– 102 –

Chyba muszę się jakoś do pionu postawić z pisaniem tutaj, bo mocno się zaniedbałam. Poprawę będzie trudno obiecać, gdyż sesja zbliża się nieubłaganie i coraz bardziej zaprzątając wolne okruchy czasu, który nie został jeszcze zagospodarowany.

Tymczasem kilka spotkań towarzyskich za mną i wizyta w kinie. Teoretycznie przeczy to brakowi czasu, ale każdemu w dzikim pędzie, potrzeba się zatrzymać i zrelaksować.

Co do kina, to obecna wersja „Narodzin gwiazdy” z Gagą i Bradleyem jest zaskakująco dobra i warta polecenia, choć nie szukałabym tego samego poziomu głosu, jaki w swojej wersji filmu zaprezentowała Baśka Streisand. Tu jednak mam wątpliwości natury czysto technicznej, gdyż Basi słuchało się analogowo, a Gagi cyfrowo. Mam wrażenie, że zero-jedynkowy zapis muzyki mocno ją spłyca, upraszcza, pozbawia czegoś szczególnego. Mogę się mylić, jednak tak to postrzegam. Tym co mnie zaskoczyło, jak i wielu innych oglądających to śpiew Bradleya… no kto by się tego spodziewał po Buźce z „drużyny A”. To bardzo miłe zaskoczenie było. Doprawdy warto posłuchać i zobaczyć.

Z innych rzeczy to nie ma o czym pisać, bo to jakaś czarna seria i kumulacja. Więc szkoda czasu na przynudzanie o samochodach, sprzęgłach, przebitych oponach i pralkach odchodzących do pralkowego nieba. Samo życie wszak to jest i nic ponadto.

 

– 101 –

Nie zdawałam sobie do wczoraj sprawy z tego, jak bardzo jestem zmęczona. No jestem. Do tego stopnia, że wczoraj, kiedy B. powiedziała mi, że serial, który jej dałam, bardzo jej się podobał i zostawił niedosyt, i że czekanie na kolejny sezon jest deprymujące, ja nie wiedziałam o jakim serialu ona do mnie mówi. Nic. Czarna pustka w głowie, ani tytułu, ani bohatera choćby jednego, czy przebłysku obrazu, choćby cienia jednej sceny. Jedyne co pamiętałam to, to, że skończył się „za szybko” i u mnie również pozostawił niedosyt, ale o czym był? To jedyny serial, jaki dałam do tej pory B., więc to nie tak, że nie ogarniam kolejności seriali, czy innych założeń w temacie. Co to, to nie. Dopiero dzisiaj rano przypomniałam sobie co to takiego ja jej dałam. O czym, o bohaterach, o tytule, a wczoraj – czarna pustka. Dwanaście godzin później.

Z drugiej strony, zazwyczaj miałam tendencję do tego by przedobrzyć. By stawiać sobie więcej zadań do ogarnięcia niż wynikałoby to z rozsądku. No i gdybym jeszcze nie wiedziała, że jednak potrzebuje czasu na odpoczynek… ale gdzie tam. Jak w ogień w kolejny plan długoterminowy weszłam, choć dobrze wiedziałam, że po poprzedniej fantazji obciążania swojego człowieka, jeszcze się w pełni nie pozbierałam.

Tak więc wrzuciłam do szuflady kilka suplementów, magnez i inne takie tam. Do tego, czas najwyższy, ogarnąć temat posiłków, tego co jem, kiedy i gdzie. Bez paliwa długo i daleko się nie da jechać, a ja właśnie to próbowałam uskuteczniać kolejny raz. No może nie tyle, bez paliwa, co na paliwie zdecydowanie złej jakości, niedostosowanym do trasy.

Do tego ta pogoda mnie rozbija, a raczej rozbijała. Liczę, że powoli teraz wszystko w pogodzie wróci na „swoje miejsce”, a ja dzięki temu zdążę złapać w końcu trochę swojej jesiennej energii. Bo teraz to jest mój najspokojniejszy, najbardziej energetyczny czas w roku. Czas kiedy ładuję swoje akumulatorki na resztę roku, a tu masz, ani śniegu, ani długich zimowych wieczorów, a do przesilenia zimowego z każdym dniem bliżej, a ja nadal na rezerwie jadę.

