– 128 –

Czasem bywają w życiu dni nieprzysiadalne, napęczniałe. Dni kiedy oczy wędrują na mokrą stronę głowy. Czasem, w takie dni, wystarczyłoby słowo. Wystarczyłby drobny gest. Cień dotyku. Cokolwiek aby wrócić z „nigdziebądź”. Czasem samotność poprostu boli bardziej, nawet kiedy wybiera się ją świadomie.

– 127 –

Dzisiejsze popołudnie i wieczór miały nieco inne plany, ale nie ma tego złego. Koleżanka A. zrobiła mi popołudnie idealne. Dwie godziny przeglądania linków na youtube z najlepszymi kawałkami według nas. Chyba obie siebie zaskoczyłyśmy, choć jak chwile pomyśleć, to właściwie nie ma się czemu dziwić. W końcu się kumplujemy. Wiedźmy widać lubią kawałek dobrej muzyki, która broni się sama. A co tam, powrzucam tu nieco dla pamięci. Przyznam jeszcze, że pytanie mnie o tekst mija się z celem. Często dałabym wiele aby znaleźć wersje bez wokalu. Zwyczajnie, staram się nie słyszeć słów. Taka maniera przy słuchaniu muzyki tego rodzaju. 😉

Nirvana została mi po byłym ślubnym. Kupił sobie kasetę, bo mu kolega polecił, ale mu zupełnie nie przypadła do gustu. Za to mnie przypadła i została ze mną do dziś. No jasne, że mam te kawałki na karcie pamięci w telefonie… to takie moje życiowe koło ratunkowe ze słuchawkami w komplecie… a później się dziwię, że nieco nie dosłyszę. 😉

Metallica nie wymaga komentarza, a już nie ten kawałek…  jeśli zna się moją słabość do strun gitary…

The Cranberries i kolejna gitara oczywiście… ale nie tylko rzecz jasna. Choć przyznam, że tylko kilka wybranych kawałków

 

Korn odkryłam niejako „przypadkiem” i ponownie – „Queen of the Damned” mi w tym pomogła. Został Korn na dłużej, choć nie na co dzień, bo jednak mają pewną manierę, która jest dla mnie dobra tylko na chwile kiedy Nirvana i Metalika jeszcze są za ciężkim kalibrem.

Czyli na takie jak dziś. Tak, chyba wiem jak spędzę resztę tego wieczoru. Zimny tonik (solo) z cytryną, słuchawki i Queen, choć przyzna, że rozważałam jeszcze Underworld tylko nie bardzo mam czas na wszystkie części, a tak lubię najbardziej. Więc zabieram swoje zabawki (słuchawki, paczkę chusteczek i dużą szklankę toniku) i zmykam do swojej piaskownicy.

– 125 –

Mam wrażenie, że obecnie życie pokazuje mi kilka rzeczy i kilka spraw od drugiej strony. Od tej innej. Bardziej chłodnej, bardziej racjonalnej, bardziej zimnej. Pokazuje mi emocje, uczucia, obrazy i przygląda się. Patrzy bezczelnie, jak moje ramiona coraz bardziej się uginają, jak coraz bardziej zbliżają się do siebie. Pokazuje mi to wszystko na chłodno i z takimi detalami, że mam ochotę powiedzieć, po raz kolejny, „Przestań już”. Wyciąga całą gorycz tego na co pozwoliłam aby się stało. Obrazuje, jak bardzo chciałam wielu rzeczy nie widzieć, nie dostrzegać. Nawet wówczas, gdy ze zdziwienia brakowało mi oddechu, pozwalałam żeby się działo, a bezdechów było wiele.

Teraz mówię, teraz widzę, teraz dostałam rolę „z tej drugiej strony”. Skłamałabym, gdybym napisała, że nie wiem, jak postąpić, że nie wiem co zrobić powinnam, co mogę, co chcę. Wszystko to sklarowane jest do bólu. Jedyne co jest inne, a może dokładnie takie samo, to że właściwie mam gdzieś, jaką drogą życie poprowadzi i napisze ten scenariusz, a może bardziej… nie mam siły walczyć z kolejnym scenariuszem, na który mam tylko złudzenie wpływu.

To przyjemne uczucie jest wiedzieć, że komuś na tobie zależy, z drugiej strony, kiedy wiesz, że zwyczajnie nie potrafisz tego oddać, czyż nie jest hipokryzją podejmowanie prób zatrzymania tego zainteresowania?

