– 89 –

Potrzebuję nowej pary butów… zdecydowanie… już ze 3 miesiąc nie kupiłam żadnych, albo nawet i cztery, więc czas najwyższy. Zaniedbałam się okrutnie w tej materii. Nie wiem zupełnie jak mogłam się dopuścić takiego poważnego zaniedbania… a poważnie, to faktycznie, chyba muszę kupić jakieś nowe buty do łażenia po górkach. Nie, żebym żadnych nie miała, ale jednak niedomagają. Wylazła w nich wada ukryta i jeśli szewc mój ulubiony zwinął żagle i poszedł na emeryturę, to doprawdy nie wiem kto mógłby poradzić inny.  Zawsze mogę rozejrzeć się właśnie za nową parą, wszak wymówka jest znakomita, ale te na prawdę nie są ani zniszczone, ani zachodzone i jeszcze nie jedno wyjście mogłyby służyć, a tak, no nie da się, bo wracam z każdego wyjścia z dziura na małym palcu, od szycia, które się wzięło i przetarło i odstaje, a tyle planów na jesień było…

Jak widać pretekst jest pierwszorzędny do zakupów, tyle, że nie bardzo jest co kupić. Wszystkie są praktycznie w ten sam deseń szyte, a te które mają inne szycia są albo dziecięce, albo nie ma rozmiaru mojego.

Co więcej, po tym, jak ostatnio drożdżówka pierwszy raz od wielu lat okazała się o poranku nazbyt słodka, to dziś jestem głodna jak wilk… bo nie było drożdżówki. Niestety, mój człowiek nie dał się oszukać kromeczką z dżemikiem do kawy, bo jednak to za mało chemii w tym było i zdecydowanie za mało cukru, więc się dopomina. Wsadziłam mu do obróbki jabłko, może się zamknie na chwilę, a jakby co, to mam jeszcze drugą sztukę tego jabłka.

Jutro już wrzesień. Czas zacząć myśleć o powrocie do szkoły, choć na dobrą sprawę nie udało mi się o niej zapomnieć przez całe wakacje, gdyż praktyki i robienie zielnika okazały się bardzo absorbujące i czasochłonne. Na dodatek trzeba je jeszcze zaliczyć… co ma mieć miejsce w dniu jutrzejszym, więc do cholery, jakie wakacje… bo podobno studenci maja ich 3 miesiące? Nie wiem, którzy, bo ja to na pewno nie. Nawet miesiąc nie wskoczy całkiem wolnego, bo dodatkowo jeszcze praktyki wyjazdowe w drugiej połowie, a później się już zajęcia rozpoczną i standardowy brak czasu. Nie mniej jednak, rok za mną, zleciało bardzo szybko.

– 88 –

Zaległości obrazkowe mam. Poranki chłodne, mgliste i ciemne, a jeszcze nie tak dawno były przejrzyście i błyszcząco magiczne. Teraz piąta rano to jeszcze ciemność, choć wpadająca w szarość przedświtu, a początkiem sierpnia  była roziskrzonym ciepłym porankiem.

Tia, z rozpędu nałożyłam nakładkę makro na filtr gwiazdkę, ale efekt, choć nieco sztubacki, mnie się podoba, tym bardziej, że nie zamierzony i popełniony przypadkiem.

Pan Pajączek nieco był zapracowany, ale przez chwilę widać zastanawiał się co jeszcze ma po porannej toalecie ze sobą zrobić i udało się go „złapać”

Sierpniowa choinka (skrzyp polny – Equisetum arvense L.)

Ostre liście szczeci i bylica oraz słońce nad linią horyzontu…

– 87 –

Trochę się nazbierało zaległości. Tak jakoś wyszło, że cały czas pisze o tym, że czas odpocząć i inne w ten deseń słowa, a z tego mojego odpoczynku niewiele wychodzi. No dobrze, może nie tyle nic nie wychodzi, co jest on niejako intensywny, a przynajmniej taki bywa, i prowadzi ni mniej, ni więcej, jak do zmęczenia… Bardzo intensywny był poprzedni weekend. Oj całkiem bardzo. Takiej intensywności bardzo mi trzeba było. Trochę przyrody (Cergowa), trochę gadaniny, trochę nowych ludzi, trochę alkoholu i powroty w środku nocy oraz całkiem porankiem. Trochę tańca, trochę, śmiechu. Po prostu lato. Jedne drobny foch, jedna oczywista propozycja z pijackim zapytaniem „…aaaale dlaczego?”. Jak to „dlaczego?” Bo tak, a raczej bo nie. Tak po prostu. Najlepszym podsumowaniem poprzedniego weekendu są stare piosenki Wandy i Bandy. Może tylko w odwrotnej kolejności niż zamieściłam.

