– 83 –

Znowu pada. Nic nowego. To u nas po prostu standard. Chyba nawet powoli już przywykłam. Choć może akurat nie tak do końca jak bym chciała, gdyż człowiek mi się jakimś paskudztwem zbuntował, które staram się bez antybiotyków pogonić, ale czy się uda, to cały czas nie wiem. Na pewno dobrze by mi zrobiło poleżeć w domku, pod kocykiem, z kubeczkiem parujących ziółek. Marzenia – swoją drogą dobra rzecz. Nie o tym jednak chciałam.

Chciałam o serialu. Pisałam o nim już kiedyś, dawno temu, ale nie pod tym adresem zdaje się. „Opowieści podręcznej” pewnie słyszeliście już. Ogólnie to polecam. Mocna rzecz jak na serial. W końcu skończyłam 2 sezon. Właściwie, w sezonie drugim, nie było odcinka w którym bym nie ryczała choć odrobinę. Opowieść niby futurystyczna, ale tak cholernie dobrze zrobiona, że w którymś momencie, sama nawet nie wiem kiedy, zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno jest to aż taka abstrakcji i kreacja artystyczna tylko. Nie jest. Owszem, cholernie dużo jest przerysowań, ale czy oby na pewno?

Serial to luźna adaptacja powieści Margaret Atwood pod tym samym tytułem. Nie czytałam. Szczerze to nieco się boję. Może byłoby inaczej gdybym wpierw trafiła na książkę, a później na serial. Teraz pewne imiona mają twarze i sylwetki, więc postać aktorów będzie konkurować z tym co przekazać chciała autorka. Z drugiej strony, może nie powinnam się bać, gdyż zdaje się, będzie to książka całkiem w moim guście. Wracając jednak do serialu, bo i po co dywagować o czymś czego się jeszcze nie zna…

Można ten serial oglądać płasko. Ot historia, nieco ckliwa, w sam raz dla kur domowych i innych takich, nic dla silnych mężczyzn. Tyle czy oby na pewno? Serio? Właściwie może i tak, bo jedna z głównych postaci ewoluuje w mało ciekawą stronę. To też kwestia drogi, wyboru własnego… tego jak instynkty i pierwotne tendencje wychodzą na światło dzienne, jak mogą się rozbuchać wraz z poczuciem władzy i społecznym przyzwoleniem…

Tak właściwie, to siedzę i się zastanawiam, ilu rzeczy nie widzimy zajęci swoją własną codziennością, problemami każdego mijającego dnia, swoimi sprawami, bolączkami, roztkliwianiem się nad pierdołami, zamiast cieszyć się z każdego drobiazgu radosnego z tego co mamy i co uważamy za oczywiste, choć przecież nie zawsze było, jest, oczywiste, a przynajmniej nie dla wszystkich. Może szukam głębi i wielości znaczeń, niekoniecznie tam gdzie są, ale myślę, że one tam są – w tym serialu, kwestia jedynie w tym, czy chcemy je dostrzec w sobie. Jeśli w sobie czegoś dostrzec nie chcemy – nie oszukujmy się – w otoczeniu, ale i w serialu, tego nie dostrzeżemy.

Kiedyś, z P., oglądaliśmy „Atlas chmur”. Szczerze, przerażało mnie to co jego bawiło. Niby fantastyka, a jednak, cholerne rzutowanie było mocne i wyraźne, a jego to bawiło. W czym tkwiła różnica? P. widział tylko historię, opowiastkę, dobrze zrobiony film…  a widziała w nim tyle odniesień, że się w tym chwilami gubiłam, on się śmiał, a mną „rzucało po ścianach”. „opowieści podręcznej” można odbierać dokładnie tak samo – jako ot – historyjkę sprawnego narratora, albo obraz z milionem przeniesień, analogi i innych drobiazgów, które każą mi się zatrzymać i zastanowić o czym do cholery ten serial jest tak na prawdę?!

P.S. Zamówiony jest 3 sezon… liczę na to, że się uda go zrealizować, jednak, utrzymanie poziomu po 2 genialnych sezonach będzie sporym wyzwaniem. Będę czekać z niecierpliwością.

– 82 –

W tak zwanym międzyczasie, czyli w nielicznych osłabieniach, bo o przerwach byłoby niedorzecznością mówić, w naszej, miłościwie nam panującej na krańcu świata, porze deszczowej, staram się bywać tu i tam. Tak więc w poprzednią sobotę wybrałyśmy się z A. w zorganizowane chaszcze. A. nie szczególnie miała ochotę, ale się przekonała, niestety pogoda nas nie rozpieszczała. Efektem tej pogody zdaje się jest mój obecny stan zdrowia, czyli kiepskie samopoczucie, częściowy zanik fonii oraz mięśnio-bóle. Nic nadzwyczajnego kiedy przez 2 godziny masz na przemian prysznic, saunę i chłodzący nawiew, a wszystko to na otwartej przestrzeni. nie mniej jednak, siedzenie w domu kolejnego weekendy nie było do przyjęcia, gdyż po prostu potrzebowałam wyjścia w teren. Skoro go potrzebowałam, to teraz za to płacę. Niestety, różne takie domowe sposoby nie bardzo sobie radzą, gdyż radziły sobie już wcześniej, z nieco słabszą infekcją. No oczywiście, że przeziębiona udałam się w te mokre chaszcze. Niestety nadchodząca sobota zapowiada się nie inaczej. Znaczy zapowiada się również spacerowo, choć już na miejscu, bez wyjazdów i dojazdów, również zdaje się przeziębienie nie zdąży mi przejść, a co do pogody – to się okaże, acz nie ma zbyt optymistycznych zapowiedzi w tym temacie.