– 100 –

hm… 100 wpis. Niby dużo, a mało jednocześnie. Dużo, bo jednak nie spodziewałam się wytrwania w tym miejscu tyle czasu, a mało, bo cóż to jest 100 wpisów do kilku ich tysięcy na poprzednim miejscu doczesnym?Cóż, to co było się nie wróci. Należy iść  na przód, bo zatrzymanie w miejscu też zazwyczaj bywa tylko pozorne.

Przekornie więc, jako potwierdzenie, że nic nie jest wiecznie, i nic nie jest raz na zawsze, i nic nie jest pewne i niezmienne, obrazki z kolejnej wsi, której nie ma. Tym razem Jasiel. Tuż przy granicy słowackiej, gdzie wspólnie żyli i mieszkali Łemkowie, Polacy i nie tylko, gdzie mieszało się wyznanie greko-katolickie z rzymsko-katolickim, ale też prawdopodobnie i uniccy mieszkańcy w Jasielu odnaleźli swoje miejsce na ziemi.  Odwiedziłyśmy to miejsce z A. w miniony poniedziałek. Krzyże na obrazkach, bo na części tych postumentów zdaje się też wspomnienia po kulach (był to teren objęty walkami, na granicy to nic nadzwyczajnego zdaje się), więc za wolność naszą i wszystkich, bo wszyscy mamy do niej prawo, tak jak mamy prawo do wolności wyznania i myśli oraz przekonań.  Krzyże, bo tej jeszcze „prawie” tydzień zaduszny był, więc wspomnienie tych wszystkich, którzy odeszli, a których domy kiedyś stały w tej pięknej okolicy. Tak więc nasz dodatkowy wolny dzień, pozaplanowy, 12 listopada 2018 miał wiele z zadumy i nostalgii.





– 99 –

Migawka z poprzedniego, zaduszkowego, weekendu. Jak na Zaduszki przystało, podjęłyśmy z A. kolejną próbę odnalezienia pozostałości cmentarza przy nieistniejącej już od dawna łemkowskiej wiosce. To było nasze 2 podejście. Czeka nas trzecie. Liczę na to, że za 3 razem wyprawa skończy się powodzeniem. Wyprawa to dobre słowo, bo jest to miejsce, do którego tylko tacy pokręceni ludzie, jak A. i ja się czasem zaplątają.

Uzyskanie szerokiego kadru jest prawie niemożliwe jeśli chce się aby coś było z pozostałości widocznym na zdjęciu.


Natomiast wczorajsze wyjście, choć nie mniej urokliwe, to jednak chłodniejsze w temperaturze i mocno wietrzyste, co nie jestem przekonana, czy było dobrym pomysłem w związku z niekończącym się przeziębieniem, które nie chce mnie opuścić, a które w końcu zaczęło odpuszczać… tylko chyba wczoraj jednak nie do końca dostosowałam zabezpieczenie termiczne mojego człowieka, do panujących warunków pogodowych.

– 98 –

Moda na zdrowie. To w sumie dobra moda, jednak czasem warto się zastanowić i zatrzymać i przeczytać kilka niezależnych artykułów na temat zdrowia w zakresie jaki nas interesuje. Zdrowie ma to do siebie, że ważne jest wszystko. To co jemy, ile jemy, kiedy jemy, to co pijemy, ile śpimy, ile pracujemy, ile mamy ruchu, ile stresu, jak myślimy oraz wiele innych, z pozoru mało istotnych, elementów składa się na nasze zdrowie. To co dobre jest dla innych niekoniecznie może być dobre dla nas, to co dobre jest dla dziecka często jest zbyt słabe dla dorosłego, a bywa, że to co stosujemy u dorosłego jest zupełnie nie wskazane dla dzieci, i nie że im zaraz całkiem szkodzi. Czasem po prostu jest problem z ustaleniem dawki optymalnej – tak więc lepiej zrezygnować niż eksperymentować.

Inną rzeczą, o której warto pamiętać, to to, że jednak zioła to też leki. Czytam w temacie wiele, również na forach, grupach i innych zasobach internetu i po prostu jestem przerażona niefrasobliwością w tym zakresie. Brakiem umiaru i brakiem zastanowienia się nad tym czy akurat coś jest dla nas, a coś nie. Moda jest modą i wiele osób pije lub jada coś pod marką „bo jest to zdrowe”, ale bez zastanowienia się, czy akurat dla nich również.