Tak w między wierszach, stwierdzając z zimną jędzowatością, to chyba całkiem sporą dozę dobrego humoru, zapewniło mi to „…aaaale dlaczego?” … i zwyczajne „Po prostu, bo mnie nie pociągasz pyszczku.” Bo wolę tę stronę medalu, niż patrzeć jak tłumy znajomych się postarzały, bo po co mam liczyć ich i swoje lata. Skoro czas dla mnie okazał się nieco bardziej łaskawy, a może po prostu, w tym swoim pędzie, nie zawsze dostrzegałam jego upływ, to chyba trzeba to jednak doceniać. 🙂

Dlaczego tak? Bo tak, bo dobrze czasem jest oderwać się od codzienności i od rutyny, a co do zmęczenia, takie fizyczne jest też potrzebne, choćby dla równowagi do tego psychicznego biorącego się z monotonii codzienności i z natłoku tych wszystkich „powinnam”, „muszę”, „należy” i „wypada”.

Tymczasem należało wrócić z obłoków i ogarnąć bieżące potrzeby. Pół tygodnia przesiedziałam nad tym nad czym musiałam, plus, dorzuciłam do tego całą sobotę, a kiedy w niedzielę byłam w miarę ogarnięta, to okazało się, że ładną pogodę gdzieś wcięło, że jest zimno i że pada deszcz.

– 86 –

Coś by chyba napisać? Trochę kiepsko z tym pisaniem, gdyż trochę kiepsko z internetami i innymi takimi. Chyba czas pomyśleć o zakupie jakiegoś niewielkiego, może zbliżonego rozmiarami do średniego tableta, laptośka, który wepchnę uroczo kolankiem do mojego plecaczka lub innej torebusi. Pisanie z telefonu zaiste jest możliwe, ale okropnie niewygodne, a ja jednak wygodę sobie cenię, a z wiekiem niejako coraz bardziej. Tak więc, skoro kolejny rok więcej mam w dowodzie, to wygodę też awansuję na kolejny „level” do góry. Zaraz obok niej stawiam zachcianki, zachciewajki i głębokie poważanie dla diet oraz dla wielu konwenansów. A co tam – mogę? Mogę!

Pomijając nieubłaganie upływający czas i przybywające, niejako w zamian, kilogramy oraz upierdliwe torty, to zdaje się, że kupiłam ów samochód, o którym ostatnio tak miauczałam i miauczałam. Ano kupiłam. Nadal nie podbił mojego serca, bo to nie ten typ, choć ma swoje zalety, jak skrzynia biegów, gdzie wybranie kolejnego nie wymaga dwóch minut mieszania i niebotycznego spadku obrotów. Zdaje się, że był nieco ponad budżet, dlatego obecnie jest nieco cienko i zdaje się, że mój rosyjski zostaje chwilowo zawieszony, gdyż muszę się przed zimą zająć progami, zwłaszcza prawą stroną przy tylnym kole oraz instalacją LPG, bo trochę się krztusi, gdyż od dłuższego czasu nikt do niej nie zaglądał, ale dogadujemy się. Pogadaliśmy jak czekista z czekistą i sobie żyjemy. W prawdzie wkurzające są kontrolki od świateł, które raz mówią, że któraś żarówka się spaliła, a raz, że wszystko ok., ale powiedzmy sobie szczerze, co świeci, to świeci, a bezpieczniki będzie miał przeglądane, jak się ogarnę z instalacja.

W ramach sabotażu i znęcania się młodszego rodzeństwa nad starszym, Sister, wgrała mi apkę… no tak, żeby moje stare złogi tłuszczowe ruszyć w posadach. Pięknie mi w telefon wrzuciła na pierwszą jego stronę, oraz ustawiła przypominajkę, która codziennie o 20,30 drze pysk. Nie wiem, kto tu bardziej abstrakcją się kieruje, ja wierząc, że się zmobilizuję i zacznę ćwiczyć, Sister, która liczy na to, że z apki skorzystam, czy sama Apka, która, gdyby była materią ożywiona, zapewne liczyłaby na to że jej codzienne darcie dzioba w końcu przyniesie sukces. Tymczasem, sukces jest marny. Właściwie brak go zupełnie, gdyż zamiast wezwań apki, instaluję sobie na śniadanie już nie jedną, a dwie drożdżówki do kawy. Ja wiem, że motywacja z wnętrz ma płynąc, ale u mnie kiepsko z tą wewnętrzną motywacją. Właściwie z wieloma sprawami u mnie ciężko, co zupełnie dalekie jest od stanu „źle”, tu raczej zmęczenie jest widoczne, niechciej wakacyjny i podostra potrzeba wypoczynku. Więc bez paniki. Po prostu, potrzeba mi się zatrzymać i po prostu pobyć. Tak – ot tak. Takich kilka chwil pozbawionych wszelkiego muszenia. Tak po prostu nie mieć nic w planach, nic do zrobienia, posiedzieć, poleżeć, pomachać nóżką nic nie robiąc, napić się wody z cytryna i ziołami. Przez chwilę wyciszyć galopadę myśli, planów, obowiązków i wszystkiego tego co mnie w dzikim galopie ciągnie przez codzienność. Tak, po prostu się zatrzymać potrzebuję. Na kilka dni.

