– 130 –

Czasem określenie „chodzić po ścianach” nabiera przedziwnie silnego wyrazu. Zawsze, w wielu sytuacjach, uważałam je i za zabawne, i za oddające sens zmagań z sobą samym. Czasem może potrzebnych, czasem może nie potrzebnych – bez znaczenia. Człowiek ma to do siebie, że czasem zmaga się sam ze sobą. Tak, mam świadomość, że nie każdy, i że nie zawsze, ale ja jednak tak miewam. W różnych zakresach i całkiem często, acz jednak niebywale sporadycznie w bieżącej materii. Nic więc, prawie nic, nowego w temacie samych zmagań. Co więcej miewam, a raczej mam, tak obecnie. Tak więc sobie chodzę, już nawet chyba nie po ścianach, a po suficie. To już wyższa szkoła abstrakcji i zmagań z sobą samą. Nie mniej jednak, gdyby nie było to tak piekielnie frustrujące, to byłoby niesamowicie przyjemne, a tak wrzuciłam się do kotła myśli i chęci, z jakąś mieszanką wybuchową, którą przestaję kontrolować. Z jednej strony nie znoszę tracić kontroli nad sobą, z drugiej jest to nader kuszące…

– 128 –

Czasem bywają w życiu dni nieprzysiadalne, napęczniałe. Dni kiedy oczy wędrują na mokrą stronę głowy. Czasem, w takie dni, wystarczyłoby słowo. Wystarczyłby drobny gest. Cień dotyku. Cokolwiek aby wrócić z „nigdziebądź”. Czasem samotność poprostu boli bardziej, nawet kiedy wybiera się ją świadomie.

– 122 –

Dzisiejsze popołudnie było długie i słodkie. Słodkie, aż do przesady. Niemal mdłe. Królową popołudnia okazała się śliwka nałęczowska w czekoladzie i orzeszki ziemne bez soli oraz tonik z cytryną. Tonik solo. Kiedy zacznę pić alkohol siedząc sama i oglądając seriale, zacznę się na poważnie niepokoić swoim stanem zdrowia. Bynajmniej też nie tego fizycznego… Tym czasem, odpuściłam sobie alkohol, zjadłam 5 lub 6 śliwek w czekoladzie, które sprawiły, że jedynie woda z cytryną mi wchodzi na stan. Nawet gorycz toniku nie pomaga, bo przez nią przebija cukier. Tak.

Wszystko to nie bierze się znikąd. Wszystko ma swoje ciągi przyczynowo skutkowe. Moim dzisiejszym czekoladowym ciągiem była próba zapanowania na swoimi pokusami, a dziś towarzyszyły mi dwie. Pierwszy raz od dawna miałam niepohamowaną ochotę zapalić papierosa. Nałóg ten zostawiłam za sobą kilka dobrych lat temu. Nawet w trudnych chwilach nie miałam, aż takiej pokusy by mu na nowo ulec. Zazwyczaj, od czasu kiedy opanowałam swój nałóg, właściwie to w ogóle jej nie miałam, a jeśli sporadycznie się trafiała, to zbyt silna nie była. Do dzisiaj. Właściwie – do teraz. Gdybym miała pod ręką, nie wiem, czy udałoby mi się zapanować nad tą „chętką”.

Złe chętki zdaje się lubią występować w duecie. Drugą chętką, której trudno było się oprzeć, była chęć napisania mejla do jednego palanta. Może tej właśnie powinnam była ulec. Taki prezent sobie zrobić i zbluzgać go na czym świat stoi. Skoro nie dane mi było nigdy wykrzyczeć swojej frustracji, goryczy, złości to… mogłabym nabluzgać i na wymyślać mejlowo. Mogłabym, ale nic by to nie dało. Nic nie zmieniło. Po chwilowej uldze przyszłoby zawstydzenie. Jednak tym, dlaczego jest to godne odnotowania, jest fakt, że pierwszy raz od lat kilku, miałam ochotę mu nawrzucać, nawymyślać, na bluzgać. Wszystko co wcześniej przychodziło mi do głowy było ckliwe i skamlące.

Nie uległam żadnej z pokus. W prawdzie zaznajomiona internetowa wróżka, twierdziła, że dziś jest dzień spontaniczności, że się powinno nieco z falą i z niespodziewanymi okolicznościami przyrody iść w parze i się im poddać, dać ponieść. Uznałam jednak, że żadna z moich dwu dzisiejszych pokus nie wyjdzie mi na zdrowie. Podjecie próby określenia, która z nich ma większą szkodliwość, to jak wychodzenie z motyką na słońce, nic nie ukopiesz, a się zajedziesz i odwodnisz. Skoro było i tak źle, i tak niedobrze to znalazłam rozwiązanie w postaci słodyczy. A co mi tam.