Zwykły czosnek, który zawiera między innymi nadające mu charakterystyczny zapach związki siarkowe, ma działanie bardzo szerokie, o czym można sobie już w samej Wikipedii poczytać, czy na stronach dr Henryka Różańskiego oraz w wielu innych miejscach. Jest ogólnie bardzo dobrze rozpisaną rośliną leczniczą. Tym co umyka, to przeciwwskazania. jak pisze Wikipedia: „Czosnek nie jest wskazany przy kaszlu zabarwionym krwią, w przypadku gorączki towarzyszącej zapaleniu płuc. Nie powinien być podawany chorym na zaawansowane zapalenie nerek. Nie powinien być stosowany w ostrych zapaleniach żołądka i jelit (może zaostrzyć chorobę). W dużych dawkach czosnek i jego preparaty są niebezpieczne, zwłaszcza dla dzieci (nie powinien być w ogóle podawany niemowlętom poniżej 10 miesiąca życia).” Ze swojej strony dodam jeszcze, że również kobiety w ciąży, czy osoby przyjmujące leki rozrzedzające krew oraz niesterydowe leki przeciwzapalne, gdyż czosnek ma właściwości obniżające krzepliwość krwi, a nie jest to wskazane w powyższych przypadkach, aby krew dodatkowo, czy w sposób niekontrolowany jeszcze rozrzedzać. Matki karmiące piersią też powinny z ostrożnością podchodzić do czosnku, gdyż przechodzi on do mleka matki i może się okazać, że zwyczajnie tak „zmodyfikowane” mleko nie będzie dziecku smakowało, ale też może być powodem bólu małego brzuszka. Tym co istotne – to przeciwwskazania te dotyczą głównie spożywania surowego czosnku. Dzieje się tak, ponieważ część związków, tych najsilniejszych akurat, zawartych w naszym specjale jest mało odporna na obróbkę termiczną, więc zwyczajnie, im dłużej obrabiamy termicznie czosnek, tym mniej zachowuje się jego właściwości, gdyż ulatują w przestrzeń dookoła patelni lub piekarnika. Nadal „coś” w nim zostaje, ale nie oczekujmy, że działanie będzie takie samo jak ma to miejsce w przypadku świeżo obranych ząbków czosnku. Inną kwestią czosnkową, jest to, że nie przechowujemy go w niskiej temperaturze, która również mu w przechowywaniu nie robi najlepiej. Owszem, pozyskiwanie z czosnku części jego związków może się odbywać w temperaturze około 0 stopni, ale pozyskiwanie, to nie przechowywanie – liczy się czas, i to co chcemy pozyskać, bo oczywiście też nie wszystko ucieka w niskiej temperaturze.  U mnie czosnek leży sobie spokojnie na blacie szafki kuchennej, w kamionkowym naczyniu z pokrywką, które zawiera dziurki. To się w sumie najlepiej sprawdza i czosnek trzyma się w nim najdłużej. Ogólnie nie jestem zwolenniczką trzymania warzyw w lodówce – osobiście nie lubię zimnych warzyw, bywa, że szkodzą mojemu człowiekowi, a teraz kiedy o tym czytam, bo chcę, lubię, ale też muszę, okazuje się, że mój człowiek po prostu wiedział czemu się buntuje i zmuszał mnie często do działań optymalnych (choć rzecz jasna nie zawsze, ale nie w tym rzecz). Tak więc każdy, zanim zacznie stosować terapię jesienną czosnkową powinien się zastanowić czy ona jest dobra również dla niego. Owszem, jest skuteczna, ale czy nie ma przeciwwskazań? No i co u licha znaczy z umiarem, albo w dużych ilościach? W dużych ilościach, każdy z nas ma inne duże ilości, tak samo jak umiar, ale w ustalaniu tych dwu wartości warto posłuchać co mówi nam nasz własny człowiek, oraz, jeśli mamy z tym problemy możemy przypomnieć sobie, że zalecana dzienna dawka lecznicza świeżego czosnku wynosi około 4 – 5 g i jest to wartość wokoło której mogą oscylować osoby dorosłe.

Po tym zdecydowanie przydługim wstępie, w bonusie dla tych, którym udało się wytrwać do tego miejsca, zostawiam przepis na moja miksturę przeciw przeziębieniową, oczywiście zawierającą czosnek. Oczywiście również, w jej stosowaniu jest wskazany umiar i rozsądek, a dzienna dawka w początkach przeziębienia to spokojnie maksymalnie 4 x 25 g (czyli 4 małe bączki) na dzień (na CAŁY dzień).

