– 142 –

Połowa wieści jest dobra, a reszta się okaże. To jeszcze nie spokój, ale przynajmniej lekki oddech, a reszta – będzie dobrze, tego trzymać się będę aby znowu się nie nakręcać. To tak do wpisu 140.

Co do wpisu 141 to hm, sama nie wiem, a może wiem, ale nie wiem, czy ma to jeszcze jakiekolwiek znaczenie.

Czytając o bóstwach słowiańskich, tak sobie słucham tego co mi youtube podsunie, a podsuwa różne ciekawe ciekawostki muzyczne, które dla pamięci sobie tu wrzucę…

 

 

 

 

– 141 –

Dziś na bogato. Dwa wpisy. Nie będę sobie żałowała. Co mi tam. Nie wiem, czy jestem bardziej wściekła na jednego takiego, czy bardziej wkurzona na siebie. Mogłabym stwierdzić, że się dodatkowo podkręcam, bo jutro czeka mnie dosyć trudny dzień, ale to niestety nie to.  Trudne dni mają do siebie to, że czasem lepiej odwrócić od nich uwagę, ale doprawdy, wolałabym zupełnie inny sposób odwracania tej uwagi. Ogólnie, w takich chwilach przypominam sobie dlaczego jednak jestem tym cholernym „wilkiem samotnikiem”. Bycie niezależnym od emocji innych osób jest po prostu praktyczne i wygodne. Nawet jeśli czasami samotność doskwiera, to można sobie z nią jakoś dać rade. Mam na to kilka osobistych patentów. Sprawdzonych i pewnych. Więc u licha nie rozumiem po co ja się pcham w jakieś historie? Doprawdy, w tej chwil, właśnie dzisiaj, zupełnie tego nie rozumiem. Gdybym to jednak zrozumiała, najprawdopodobniej istnieje taka możliwość, że musiałabym się przyznać sama sobie, że ta cała samotność jednak mnie męczy, jednak czasem mi doskwiera. Z drugiej strony akurat ta świadomość dziś nie jest mi do niczego potrzebna – odłożę ją więc na półkę i przeanalizuję w wolnej chwili, innego dnia, kiedy będę miała mniej na głowie, i kiedy przy okazji, uda mi się emocje przywołać do zdecydowanie niższego poziomu.

… i tak, do cholery, kiedy zaczynam być stanowcza w tonie, i kiedy mówię cicho i spokojnie oraz raczej krótkimi zdaniami – to zdecydowanie oznacza, że nie jest dobrze…

To tyle chciałam tylko napisać wieczorową porą.

– 137 –

Za oknem zrobiło się szaro i ponuro. Dokładnie tak, jak w mojej głowie. Kolory nie są mi do niczego potrzebne. Czasem są zwykłą stratą czasu. Niczym więcej.

Czasem posiadanie żwawego, małego kocurka ma sens. Ma sens tym większy im bardziej kocurek zainteresowany jest pomocą w pisaniu na klawiaturze. Dzięki czterem łapkom kocurka idzie w niebyt wszystko to, co w niebycie, zdaje się, powinno pozostać.

Cztery łapki spacerujące po klawiaturze zostawiły tylko pierwszy akapit. Dobrze tak. Reszta była bezsensownym chaosem, który niczego nie wnosił. Nigdzie nie prowadził. Kolejną klatką moich myśli.

Tym co najlepiej mi w życiu wychodzi, to skupienie się na rzeczach wymiernych. Przyziemnych, z pozoru mało znaczących. Na tu i teraz. Więc tym się zajmę. Chociaż Pani A. twierdzi, że to błąd i uciekanie, że to unikanie zmiany w myśleniu, w czuciu… Być może ma rację. Dopuszczam takie podejście. Jest to możliwe. Codzienność, ze swoją wymiernością, zatrzymuje mnie w miejscu, ale też daje poczucie bezpieczeństwa.

