– 93 –

Kilka dni urlopu za mną. Nie miałam czasu większego na odpoczynek, połowy zaplanowanych rzeczy nie udało mi się zrealizować. Okna w Wersalu nadal są brudne jak noc listopadowa… do której notabene nie zostało wiele czasu. Na to wszystko mam jeszcze malownicze przeziębienie wynikające z autobusowej klimatyzacji oraz wczorajszego przemarznięcia… Jeszcze w piątek w Warszawie było blisko 30 stopni Celsjusza, a na pewno sporo ponad 20, a w niedzielę w Bieczu… ledwie 10. Ja nie wiem komu, ale komuś coś się pomieszało, albo się komuś zepsuł termostat. O Warszawie będzie inną „razą”, pewnie następną, bo dziś, chciałam kilka obrazków około urlopowych przywołać.

Tydzień temu, leżałam sobie spokojnie na cieplej, zielonej trawce, wokoło pachniała nawłoć górska oraz nagrzany las szpilkowy, a do tego ciągle jeszcze pracowały pszczoły, choć już spora część z nich udała się na jesienno – zimowy spoczynek, to te dzikie jednak nadal jeszcze gromadziły sobie zapasy. Pogoda z przed tygodnia niczym nie zapowiadała Orkanu Fabien, zimna, deszczu i wiatru, oraz… kataru uniemożliwiającego tak oddychanie, jak i sensowne i precyzyjne myślenie. Za to owo popołudnie wyglądało o tak

– 92 –

Macie czasem tak, że jedno słowo potrafi totalnie was rozbroić i wybić w jakąś alternatywną rzeczywistość? Rozedrgać. Zdekoncentrować.

Ja tak mam. Jest kilka słów „wytrychów”, które wprowadzają mnie w różne stany. Pada takie słowo i bum. Leżę na ziemi rozłożona na życiowych łopatkach z oddechem całkiem wypchniętym z piersi, i kiedy już złapię ten cholerny oddech, nagle okazuje się, że nie wiem, czy się śmiać, płakać, skakać, a może zacząć krzyczeć.

Bywa jeszcze tak, że do takiego słowa, chyba aby je jeszcze bardziej podkreślić, a mnie jeszcze bardziej wybić z rzeczywistości, pojawia się muzyczny komentarz. Włączysz radio lub odpalisz play listę, a tam muzyczny rykoszet. Tak na dobitkę. Kopnąć zdezorientowanego i leżącego mojego człowieka.

Boży plan jest nie zbadany i podobno niepojęty. Doprawdy? Nie znam się na boskich planach, na Bogu też się nie znam, ale czasem mam wrażenie, że przeżywam jakąś własną wersję „Dnia świstaka”.

Wszystko to nic. Mam kilka chwil wolnych żeby siebie poskładać z tego wewnętrznego chaosu, w końcu czeka mnie jeszcze kilka godzin w autobusie, więc na tę chwilę i tak nie mam nic innego do roboty.

…  a było już tak fajnie, tak spokojnie, tak cicho… i na niebie w poniedziałek były takie cudne obłoki.

Literówki poprawię jak będzie kiedy i na czym, bo tu trochę huśta.

– 91 –

Mnóstwo rzeczy chodzi mi po głowie. Znaczy się dziki chaos. Plątają się i plątają i każda krzyczy, „Ja!”, „Teraz ja”, „Ja pierwsza”. Doprawdy doba ma tylko 24 godziny i nie chce się bardziej rozciągnąć, a ja potrzebuje tyle różności zrobić.

Tymczasem odkryłam, na zasadzie eureki, że właściwie wielu rzeczy i spraw związanych ze stagnacją w moim życiu, jest moja Matka. Zdaje się, że dla patrzących z boku była to od dawna oczywista oczywistość, jednak ja zrozumiałam to praktycznie rzecz biorąc dopiero dzisiaj.

Ona uwielbia zacieśniać przestrzeń, chomikuje, gromadzi i zbiera, ja potrzebuję przestrzeni. Ściśnięta jestem przytłoczona i jest mi duszno, tak życiowo duszno. Niestety wiele elementów przejęłam po niej, więc też gromadzę. Jest mi źle, ale i tak gromadzę. Teraz jednak mam ochotę wyrzucać. Problem w tym, że nie da się w ten sposób sprzątać kiedy ona jest w pobliżu. Po prostu zaraz jest „a to się jeszcze przyda”, „to jeszcze jest w dobrym stanie”, „to za drogo za śmieci będzie”. Zajęło mi tyle lat, żeby zrozumieć, że jej działanie przyprawia mnie o poczucie klaustrofobii.