O wyjazdach wakacyjnych nie mam mowy w prawdzie z racji rozwalonego budżetu, który leży i kwiczy ze śmiechu patrząc na mnie. Wredny jeden, co popatrzy to już nawet nie chichota, a śmieje się w prost, pełną gęba i prosto w twarz. Mówi mi też: „No popatrz mamuśka, na garnuszku synusia będziesz żywot pędzić, co najmniej przez dni kilka”. Opłaty, ubezpieczenia, dwa samochody, jedna ja, jedna pensja. Byle do końca sierpnia, a we wrześniu nie zanosi się finansowo na mniejsze wydatki, bo i Warszawka, i dwa wypady w Bieszczady, ale muszę, muszę w góry, bo inaczej się uduszę. Nawet jeśli udałoby się za tydzień, no półtora, pogodę złapać, to jakieś łąkowe leżakowanie, choćby samej, ale po prostu na mus. Jeśli nie zatrzymam się to zacznę krzyczeć, wrzeszczeć, i gryźć nie daj boże również. Tak to mija czas. Dzień za dniem, i za chwilę będzie po wakacjach, a ja znowu nie zdążyłam ich nawet zauważyć.

– 85 –

Obawiam się, że jeszcze jakiś czas tematem przewodnim będą samochody. Gdyż normalnie to wszystko zmienia się w tym temacie jak w kalejdoskopie. Zaczynając oglądać samochody zakładałam, że będzie to niewielki aut, choć zdecydowanie jednak większy od Tastasia, ale bez szaleństw. Nie minęło wiele czasu jak z hatchbacka zrobił się sedan… a teraz… okaże się, że może mi stanąć pod domem ponad 4 metrowa 17-letnia angielska (z rodowodu fabrycznego, nie z kierownicy) limuzyna.

No i tu zaczynają się problemy. W tym słowie. Limuzyna. Boże, czy ja już taka stara jestem, że limuzyną mam jeździć? Popieprzyło mnie do końca. Mnie lubiącą w samochodach niefrasobliwość, pazurki i brak zobowiązań połączone z obiecującym przyspieszeniem i krótkim przełożeniem w skrzyni biegów. Mam to wszystko zostawić za sobą, i jak przystało na panią w średnim wieku, mam odkryć zalety stateczności i powagi? Prowadzi się to dobrze, nawet bardzo dobrze, jest zadbane, dobrze utrzymane, nic nie zgrzyta, nic nie szumi, nic nie tłucze – auto płynie… a ja w nim… płynę majestatycznie… ja i majestat? Cholera, stara jestem, prawie płakać mi się chce. Nie wiem tylko, czy nad samochodem, czy nad sobą.

Staram się zapanować nad sobą, bo znam swoją skłonność do histerii, tyle, że choć wygodnie i dobrze mi się w nim jechało, to on po prostu nie pasuje do mnie. Oj, ja wiem, że żaden mężczyzna tego pewnie nie zrozumie, ale po prostu – on do mnie nie pasuje. Albo jeszcze gorzej, do części mnie, tej snobki, która czasem gdzieś wyłazi, to pasuje jak ulał, i to ona go wczoraj oglądała zdaje się, ale do mnie, babki, która biega na bosaka po trawie, kładzie się prawie w kałuży, żeby zrobić zdjęcie… i co ? I wsiada uniurana do samochodu z beżową tapicerką? Letnie sandałki, na szpileczce, delikatne, i zwiewna sukienka, odwieszone zostały ze 3 lata temu do szafy. Zdecydowanie pasowały by do tego samochodu bardziej niż ubłocone trepy. Pochodzą z innego życia, a mnie dobrze w tym życiu, które mam teraz. Tamto życie zostało o jedno zapalenie spojówek od płaczu,  10 kg i kilka worów obsmarkanych chusteczek temu.