W tym wszystkim zabawne jest to, że to co lat temu kilka mi przeszkadzało, co doprowadzało mnie do poczucia wściekłości, dziś jest tym za czym się chowam. Tak. Poczucie bezruchu i stagnacji kiedyś bardzo mi doskwierało. Dziś, dziś jest tym czego kurczowo się trzymam. W sumie nic więcej nie mam po za całym tym „dzisiaj”. Przyszłość jest tylko złudzeniem, marzeniem, nadzieją. Przeszłość… wciąga niczym czarna zimna otchłań…

 

– 134 –

„Dojrzała, niespełna pięćdziesięcioletnia kobieta… dominikapl”. Właściwie już przywykłam do propozycji zrealizowania wszelkich fantazji i uciech wszelkich przez „panie” z najprzeróżniejszych serwisów, które piszą do mnie codziennie i od dłuższego czasu. Często piszą po kilka na raz. Mam branie jak nic. Nawet jeśli nie odpowiadam na te wszelkiej maści i jakości zachęty, nawet jeśli bez otwierania wiadomości te lądują w koszu i następnie w niebycie internetowym, to one nadal, i nadal, i nadal. Nie mniej tym razem, to akurat tytuł przykuł moją uwagę, nie zaś sama wizja kolejnej zachęty do igraszek.

Dojrzała, niespełna… ja pierdziu. Jak ten czas zapierrrrdala. Dojrzała niespełna – no jak w mordę jeża, toż to o mnie. Tylko kiedy u licha się to zrobiło? Jak to możliwe? Przecież tego zupełnie nie czuję. To tak już? Znienacka mnie to jakoś tak wzięło. Doprawdy? Dojrzała… a za chwilę napiszą, że przejrzała (???), czy jak?

Niestety, to co w środku, to jedno, co na zewnątrz to drugie. Nie tylko kalendarz i mój dowód czują upływ czasu. Po ostatnim wyjeździe, niejaką mam refleksję wynikającą z przeglądania fotorelacji – zaczynają mi się robić „chomiki”. Niby nic dziwnego, babcia je miała, matka rodzicielka też je ma, to czemu miałoby mnie to ominąć? …ale tak żeby już? Na czas byłoby za 5, czy 10 lat… a tak już?

Doprawdy? Dojrzała? Czyli, że co? Że w średnim wieku obiema nogami? Że powinnam jeszcze bardziej spoważnieć, czy jak? Bo ja nie wiem?  Jakaś instrukcja obsługi do ogarnięcia czasoprzestrzeni przez dojrzałe panie? Ktoś? Coś? W tym temacie?

Faktycznie, ten czas mocno pędzi. Nie mniej jednak, wydawało mi się, że bardziej będzie mnie to przerażało, ale nie jest źle. Właściwie mam to gdzieś. Może jest to taka cicha i bezwolna rezygnacja, ale chyba lepsze to niż wewnętrzny sprzeciw i bunt, który i tak czasu nie zatrzyma. Życzę sobie, aby tak zostało. Najwyżej… powyrzucam wszystkie lustra w obu domach… w kończu: czego oczy nie widzą, tego sercu nie jest żal… 😉

– 130 –

Czasem określenie „chodzić po ścianach” nabiera przedziwnie silnego wyrazu. Zawsze, w wielu sytuacjach, uważałam je i za zabawne, i za oddające sens zmagań z sobą samym. Czasem może potrzebnych, czasem może nie potrzebnych – bez znaczenia. Człowiek ma to do siebie, że czasem zmaga się sam ze sobą. Tak, mam świadomość, że nie każdy, i że nie zawsze, ale ja jednak tak miewam. W różnych zakresach i całkiem często, acz jednak niebywale sporadycznie w bieżącej materii. Nic więc, prawie nic, nowego w temacie samych zmagań. Co więcej miewam, a raczej mam, tak obecnie. Tak więc sobie chodzę, już nawet chyba nie po ścianach, a po suficie. To już wyższa szkoła abstrakcji i zmagań z sobą samą. Nie mniej jednak, gdyby nie było to tak piekielnie frustrujące, to byłoby niesamowicie przyjemne, a tak wrzuciłam się do kotła myśli i chęci, z jakąś mieszanką wybuchową, którą przestaję kontrolować. Z jednej strony nie znoszę tracić kontroli nad sobą, z drugiej jest to nader kuszące…

– 122 –

Dzisiejsze popołudnie było długie i słodkie. Słodkie, aż do przesady. Niemal mdłe. Królową popołudnia okazała się śliwka nałęczowska w czekoladzie i orzeszki ziemne bez soli oraz tonik z cytryną. Tonik solo. Kiedy zacznę pić alkohol siedząc sama i oglądając seriale, zacznę się na poważnie niepokoić swoim stanem zdrowia. Bynajmniej też nie tego fizycznego… Tym czasem, odpuściłam sobie alkohol, zjadłam 5 lub 6 śliwek w czekoladzie, które sprawiły, że jedynie woda z cytryną mi wchodzi na stan. Nawet gorycz toniku nie pomaga, bo przez nią przebija cukier. Tak.