Tymczasem mamy stare, sklejkowe, porozkręcane i zawadzające szafy mające po 20 lat stażu w formie rozkręconej, a ile lat służyły zanim zostały rozkręcone, to akurat trudno określić, gdyż część z nich jest zdobyczna na zasadzie, że komuś nie były potrzebne, a jej się jeszcze przydadzą. Właśnie by się na mnie sromotnie obraziła, gdyby czytała te słowa. Usłyszałabym zaraz pouczenie, że powinnam pamiętać, jak było, że nic nie było, i ze na nic nowego jej stać nie było. Doprawdy? Wiem, mamo, że tak myślisz, i że tak to postrzegasz, ale 5 rozkręconych szaf i ze 2 meblościanki upchnięte po kątach, które nikomu do niczego nie służą, raczej świadczą o zbieractwie niż o potrzebie wyższej.

Jest mistrzynią zagracania przestrzeni, zagracania starociami, bez miejsca na coś nowego. Tak samo jest perfekcjonistką w podcinaniu skrzydeł. Nawet jeśli nie mówi w prost, to każdy plan kwituje w deseń „to się nie uda”, „będą długi”, „nie dasz rady”. Po 40 latach życia z „Panem Hrabiom” jest to normalne i zupełnie logiczne podejście wynikające z wieloletnich doświadczeń, ale tylko 1 z naszej czwórki jest nacechowanie niefrasobliwością odziedziczoną po tatusiu, i nie jestem to ja.

Wbrew wszystkiemu, jedyne wsparcie, które raz jeden udało się Panu Hrabiemu, wypłynęło samo z siebie, ale to On choć przez chwilę wierzył, że może się udać moje marzenie, a przynajmniej, że powinnam rozwijać swoją pasję. Przytargał, nie wiem skąd, elektryczną maszynę do pisania. Wielką, ogromną, ciężką i zajmującą prawie całe biurko. Tyle, że następną rzeczą, było skwitowanie Matki Rodzicielki, że nie będzie czytać tego co napiszę, żeby poprawiać moje okropne błędy ortograficzne, bo nie ma czasu… a wystarczyło kupić i przyzwoity słownik ortograficzny…

Więc teraz, kiedy mam tyle różnych myśli, tyle różnych pomysłów, cały czas, zamiast wierzyć, że wszystko może się udać, że mogę je zrealizować, ja cały czas słyszę cerbera w swojej głowie, który ostro karci te wszystkie rozkrzyczane, kolorowe i roztańczone „Ja!”, „Teraz ja”, „Ja pierwsza” widząc je jako coś złego, niedobrego i niemożliwego.

… a ja, nawet jeśli to wszystko wiem, widzę i zaczynam rozumieć, to i tak nadal jeszcze nie potrafię przekuć swojej wiedzy w samoobronę, we wiarę w siebie i w swoją siłę i w swoje możliwości. Nadal nie potrafię się od tego oderwać i uwierzyć, że mogę, że potrafię, że dam radę… bo mam na tyle siły, wiedzy i doświadczenia, że to wszystko jest w zasięgu…

– 90 –

Na prawdę już wrzesień? Kiedy mi to lato uciekło? Kolejne, na które było wiele planów, a które czas zweryfikował. Czas i pogoda. Ten deszcz przez pół czerwca i prawie cały lipiec był co najmniej mocno deprymujący.

Zaraz przyjdą chłody i jesienne deszcze, i słoty, i znowu nie było kiedy poleżeć na trawie, popatrzeć w niebo, nabrać zupełnie odmiennej perspektywy, założyć różowych okularów na kilka chwil wytchnienia. Może w przyszłym roku jakoś łatwiej się to uda zrealizować, a może założenia będą inne.

Z perspektywy szkolnej, to bardzo się cieszę, że czas szkolnych wyprawek mam już za sobą. Żadnego biegania za podręcznikami, żadnego gimnastykowania się z tym, że już są zajęcia, a ciągle ni m tego, czy siamtego, albo jeszcze owego. Teraz z perspektywy czasu widzę dopiero, jak to wszystko było cholernie upierdliwe. Normalnie, jak wszystko w tym kraju, rozpizdrzone do granic możliwości. Nic nie może być proste i łatwe, za wszystkim trzeba się nabiegać, nalatać, odenerwować też się trzeba niewspółmiernie do złożoności zadania.

Kończy się lato, kończy się względny spokój, zbliża się jesienna bieganina i harmider w robocie. No i tak znowu do maja… czerwca… i na ten tegoroczny początek roku szkolnego, nieskromnie, życzę sobie w przyszłym roku, choć kilku dni wakacji w pięknym słońcu, albo w innych pięknych okolicznościach przyrody z daleka od myślenia o wszystkim na już, na wczoraj, na tydzień temu, po prostu z daleka od pracy.