W sumie to tak na prawdę najwredniejsze w tym wszystkim jest to, że nawet nie mam z kim porozmawiać o tym pieprzonym samochodzie, bo dziewczyny się nie znają, a z handlarzem to nie rozmowa, powie wszystko żeby go sprzedać. Zawsze mogę go wziąć i próbować sprzedać dalej – spokojnie, mogę krzyczeć za niego o 1/3 jego ceny więcej i jeździć między czasie. Kokosów bym na nim nie zarobiła, ale zawsze zwróciłby się koszt przerejestrowania oraz filtrów od gazu, które są do wymiany.

– 84 –

Tak sobie siedzę, i tak sobie patrzę na mrugający kursor w edytorze tekstu. No i co ja mam tutaj napisać, skoro nie bardzo jest o czym pisać. Nie bez wpływu jest też to, że ostatnio zwiększyłam częstotliwość bywania na pogrzebach. Tak już kolejny rok i żadnej w tym trendzie przerwy w postaci wesela, czy chrzcin. Jutro pogrzeb brata babci.

Miał swoje lata i od kilku dodatkowo chorował na jedną z tych mało przyjemnych chorób, kiedy powoli zapomina się kim się jest, kim się było, kim są bliscy. W sumie, raz jeden choroba ta okazała się zbawienna, gdyż uwadze umkną fakt śmierci najmłodszej z córek.

Raptem, nie dalej, jak początkiem miesiąca byłam na pogrzebie ojca kolegi z pracy. Było to ledwie kilka dni po tym, jak odszedł również tato koleżanki z pracy. Nieco wcześniej, inne, znajome nazwiska na klepsydrach, a w tym i z naszych lat już również. Brat znajomej oraz innym „młody” człowiek, którego nazwisko nic mi nie mówiła, ale i A.S. i A.P. zastanawiały się, czy przypadkiem nie jest to ktoś znajmy, bo skoro z osiedla, to przynajmniej z widzenia…

Więc tego deszczowego lata mija mi melancholijnie dzień za dniem. Tak jakoś z dystansem i z wewnętrznym niemym krzykiem: co się dzieje! co się dzieje! Ludzie odchodzą, a ja rezerwuje bilet kosmicznie drogi na busa do stolicy, przeglądam ogłoszenia z ofertami samochodów i zastanawiam się czy wolę archaiczną podrasowaną audiczkę, czy może nieco bardziej niemrawą lagunkę, choć vektra jeszcze też jest w całkiem niezłym stanie. Jeden Francuz, jeden Niemiec i jeden sfrancużony Niemiec. Gdyby nie to, że przywykłam, pewnie deprymowałby mnie sposób rozmowy Panów, którzy orientują się, że samochód chce kupić kobieta. Uroki mieszkania na krańcu świata. Przerabiałam schemat już na większą skalę kupując mieszkanie, a przecież to nonsens jest zwracać uwagę na taką pierdołę, jak to czy kupującym jest kobieta, czy mężczyzna. Doprawdy, kobieta może mieszkać sama bez uszczerbku na swoim zdrowiu i ogarnąć samodzielnie rachunki, remonty i sąsiedzkie konotacje. Samochód tez może kupić sama, i nie musi być to mini autko, z maleńkim silniczkiem. Poza tym audi z silnikiem 1,8 raz, że jeszcze demonem mocy nie jest, dwa, że te silniki akurat były chyba jedne z mniej trafionych i takie tam bzdety… z resztą, poza porsche 911, chętnie nabyłabym takie jedno subaru impreza… bynajmniej z tych starszych, choćby takie

https://otomotopl-imagestmp.akamaized.net/images_otomotopl/881502507_2_1080x720_type-r-22b-kultowe-dwudrzwiowe-subaru-w-doskonalym-stanie-dodaj-zdjecia_rev001.jpg

czy ten przód nie jest genialnie zaprojektowany

https://otomotopl-imagestmp.akamaized.net/images_otomotopl/902523192_1_1080x720_gt-turbozadbanyokazja-nowe-miasto-lubawskie.jpg

 

Tak więc, to lato jest mocno popieprzone. Ludzie odchodzą, a ja siedzę i przeglądam ogłoszenia samochodów, których mój obecny budżet nie ogarnia, bo wiecie, kupić kultowy samochód i jeździć nim w gazie to po prostu jakaś żenada byłaby, więc jestem przyziemnie żenująca, zajmuję się czymś w zasadzie nieistotnym, mało znaczącym. Tracę czas, którego przecież nie wiem ile mi zostało. Nie wiem ile go zostało komukolwiek z osób, które znam, a ja zamiast je doceniać, zamykam się i siedzę wpatrzona w monitor, bo… nie wiem, nie umiem, wyjść zza jego zasłony. Tak tkwić tutaj jest po prostu łatwiej i prościej… i mniej boli, kiedy coś się dzieje.