Wszystko to nie bierze się znikąd. Wszystko ma swoje ciągi przyczynowo skutkowe. Moim dzisiejszym czekoladowym ciągiem była próba zapanowania na swoimi pokusami, a dziś towarzyszyły mi dwie. Pierwszy raz od dawna miałam niepohamowaną ochotę zapalić papierosa. Nałóg ten zostawiłam za sobą kilka dobrych lat temu. Nawet w trudnych chwilach nie miałam, aż takiej pokusy by mu na nowo ulec. Zazwyczaj, od czasu kiedy opanowałam swój nałóg, właściwie to w ogóle jej nie miałam, a jeśli sporadycznie się trafiała, to zbyt silna nie była. Do dzisiaj. Właściwie – do teraz. Gdybym miała pod ręką, nie wiem, czy udałoby mi się zapanować nad tą „chętką”.

Złe chętki zdaje się lubią występować w duecie. Drugą chętką, której trudno było się oprzeć, była chęć napisania mejla do jednego palanta. Może tej właśnie powinnam była ulec. Taki prezent sobie zrobić i zbluzgać go na czym świat stoi. Skoro nie dane mi było nigdy wykrzyczeć swojej frustracji, goryczy, złości to… mogłabym nabluzgać i na wymyślać mejlowo. Mogłabym, ale nic by to nie dało. Nic nie zmieniło. Po chwilowej uldze przyszłoby zawstydzenie. Jednak tym, dlaczego jest to godne odnotowania, jest fakt, że pierwszy raz od lat kilku, miałam ochotę mu nawrzucać, nawymyślać, na bluzgać. Wszystko co wcześniej przychodziło mi do głowy było ckliwe i skamlące.

Nie uległam żadnej z pokus. W prawdzie zaznajomiona internetowa wróżka, twierdziła, że dziś jest dzień spontaniczności, że się powinno nieco z falą i z niespodziewanymi okolicznościami przyrody iść w parze i się im poddać, dać ponieść. Uznałam jednak, że żadna z moich dwu dzisiejszych pokus nie wyjdzie mi na zdrowie. Podjecie próby określenia, która z nich ma większą szkodliwość, to jak wychodzenie z motyką na słońce, nic nie ukopiesz, a się zajedziesz i odwodnisz. Skoro było i tak źle, i tak niedobrze to znalazłam rozwiązanie w postaci słodyczy. A co mi tam.

Nie mniej, tym co nadal nie mieści mi się w głowie, po tych wszystkich latach, i tym co wyrządziło największe spustoszenie, jest jeden drobny szczegół: nie to co się stało miało znaczenie, a to jak to się stało.

Mam nadzieję, że gdziekolwiek jest, jest jednak tak, jak chciał, i jest mu dobrze. Oko za oko to pod innym adresem. U mnie na takie założenia brak miejsca. Bo jeśli zmarnował tyle mojego zdrowia na daremno, to życzę mu tylko jednego, tego na co brakło mu odwagi: aby życie przecięło nasze ścieżki w chwili, w której najmniej tego będzie się spodziewał, tak aby brakło mu czasu na przywdziewanie maski, tak aby musiał spojrzeć mi w oczy. Nic więcej. Czasem spojrzenie komuś w twarz, prosto w oczy, może być najgorszą karą… życzę mu też aby zobaczył tam wszystko to, czego boi się dostrzec. Po prostu, życzę mu aby w tej jednej chwili moje oczy stały się lustrem, i to bynajmniej, nie weneckim, w którym dostrzeże siebie z mojej perspektywy. Tyle mi wystarczy.