Nie mniej, tym co nadal nie mieści mi się w głowie, po tych wszystkich latach, i tym co wyrządziło największe spustoszenie, jest jeden drobny szczegół: nie to co się stało miało znaczenie, a to jak to się stało.

Mam nadzieję, że gdziekolwiek jest, jest jednak tak, jak chciał, i jest mu dobrze. Oko za oko to pod innym adresem. U mnie na takie założenia brak miejsca. Bo jeśli zmarnował tyle mojego zdrowia na daremno, to życzę mu tylko jednego, tego na co brakło mu odwagi: aby życie przecięło nasze ścieżki w chwili, w której najmniej tego będzie się spodziewał, tak aby brakło mu czasu na przywdziewanie maski, tak aby musiał spojrzeć mi w oczy. Nic więcej. Czasem spojrzenie komuś w twarz, prosto w oczy, może być najgorszą karą… życzę mu też aby zobaczył tam wszystko to, czego boi się dostrzec. Po prostu, życzę mu aby w tej jednej chwili moje oczy stały się lustrem, i to bynajmniej, nie weneckim, w którym dostrzeże siebie z mojej perspektywy. Tyle mi wystarczy.

– 121 –

Tak sobie myślę, że życie jest jakie jest, i że wielu rzeczy w nim nie uda mi się zapewne zrozumieć, a jeszcze mniej poznać, więc nie staram się pojąć i zrozumieć wszystkiego. Staram się egocentrycznie skoncentrować na mikro świecie i chyba na prawdę dobrze mi idzie. Myślę, że są tacy, którzy stwierdzą, że za dobrze.

Kolejna zabawa internetowa, pseudo test na połączenie świadomości z podświadomością i nadświadomością. Krąży tego po sieci na pęczki i w przeróżnych wydaniach, nie ma więc nad czym się rozwodzić kiedy idzie o treść. Kiedy jednak popatrzeć na to, że jeden z punktów wskazywał aby wymienić 5 osób dla ciebie ważnych i okazało się, że w tym miejscu byłam w stanie wymienić tylko jedną osobę… nieco się przestraszyłam w pierwszym odruchu. No bo jak to, nie mam bliskich osób?

Otóż, prawie nie mam. Właściwie to nie mam zupełnie. Nie takie, o których myślę w „zabawie”. Jest Młody i tyle. Reszta jest poza kategorią. Poza jednak można być na wiele sposobów. Można być ponad i poniżej oraz w środku. Młody jest we wszystkich obszarach, reszta ludzkości dla mnie funkcjonuje poniżej, a grupka powyżej jest bardzo hermetyczna i kameralna. Przyznam jednak, że w ostatnich latach skurczyła się ta grupka dosyć mocno, choć nigdy nie była wielkim tłumem.

Nie mniej jednak, tak mnie na refleksje naszło i wychodzi mi z tych refleksji, że te kilka lat wstecz zostawił po sobie o wiele dotkliwsze zgliszcza niż mnie samej się wydawało. Zdecydowanie, od 3 lat odsuwam wszystkich od siebie. Trzymam na dystans. Bez szczegółów, bez spoufalania, z upodobaniem do ciszy.

Nie ma ludzi, jest cisza. Czasem, z rozpędu, mam chęć coś powiedzieć, zadzwonić może. Zamieram w pół myśli, odkładam telefon. Nie mówię, nie dzwonię, nie rozmawiam. Chełbię ciszę. Cisza jest spokojna, stabilna i bezpieczna. Cisza nie boli, a ludzie bolą. Niektórzy bolą bardziej od innych, dlatego potrzebna jest cisza. Bez niepokoju, bez nadziei trudnych do realizowania, bez złudzeń, bez goryczy, bez cierpienia. Cicha, spokojna, bezpieczna.

Temu wszystkiemu towarzyszyła jeszcze jedna myśl. Myśl, że doszłam do punktu, w którym ja najzwyczajniej i całkiem po prostu NIC NIE MUSZĘ. Nic nie jestem nikomu winna, niczego od nikogo nie oczekuję, nie mam bezwzględnie wymagalnych zobowiązań wobec innych osób. Nie topię się w tych wszystkich wypad – nie wypada, powinnam – nie powinnam. MOGĘ WSZYSTKO. Mogę to co chcę, kiedy chcę i jak chcę. Mogę tak jak mi odpowiada, bez konieczności dopasowywania się do cudzych roszczeń, oczekiwań, ramek.