Gorzkie jest to moje „nie potrafię”. Gdybym mogła zamienić je na „nie chcę”, lub zwyczajne „to nie to”, czy „nie tym razem”. Jak powiedzieć komuś, że zwyczajnie, najprościej na świecie nie potrafię dać tego, co chciałby, że już nie potrafię dać tego nikomu. Kolejną rzeczą, której nie potrafię, to nie potrafię powiedzieć, czy kiedyś, kiedykolwiek się to zmieni.

– 124 –

Potrzebuje dużo seksu i dużo alkoholu. Na już, i na gwałt. Ponieważ to pierwsze okazuje się być obecnie niejako towarem deficytowym, o tyle tego drugiego mam zapasy na długo. Zdaje się, że czas je użyć. Wiaderko alkoholu i kac przynajmniej trzy dniowy być może sprawią, że moja chęć mordu kilku osób minie. Jeśli nie minie, to kolejne wiaderko alkoholu rozważę oraz kolejne trzy dni kaca. Mogłabym jeszcze, zamiast tego seksu, wrzucić na stół trochę czekolady dla uzupełnienia cukru i endorfin, ale obawiam się, że substytuty tutaj nie pomogą.

Poważnie, usiłuję sobie przypomnieć, jakie prochy łykała jedna moja znajoma kilka lat temu. Prochy, po których owa koleżanka miała na wszystko wydyndane oraz dysponowała nieprzyzwoicie dobrym samopoczuciem. Nie był to prozac.

Nie mniej, jeśli przeżyję bieżący tydzień i nikt za moją sprawą nie dozna uszczerbku na zdrowi, to będę mogła, gdyż wypłata jest w przyszłym tygodniu, bez większych wyrzutów sumienia, zaopiekować się parą jakiś nowych, ciekawych bucików. O ile takie staną na mojej drodze.

Tym czasem nadal jestem na etapie odchudzania moich szaf. Kolejne worki 30 litrowe na śmieci lądują pod śmietnikiem, skąd znikają w prędkością błyskawicy, a ja nadal nie mam miejsca w szafie. Doprawdy, nie wiem skąd tego wszystkiego tyle, bo kiedy przyjdzie co do czego to i tak nie mam się w co ubrać…

Swoją drogą to chyba zacznę sobie parzyć wrotyczowo-melisowe napary z dodatkiem odrobiny lawendy i może od tych mikstur będę lekko nieprzytomna, gdyż lawenda akurat na mnie działa niemiłożebnie wyciszająco, zaś melisa li i jedynie na smak, ale za to prawie spokojnie przeżyję bieżący tydzień. Zdaje się, że słoiki muszą iść w ruch, czy mi się podoba, czy nie.

 

– 123 –

Prozaicznie będzie. Przyziemnie nawet. Dopracowałam się dziś pęcherzy na stopach. Wpadłam na ten szalony, specyficznie pokręcony pomysł, aby na spacer wyprać się w nowych sandałkach na koturnie. Czemu by nie? Każdy nowy but zawsze okupuję pęcherzami. To taki chrzest obuwniczy. Normalka u mnie. Nie ma nad czym się tkliwić. Skoro o tym wiem, to rozsądnym rozwiązaniem byłoby przebrać buty przed spacerem przez całe miasto, no dobra, przez pół miasta, pieszkom. Nie przebrałam, to nie przebrałam – mam pęcherzy kilka drobnych. Na całe szczęście w samochodzie mam i sportowe buty i baleriny, a gdyby mi było mało – to kupiłam dzisiaj sobie czarne sandałki…

Jest to milion pięćset dziewięćdziesiąta ósma para czarnych sandałków na obcasie, w której chodzić za bardzo nie mam gdzie, ale takiej jeszcze nie mam, no i cena – no 25 PLNy (80% sale). W pierwszej cenie nie kupiłabym ich na pewno, ale za dwie dyszki? No jak nie, jak tak. Jednak aby smutno nie było sandałkom dorzuciłam im do towarzystwa trzy bluzeczki po piątaku. Bez większych skrupułów, gdyż 2 worki dobrych wystawiłam do śmietnika, i kolejny się zbiera. Ubrań, którym poza moją niechęcią do ich nic nie dolegało właściwie.

NIe o tym miało jednak być, bo jedyne co napisać chciałam, że spacer mój załatwił mi blisko 10 tysięcy kroków (w jakiej wielkiej aglomeracji mieszkam 😉 ), a zwyczajowo mam problem z dobiciem do 1 000. W nagrodę zjadłam na obiad wielkaśnego burgera i cudem (wołami z burgera najprawdopodobniej), powstrzymałam się od deseru. Co więcej, powstrzymałam się od deseru zupełnie, nawet na małe co-nie-co się nie skusiłam. Niestety od jakiegoś czasu miewam problem z tym niekuszeniem się na małe co-nie-co po treściwych posiłkach. Dlatego też jestem z siebie dumna. Może powinnam z tego uczynić sobie jakieś motto w nowym, kolejnym roku życia?

