydzenie. Jednak tym, dlaczego jest to godne odnotowania, jest fakt, że pierwszy raz od lat kilku, miałam ochotę mu nawrzucać, nawymyślać, na bluzgać. Wszystko co wcześniej przychodziło mi do głowy było ckliwe i skamlące.

Nie uległam żadnej z pokus. W prawdzie zaznajomiona internetowa wróżka, twierdziła, że dziś jest dzień spontaniczności, że się powinno nieco z falą i z niespodziewanymi okolicznościami przyrody iść w parze i się im poddać, dać ponieść. Uznałam jednak, że żadna z moich dwu dzisiejszych pokus nie wyjdzie mi na zdrowie. Podjecie próby określenia, która z nich ma większą szkodliwość, to jak wychodzenie z motyką na słońce, nic nie ukopiesz, a się zajedziesz i odwodnisz. Skoro było i tak źle, i tak niedobrze to znalazłam rozwiązanie w postaci słodyczy. A co mi tam.

Nie mniej, tym co nadal nie mieści mi się w głowie, po tych wszystkich latach, i tym co wyrządziło największe spustoszenie, jest jeden drobny szczegół: nie to co się stało miało znaczenie, a to jak to się stało.

Mam nadzieję, że gdziekolwiek jest, jest jednak tak, jak chciał, i jest mu dobrze. Oko za oko to pod innym adresem. U mnie na takie założenia brak miejsca. Bo jeśli zmarnował tyle mojego zdrowia na daremno, to życzę mu tylko jednego, tego na co brakło mu odwagi: aby życie przecięło nasze ścieżki w chwili, w której najmniej tego będzie się spodziewał, tak aby brakło mu czasu na przywdziewanie maski, tak aby musiał spojrzeć mi w oczy. Nic więcej. Czasem spojrzenie komuś w twarz, prosto w oczy, może być najgorszą karą… życzę mu też aby zobaczył tam wszystko to, czego boi się dostrzec. Po prostu, życzę mu aby w tej jednej chwili moje oczy stały się lustrem, i to bynajmniej, nie weneckim, w którym dostrzeże siebie z mojej perspektywy. Tyle mi wystarczy.

– 121 –

Tak sobie myślę, że życie jest jakie jest, i że wielu rzeczy w nim nie uda mi się zapewne zrozumieć, a jeszcze mniej poznać, więc nie staram się pojąć i zrozumieć wszystkiego. Staram się egocentrycznie skoncentrować na mikro świecie i chyba na prawdę dobrze mi idzie. Myślę, że są tacy, którzy stwierdzą, że za dobrze.

Kolejna zabawa internetowa, pseudo test na połączenie świadomości z podświadomością i nadświadomością. Krąży tego po sieci na pęczki i w przeróżnych wydaniach, nie ma więc nad czym się rozwodzić kiedy idzie o treść. Kiedy jednak popatrzeć na to, że jeden z punktów wskazywał aby wymienić 5 osób dla ciebie ważnych i okazało się, że w tym miejscu byłam w stanie wymienić tylko jedną osobę… nieco się przestraszyłam w pierwszym odruchu. No bo jak to, nie mam bliskich osób?

Otóż, prawie nie mam. Właściwie to nie mam zupełnie. Nie takie, o których myślę w „zabawie”. Jest Młody i tyle. Reszta jest poza kategorią. Poza jednak można być na wiele sposobów. Można być ponad i poniżej oraz w środku. Młody jest we wszystkich obszarach, reszta ludzkości dla mnie funkcjonuje poniżej, a grupka powyżej jest bardzo hermetyczna i kameralna. Przyznam jednak, że w ostatnich latach skurczyła się ta grupka dosyć mocno, choć nigdy nie była wielkim tłumem.

Nie mniej jednak, tak mnie na refleksje naszło i wychodzi mi z tych refleksji, że te kilka lat wstecz zostawił po sobie o wiele dotkliwsze zgliszcza niż mnie samej się wydawało. Zdecydowanie, od 3 lat odsuwam wszystkich od siebie. Trzymam na dystans. Bez szczegółów, bez spoufalania, z upodobaniem do ciszy.

Nie ma ludzi, jest cisza. Czasem, z rozpędu, mam chęć coś powiedzieć, zadzwonić może. Zamieram w pół myśli, odkładam telefon. Nie mówię, nie dzwonię, nie rozmawiam. Chełbię ciszę. Cisza jest spokojna, stabilna i bezpieczna. Cisza nie boli, a ludzie bolą. Niektórzy bolą bardziej od innych, dlatego potrzebna jest cisza. Bez niepokoju, bez nadziei trudnych do realizowania, bez złudzeń, bez goryczy, bez cierpienia. Cicha, spokojna, bezpieczna.

Temu wszystkiemu towarzyszyła jeszcze jedna myśl. Myśl, że doszłam do punktu, w którym ja najzwyczajniej i całkiem po prostu NIC NIE MUSZĘ. Nic nie jestem nikomu winna, niczego od nikogo nie oczekuję, nie mam bezwzględnie wymagalnych zobowiązań wobec innych osób. Nie topię się w tych wszystkich wypad – nie wypada, powinnam – nie powinnam. MOGĘ WSZYSTKO. Mogę to co chcę, kiedy chcę i jak chcę. Mogę tak jak mi odpowiada, bez konieczności dopasowywania się do cudzych roszczeń, oczekiwań, ramek.

Tylko, że to wszystko to jedno, bo móc, to jeszcze nie znaczy chcieć. Więc siedzę i tak się zastanawiam nad tym moim chcę – nie chcę. Bo chcieć, to dawać. Dawać siebie i z siebie, ale ja już nie mam co dać. Wszystko zostało zabrane, sporo z tego zmięte i wywalone, jako zbędny balast. Więc teraz nie mam już co dać. Dlatego siedzę sobie tu gdzie siedzę tak cicho, spokojnie i bezpiecznie. Bezproblemowo. Bez konieczności dawania, ale też bez konieczności brania. Żadnej wymiany. Jak mogłabym brać, kiedy nie mam nic w zamian?