Tylko, że to wszystko to jedno, bo móc, to jeszcze nie znaczy chcieć. Więc siedzę i tak się zastanawiam nad tym moim chcę – nie chcę. Bo chcieć, to dawać. Dawać siebie i z siebie, ale ja już nie mam co dać. Wszystko zostało zabrane, sporo z tego zmięte i wywalone, jako zbędny balast. Więc teraz nie mam już co dać. Dlatego siedzę sobie tu gdzie siedzę tak cicho, spokojnie i bezpiecznie. Bezproblemowo. Bez konieczności dawania, ale też bez konieczności brania. Żadnej wymiany. Jak mogłabym brać, kiedy nie mam nic w zamian?

 

– 113 –

Nie będzie o długim weekendzie. Wszyscy i wszędzie się o majówce rozpisują od lewa do prawa i od prawa do lewa. Ja już doprawdy nie muszę. Majówka, jak majówka. Pogoda trochę do duszy. Zimno mokro i jedynie zachęcająco do oglądania kolejnych seriali z internetu.

O czym to ja chciałam? O tym, że zmęczona jestem. Zmęczona jestem ludźmi. Wybiórczym słuchaniem (w najlepszym razie), choć zazwyczaj zupełnym nie słuchaniem, co przedkłada się na czytanie bez jakiekolwiek choćby krztyny zrozumienia. Chodzeniem w zaparte i krzykiem, jako jedyną słuszną metodą na wszystko. Warczeniem, oczekiwaniami nieadekwatnymi do wkładu własnego. Zmęczona jestem murem, pod którym staję każego dnia.  Murem ludzkiej niechęci, girek, manipulacji i udawania. Sama udaję. Lepsza nie jestem. Udaję, że mi to wszystko zwiewa i powiewa, a tak na prawdę jestem tym zmęczona, aż do uzyskania obrzydzenia do 95 % gatunku ludzkiego.

To wszytko co widzę, uświadamia mi, że sama przecież mogę wiele nie widzieć. Łapię się na tym, że dla świętego spokoju mówię lub robię to, co jest oczekiwane… bo tak jest prościej, szybciej, łatwiej… oraz tak jest często daleko od tego co chcę, czego potrzebuję. To wszystko, to nawet nie jest trzymanie gardy, nawet nie zachowywanie pozorów, to wszystko jest budowaniem muru. Muru, którego obiecałam sobie nigdy więcej nie budować, a teraz? Buduję mur wyższy i solidniejszy nić kiedykolwiek wcześniej. Solidny. W środku jest pusto i ciemno, na zewnątrz jest pełne zblazowanie. Tak, jestem hipokrytą. Tyle, że w przeciwieństwie do wielu innych ludzi zdaję sobie z tego sprawę. Jestem hipokrytką zupełnie świadomie, z premedytacją i z cynicznym „I co z tego?” dla tych którym się chce i którzy mnie na tej hipokryzji mogą przyłapać.

Buduję mur, nie po to aby się za nim schować przed światem. Buduję mur, że za tym murem, grubym i solidnym, schować okruchy nadziei na kilka drobiazgów, aby schować kawałek emocji i uczuć tych ciepłych, zanim reszta życia mi je wypali. Chowam wrażliwość, a raczej to co z niej jeszcze pozostało, nie dla tego aby nie cierpiała, chowam ją aby choć jeden jej okruch został ze mną do końca… bez ochrony, zniknie szybko, bo mało jej już zostało. Czasem, patrząc wstecz, trudno jest mi uwierzyć ile jej kiedyś było, ile jej dziś zostało… i patrząc tak sobie na nią z pewnym niedowierzaniem zastanawiam się, co się po drodze stało i przypominam sobie. Pamiętam każdą zadrę, każde zadrapanie. Tylko dzisiaj już nie bolą i właśnie to najbardziej mnie przeraża, bo skoro nie ma tej strony, to nie ma też tej drugiej. tym co zostaje – jest pustka.

– 108 –

Koszmarna noc za mną. Poza tym, że zwyczajnie miałam problemy ze snem i praktycznie całą noc mam nie przespaną, to nic więcej się nie stało. Czasem się trafia taka bezsenna noc. Ta miniona to chyba dla równowagi, po sobotnio-niedzielnej nad wyraz dobrze odespanej. Tak więc z lekka doskwiera mi ból głowy, oraz pieczenie oczu. Da się przeżyć.

