– 120 –

Przyziemnie, prozaicznie, urlopowo. Skoro mam kilka wolnych dni to… tak, malowanie mam już za sobą, na tę chwilę, bo to połowa pokoju Matki Rodzicielki… pokoju, który mógłby być spokojnie mieszkaniem w bloku, więc i tyle czasu trzeba na niego liczyć. Znaczy tyle czasu, co na małe mieszkanie w bloku… na mieszkanie z milionem przydasi.

Nie mniej, moją kuchnię też trudno odnaleźć z czeluści wszystkiego. Wszystkiego czyli słoi, słoików, zdobycznych ziół, które czekając na swoją kolej lekko przywiędły, słoików, które zostaną zapełnione powoli dochodzącymi na ogniu powidłami morelowymi, pudełkami z już ususzonymi ziołami, octami, których zrobiłam zdecydowanie więcej niż jest mi potrzeba. Czyli w cale i zupełnie nie jestem lepsza od mojej mamy, po prostu każda z nas zbiera co innego i co innego chomikuje. Zważywszy, że stan się z wiekiem pogłębia, to jednak, chyba mam za małą kuchnię. Świadomość, że mam właściwie do dyspozycji dwie kuchnie, to i tak żadne pocieszenie. Odległość pomiędzy kuchnią A i kuchnią B sprawia, że jednoczesne korzystanie z nich jest nieosiągalne. Chyba, że zastanowimy się nad wielowymiarowością czasoprzestrzeni. To jednak nie na ciepłe, letnie i na dodatek kuchenne popołudnie.

Tym czasem, miesza mi się znowu zapach lawendy z zapachem melisy. To jakiś fetysz tegoroczny zaczyna się robić. Może powinnam sobie „perfumy” lawendowo melisowe, czyli w gruncie rzeczy lawendowe z domieszką nut cytryny skomponować na bazie olejków. Takie zabawy olejkami, to jeszcze nie na tę chwilę, chociaż, czemu nie? Przecież lubię się rzucać na głęboką wodę i później notorycznie się dziwię (z perspektywy patrząc, powinnam się dziwić, że się dziwię), że znowu się mocno podtopiłam życiowo.

Tym czasem, wrzucam partię melisy do alembiku, niech się hydrolat melisowy warzy. Dorzucę do niego jeszcze kilka liści z Katalpy, a może i ze dwa z Paulowni, skoro te dwie ostatnie jegomościanki wykazują ze sobą synergię… bo prawdę mówiąc szukam czegoś, czym zastąpię kocankowy „zupowy” hydrolat, do którego się w prawdzie i przyzwyczaiłam i przekonałam, ale jednak jego zapach nadal mnie prześladuje. Skoro jednak mamy lato, to może warto zrobić zapasy do testowania na chłodniejsze dni.

No i jeszcze hit sezonu. „Schudłam” 3 kilogramy, bez diety. Znaczy się, co w tym takiego wartego zapisania? Otóż, choć moja dieta na co dzień daleka jest od ideału, a brak ruchu mi nie pomaga w utrzymaniu wagi, to od jakiegoś czasu szukałam przyczyny tych pojawiających się znikąd kolejnych kilogramów. Po sprawdzeniu kilka możliwości, oraz kilku kombinacji ziołowych, zarówno gotowych, jak i samodzielnie dobieranych, zdaje się, że mam winną – tak, tylko, że zupełnie mnie to nie zdziwiło. Waściowie to potwierdziłam swoje wcześniejsze przypuszczenia. Więc jeśli mówię komuś, że znam jak mało kto swojego człowieka, to go tak znam i prosiłabym tego nie deprecjonować.

W czwartek wybieram się do Adasia. Na tę chwilę mam dylemat, czy jechać busem w środku dzikiej nocy, czy jechać Olafem, bo kosztowo, całkiem podobnie wychodzi, tylko te płatne parkingi… no ale przecież muszę odwiedzić Adasia i dokarmić gołębie. Nie żeby głodne były, ale ostatnio widzieliśmy się przecież rok temu, a to jednak całkiem długie 12 miesięcy było…

Tym czasem wracam do mojej marmolady morelowej z dodatkiem lawendy. Z domową drożdżówką, na leniwe śniadanie w łóżku, z parującą kawą zbożową z dodatkiem odrobiny cynamonu… rozmarzyłam się, oj rozmarzyłam się.

– 119 –

W wielu miejscach piszą, że aby przyszło nowe, trzeba mu zrobić miejsce. Trzeba posprzątać stare, uporządkować, zamknąć, wynieść, oddać, wyrzucić – dobrać metodę do starego, ale należy je zostawić w przeszłości. Powoli nad tym pracuję. Kolejne worki ubrań lądują pod śmietnikiem, skąd znikają w tempie błyskawicznym. Może „moja przeszłość” jeszcze się komuś przyda?