Składniki: 3 dosyć duże cebule; 1 mała (lub 0,5 dużej) główki czosnku; sok wyciśnięty z 1 cytryny, 2/3 – 1  szklanki cukru. Dodatkowo, dla dorosłych: alkohol 40 – 50% do 0,5l, korzeń świeży chrzanu ok. 5 cm (jeśli cieniutki korzonek, to można dać dłuższy kawałek).  Słoik 1 litr.

Przygotowanie syropu: Cebulę i czosnek obieramy, siekamy w piórka, i wysypujemy warstwami do słoika: cukier – piórka cebulowo czosnkowe – cukier – piórka – cukier. Taki przekładaniec zalewamy sokiem z cytryny, nakrywamy słoik i odstawiamy z boku blatu szafki kuchennej. Po około 2 godzinach zaczyna nam się zbierać syrop. Można go sobie spokojnie popijać. Syrop ten można podawać przy kaszlu i w początkach przeziębienia również dzieciom, acz nie maluszkom.

Przygotowanie nalewki: Kiedy mamy już syrop, czyli po jakiś 2 dniach od nastawienia, albo kiedy zostają nam w słoiku resztki po niezbyt dokładnie odlanym syropie (trochę syropu, nierozpuszczony cukier),  zalewamy to alkoholem w ilości 0,3 – 0,5 (im więcej soku, tym można więcej alkoholu zalać), dodajemy obrany i posiekany w piórka świeży korzeń chrzanu. Zakręcamy słoik i odstawiamy na przynajmniej 7 dni, choć możemy podpijać z niego jeśli akurat jest taka zdrowotna konieczność. Jeśli stoi i nabiera mocy w spokoju, to warto jednak go nieco wstrząsnąć od czasu do czasu, aby ułatwić rozpuszczanie cukru i innych dobrodziejstw. Po tygodniu możemy zlać, ale spokojnie, może postać i 2 tygodnie w takim nastawie. A później przez gazik, lejkiem, do butelki i do domowej pateczki. Nalewki nie podajemy dzieciom!

Zdrowia życzę.

 

– 97 –

Piękna pogoda, co widać, jednak bywa, że ta zbyt piękna pogoda raczej mnie rozbija i rozkłada na łopatki, trudniej jest mi się zmusić do czegokolwiek. Problemy z koncentracją i takie tam. Nawet mój prywatny, wewnętrzny sierżant, czy jak kto woli, cerber, mają niejakiego niechcieja, bo jeśli to nie jest niechciej, to najwidoczniej się dogadali i spieprzyli gdzieś na wakacje. Nie wiem tylko gdzie, ale chyba bardziej obstawiam narty niż plażowanie, bo jestem taka zmęczona ostatnio jakbym cały dzień fizycznie się nadwyrężała, a tym czasem, to praktycznie boli mnie siedzenie od nadmiaru siedzenia.

Żeby nie było tak marnie, to jednak w piątek i w sobotę ruszyłam zadek z domu w świat. Pochodziłam po lesie, pochodziłam po chaszczach. Poszwendam się tu i tam, co zaowocowało niemiłosiernym bólem gardła w niedzielny pranek i koniecznością przeciwdziałania kiełkującej niemocy. Ten tydzień jest słaby jak na chorowanie, bo sporo ma mieć zajęć, z którymi później jest problem aby je odrobić, więc, o chorowaniu należy zwyczajnie zapomnieć. Tak więc zapominałam przez część niedzieli na bazie nalewki, której podstawą jest syrop cebulowo-czosnkowo-cytrynowy, wzbogacony alkoholem i zmieszany z nalewką chrzanową. Działa. Zdecydowanie dzisiejszego poranka glut w gardle był tylko zaznaczony, zamiast trwalej i upierdliwej obecności. Nie mniej jednak otoczenie stwierdziło, że czosnek jest intensywny, oraz chrzan mu nie ustępuje i nie chodzi o ilość spożytą, gdyż przez cały dzień może z 75 ml machnęłam. Ledwie 3 bączki na cały dzień w dozach łyżkowych, na 40%, to żaden wyskok, a leczniczo zadziałało. Jest moc. Zapachu głównie, ale w końcu moc to moc, a z mocą się nie dyskutuje. Co do wyjść to piątku, to wyglądał mniej więcej tak.

 

P.S. Grzybów nie było, poza tym który jest na zdjęciu, znalazł się jeszcze jeden… oba trafiły na patelnię…

P.S. 2 – Mam ostatnio również niechcieja fotograficznego, więc Perełka została w domu, a obrazki sponsoruje telefon vel Heniek.