Z innego pola, a przynajmniej z innej grządki. Młody zdaje się strzelił sobie w kolano. W sensie swojego hobby. Bywa nadgorliwy, bywa głośny, a im wyższy poziom chaosu, głośności i dramatyzmu w jego wypowiedziach tym większa pewność, że coś jest nie tak. Zapomniałam prawie o tym, i nie zatrzymałam go w jego szalonym pędzie, a do tego wzięłam w nim udział. Moje własne dziecko wmanewrowało mnie w niezręczną sytuację, gdzie dwie strony okazały się mocno zaskoczone, choć każda w innym nieco obszarze zaskoczenia. Tym samym, chyba sam sobie dopomógł wymiksować się ze spraw na których mu zależy.

Zapomniałam na chwilę o tym jego talencie do wyolbrzymiania i koloryzowania oraz ubarwiania. Z drugiej strony, jeśli faktycznie przez to zamieszanie straci, to niestety, ale ma nauczkę, że przedobrzył oraz przypomnienie, że knowania i intrygi to nie jest jego bajka i nie ma do tego talentu, bo go zwyczajnie nie ma i już. Niestety, dla niego, pech chce, że akurat intryganctwo nie jest cechą którą mogliby się poszczycić antenaci po którejkolwiek ze stron. Wiele innych cech i owszem, występuje, a taki upór to całkiem licznie i po wielokroć oraz w hurcie jest dostępny, ale manipulatorstwem nikt się nie szczyci. Fantazji zdaje się również nie brakować. No cóż, trudno – mleko się rozlało. Czas dla niego przejść na kolejny lewel życiowy i ogarnąć swoje emocje, oraz konsekwencje swojego „kwiecistego” przedstawiania rzeczywistości.

Natomiast ja, powinnam się nauczyć, jak odcinać się od jego fantazji i jak postawić granicę, na nowo, być może w nowym  miejscu, aby nie dawać wciągać się w jego próby manipulatorskie. Pomagać owszem, ale nie brać udziału w próbach kreowania nowego wymiaru rzeczywistości.

– 101 –

Nie zdawałam sobie do wczoraj sprawy z tego, jak bardzo jestem zmęczona. No jestem. Do tego stopnia, że wczoraj, kiedy B. powiedziała mi, że serial, który jej dałam, bardzo jej się podobał i zostawił niedosyt, i że czekanie na kolejny sezon jest deprymujące, ja nie wiedziałam o jakim serialu ona do mnie mówi. Nic. Czarna pustka w głowie, ani tytułu, ani bohatera choćby jednego, czy przebłysku obrazu, choćby cienia jednej sceny. Jedyne co pamiętałam to, to, że skończył się „za szybko” i u mnie również pozostawił niedosyt, ale o czym był? To jedyny serial, jaki dałam do tej pory B., więc to nie tak, że nie ogarniam kolejności seriali, czy innych założeń w temacie. Co to, to nie. Dopiero dzisiaj rano przypomniałam sobie co to takiego ja jej dałam. O czym, o bohaterach, o tytule, a wczoraj – czarna pustka. Dwanaście godzin później.

Z drugiej strony, zazwyczaj miałam tendencję do tego by przedobrzyć. By stawiać sobie więcej zadań do ogarnięcia niż wynikałoby to z rozsądku. No i gdybym jeszcze nie wiedziała, że jednak potrzebuje czasu na odpoczynek… ale gdzie tam. Jak w ogień w kolejny plan długoterminowy weszłam, choć dobrze wiedziałam, że po poprzedniej fantazji obciążania swojego człowieka, jeszcze się w pełni nie pozbierałam.

Tak więc wrzuciłam do szuflady kilka suplementów, magnez i inne takie tam. Do tego, czas najwyższy, ogarnąć temat posiłków, tego co jem, kiedy i gdzie. Bez paliwa długo i daleko się nie da jechać, a ja właśnie to próbowałam uskuteczniać kolejny raz. No może nie tyle, bez paliwa, co na paliwie zdecydowanie złej jakości, niedostosowanym do trasy.

Do tego ta pogoda mnie rozbija, a raczej rozbijała. Liczę, że powoli teraz wszystko w pogodzie wróci na „swoje miejsce”, a ja dzięki temu zdążę złapać w końcu trochę swojej jesiennej energii. Bo teraz to jest mój najspokojniejszy, najbardziej energetyczny czas w roku. Czas kiedy ładuję swoje akumulatorki na resztę roku, a tu masz, ani śniegu, ani długich zimowych wieczorów, a do przesilenia zimowego z każdym dniem bliżej, a ja nadal na rezerwie jadę.