– 122 –

Dzisiejsze popołudnie było długie i słodkie. Słodkie, aż do przesady. Niemal mdłe. Królową popołudnia okazała się śliwka nałęczowska w czekoladzie i orzeszki ziemne bez soli oraz tonik z cytryną. Tonik solo. Kiedy zacznę pić alkohol siedząc sama i oglądając seriale, zacznę się na poważnie niepokoić swoim stanem zdrowia. Bynajmniej też nie tego fizycznego… Tym czasem, odpuściłam sobie alkohol, zjadłam 5 lub 6 śliwek w czekoladzie, które sprawiły, że jedynie woda z cytryną mi wchodzi na stan. Nawet gorycz toniku nie pomaga, bo przez nią przebija cukier. Tak.

Wszystko to nie bierze się znikąd. Wszystko ma swoje ciągi przyczynowo skutkowe. Moim dzisiejszym czekoladowym ciągiem była próba zapanowania na swoimi pokusami, a dziś towarzyszyły mi dwie. Pierwszy raz od dawna miałam niepohamowaną ochotę zapalić papierosa. Nałóg ten zostawiłam za sobą kilka dobrych lat temu. Nawet w trudnych chwilach nie miałam, aż takiej pokusy by mu na nowo ulec. Zazwyczaj, od czasu kiedy opanowałam swój nałóg, właściwie to w ogóle jej nie miałam, a jeśli sporadycznie się trafiała, to zbyt silna nie była. Do dzisiaj. Właściwie – do teraz. Gdybym miała pod ręką, nie wiem, czy udałoby mi się zapanować nad tą „chętką”.

Złe chętki zdaje się lubią występować w duecie. Drugą chętką, której trudno było się oprzeć, była chęć napisania mejla do jednego palanta. Może tej właśnie powinnam była ulec. Taki prezent sobie zrobić i zbluzgać go na czym świat stoi. Skoro nie dane mi było nigdy wykrzyczeć swojej frustracji, goryczy, złości to… mogłabym nabluzgać i na wymyślać mejlowo. Mogłabym, ale nic by to nie dało. Nic nie zmieniło. Po chwilowej uldze przyszłoby zawstydzenie. Jednak tym, dlaczego jest to godne odnotowania, jest fakt, że pierwszy raz od lat kilku, miałam ochotę mu nawrzucać, nawymyślać, na bluzgać. Wszystko co wcześniej przychodziło mi do głowy było ckliwe i skamlące.

Nie uległam żadnej z pokus. W prawdzie zaznajomiona internetowa wróżka, twierdziła, że dziś jest dzień spontaniczności, że się powinno nieco z falą i z niespodziewanymi okolicznościami przyrody iść w parze i się im poddać, dać ponieść. Uznałam jednak, że żadna z moich dwu dzisiejszych pokus nie wyjdzie mi na zdrowie. Podjecie próby określenia, która z nich ma większą szkodliwość, to jak wychodzenie z motyką na słońce, nic nie ukopiesz, a się zajedziesz i odwodnisz. Skoro było i tak źle, i tak niedobrze to znalazłam rozwiązanie w postaci słodyczy. A co mi tam.

Nie mniej, tym co nadal nie mieści mi się w głowie, po tych wszystkich latach, i tym co wyrządziło największe spustoszenie, jest jeden drobny szczegół: nie to co się stało miało znaczenie, a to jak to się stało.

Mam nadzieję, że gdziekolwiek jest, jest jednak tak, jak chciał, i jest mu dobrze. Oko za oko to pod innym adresem. U mnie na takie założenia brak miejsca. Bo jeśli zmarnował tyle mojego zdrowia na daremno, to życzę mu tylko jednego, tego na co brakło mu odwagi: aby życie przecięło nasze ścieżki w chwili, w której najmniej tego będzie się spodziewał, tak aby brakło mu czasu na przywdziewanie maski, tak aby musiał spojrzeć mi w oczy. Nic więcej. Czasem spojrzenie komuś w twarz, prosto w oczy, może być najgorszą karą… życzę mu też aby zobaczył tam wszystko to, czego boi się dostrzec. Po prostu, życzę mu aby w tej jednej chwili moje oczy stały się lustrem, i to bynajmniej, nie weneckim, w którym dostrzeże siebie z mojej perspektywy. Tyle mi wystarczy.