Liczę na to, że kiedy uda mi się oswoić sprzątanie ubrań, nauczę się też „sprzątania” innych balastów przeszłości. Zamykania spraw niezamkniętych. Właściwie jednej sprawy, która nadal nie daje mi spokoju. Nadal, choć nie sama sprawa, a brak jej zamknięcia w sposób akceptowalny dla mojej podświadomości. Od kilku tygodni uwiera na nowo. Obecnie zyskała nowe tło więc znowu wylazła do wierzchu. Byłam przekonana, że prawie się z nią uporałam, a tu masz – wyskoczyła niczym królik z kapelusza, z maską klowna i szczerzy się swoim przerażającym, krwisto czerwonym, uśmiechem.  Drwi ze mnie, z tego co staram się uzyskać i wbija szpilę wyrzutów sumienia krzycząc głośno: „Oszustka!”. Krzyczy i chichocze. „Oszustka!”

Oszustka i hipokrytka. Mówię jedno, robię drugie. Słowami odbieram nadzieję, czynami ją stwarzam. Uciekam na bezpieczną odległość i uchylam rąbka siebie. Zimno – ciepło, ciepło – zimno. Mam żal o to do siebie, a jednocześnie nie potrafię, może nie chcę, przestać. Tak, jakbym karała siebie i kogoś, za nie nasze winy.

Takie – chcesz to masz, tylko nie mów później, że nie wiedziałeś, że się nie spodziewałeś, że nie będziesz płacił cudzych rachunków.

Takie moje – zatrzymaj się, przestań pędzić głupia. To jedyne na co zasługujesz? Kolejna rzecz do zniszczenia. To coś fajnego co daje ci los, a Ty znowu marudzisz, kombinujesz i patrzysz, jak to zepsuć. Na zimno, kalkulujesz, jak chronić siebie, bez oglądania się na to ile kosztować to będzie innych. Co ciebie inni obchodzą – chcą to mają co chcą. Ile ciebie to kosztowało nikt się nie przejmował, troszczył się o siebie i nic więcej, więc dlaczego Ty masz się troszczyć o innych? Bo przez krótką ulotną chwilę troszczą się o ciebie, a przynajmniej dbają o ciebie na tyle, by dostać to czego chcą. I co dalej? Co jest prawdą, co złudzeniem, co podszeptem, co projekcją, co przeszłością, co marzeniem?

– 118 –

Tak. To miejsce to już nie to, co stary adres. Nigdy dla mnie nie będzie tym, czym było stare miejsce. Tam zostawiłam kawał swojej historii. Swojego dorastania. Przeistaczania z poczwarki w motyla, i z motyla… tak, tego już tam nie zdążyłam zrobić. Nie zdążyłam, pod tamtym adresem, pójść o kolejny krok dalej. Tutaj natomiast, przyszła i osiadła poczciwa matrona. Taką przynajmniej mam nadzieję, że poczciwa.

Matrona sterana życiem i okolicznościami. Ze zdrowiem podniszczonym. Z cyckami, które zastąpiły „sportową dwójkę”, z mokasynami na płaskich spodach, z pasmami srebra we włosach. Zmęczona mocno różnymi zawiłościami losu. Przygnieciona do ziemi bardziej niż świadczyła by o tym metryczka.  Takie tam czasem tylko przebłyski z gatunku: Motylem byłam, ale utyłam.

Utyłam, oj utyłam. Nawet nie te kilogramy mam na myśli, choć i tych jest zdecydowanie więcej. Utyłam w doświadczenia, w zwroty akcji i w świadomość samej siebie. W budowanie murów, w separowanie się od ludzi, w dystans do wszystkiego, w brak zaufania, w hipokryzję. Nadal jednak życie potrafi mnie zaskoczyć. Nadal pokazuje mi, że wystarczy mu chwila lub dwie aby mnie zaskoczyć. Dawno przestałam liczyć ile asów i dżokerów poukrywał los w swoich przepastnych rękawach sukni mojego życia. Na to kiedy woła za moimi plecami: Sprawdzam!!! Nawet się nie zatrzymuję, nie odwracam, mruczę pod nosem: to sobie qwa sprawdzaj…” albo krócej „Spierdalaj.”

Kiedy sobie pomyślę ile zawsze takie „Sprawdzam!” niosło ze sobą emocji, zawirowań, chaosu, czasem śmiechu, częściej łez. Dziś po prostu mam to gdzieś. Dziś bardzo brzydko, mało kulturalnie mówię mu: pierdol się życie, albo nawet odje***baj się ode mnie”. Nie dowierza. Łapie mnie za ramię i próbuje odwrócić w swoją stronę. Krzyczy prawie: „Popatrz! Daję ci coś.” Tylko ja już nie chcę brać, bo brać znaczy też dawać, a ja już nie mam co dawać. Dałam całą siebie, ktoś wziął wszystko i nic już nie zostało dla nikogo innego, nawet dla mnie samej zostało tyle co nic. Tyle by podnieść się, otrzepać kolana i iść dalej, z przyklejonym do twarzy uśmiechem nr 5. Ten był najpospoliciej używany, więc tylko ten się ostał, odnalazł po burzach i sztormach.

Więc ten los, to życie mówi: „Popatrz – coś ci daję!” , a ja się pytam „Teraz? Na prawdę? Jaja sobie robisz?” Więc, jak mam to wszystko ogarnąć. Jak sprawić by rachunki za siebie każdy płacił, by nikomu nie przeszło życie na kredyt moim kosztem. Więc co mi pozostaje? Uśmiech nr 5 i dbanie o to, aby każdy spłacał tylko swoje zobowiązania. Został mi rozum, i niech tak zostanie.