Kiedy o poranku, w radio, słyszałam o słońcu i ponad trzydziestostopniowych upałach, patrząc przez okno auta, to dostawałam drgawek i pełna byłam jakiegoś takiego niedowierzania, gdyż temperatura u nas, to raptem o poranku jakieś 17 stopni było, teraz może około 22, a do tego chmury, chmury i kolejne litry wody wylewające się z nieba. Więc jeśli ktoś potrzebuje nieco wilgoci, to zamienię się czasowo na miejsca przebywania, gdyż mam wrażenie, ze zaraz to po prostu u nas wszystko spleśnieje od tego nieprzemijającego mokradła.

No i tak na osłodę, z telefonu pochodzące, dwa obrazki z tamtego mokrego spaceru.

Takie tam sobie łany zboża

– 81 –

Mówią, że małe dzieci to małe problemy, a duże dzieci to duże problemy. Czy ja wiem? U nas problemem był bardziej brak oparcia w ojcu i wynikające z tego deficyty w poczuciu pewności siebie i bezpieczeństwa u Młodego, niż jego wiek. Wczoraj poza atakiem paniki, przed nowością, które nie są niczym nowym, choć skala bywa różna, Młody uczył się opanowywania swojego zestawu „nakręcacza wewnętrznego”.

Jak wiadomo w panice trudno wyjść na zewnątrz i się ogarnąć. Wczoraj Młodemu się to udało. Kiedy uszło z niego w różny sposób nieco napięcia, kiedy dotarło, że ma więcej alternatyw, kiedy zebrał więcej informacji o tym co i jak ma być, to w końcu zaczął panować nad sobą.

Myślę, że  teraz, bo rzecz wczorajszego stresu dzieje się teraz i gdzieś tam, też daje sobie radę. Owszem jest cały w strachu, ale nie jest to strach bezpodstawny. Ocenia swoje możliwości, dodaje do tego warunki zewnętrzne i stan techniczny sprzętu. Ma odwagę powiedzieć, że się boi. Teraz to ja się boję, że tę jego odwagę cywilną do nazywania rzeczy wedle tego czym są ktoś określi jako dziecinadę i bojaźliwość. Tak sobie myślę, że każdy z nas ma sytuacje w których boi się, z różnych powodów i różnych rzeczy, ale niewielu ma odwagę to powiedzieć, a jeśli nawet, to tych niewielu odważnych ginie w tłumie niedojd, rozbijających się o sytuacje trudne, nie podejmujących wyzwania, uciekających.

W strachu Młodego udział ma, być może nawet nie do końca świadomie, a może zupełnie poza jego świadomością, zdarzenie jakie miało miejsce w trakcie gdy robił kurs prawa jazdy na samochody ciężarowe. Patrzeć jak ginie, umiera pod kołami tira osoba którą znasz, kiedy nie możesz wiele zrobić, kiedy trąbienie klaksonem i krzyki Twoje i Instruktora nie docierają do kierowcy tego drugiego samochodu – myślę, że nawet jeśli zepchnięte w podświadomość głęboko, to na długie lata zostaną z nim i będą wpływać na to jakim jest kierowcą i jakim jest człowiekiem. W różny sposób.

– 80 –

Numerowe tytuły, które zdawały się być takie przyjazne, niewymagające i oczywiste, zaczynają mnie powoli denerwować. Owszem są przyjazne, gdyż nie trzeba się wysilać, bach kolejny numerek i już jest. Zero stresu. Niewymagające, bo nie trzeba myśleć, wymyślać, zastanawiać się. Oczywiste, bo przyjmując zasadę, że każdy kolejny tytuł jest numerem o 1 większym od bieżącego, mamy praktycznie nieskończony zbiór tytułów do dyspozycji, w myśl, że zawsze istnieje (w tym wymiarze) jakieś „n+1” (czyli jakiś kolejny wyraz tego ciągu).

Proszę Was. Jest środek (prawie) wakacji, a ja bredzę o matematyce. Dla równowagi wcinam drugie pudełeczko borówki amerykańskiej, która była w promocji, a do której mam słabość przeogromną. Mogłabym ją hurtowo. Nie odchodzę od niej tak długo, jak coś jest w  pojemniczku, a puste dno zawsze i nieodmiennie przyprawia mnie o dozę zdziwienia i niejakiej dezaprobaty w stosunku do zaistniałej sytuacji.

Tymczasem dziś zaczynam swój indywidualny rosyjski, i zaczynam się zastanawiać, czy ja przypadkiem nie przedobrzyłam, życząc sobie konwersacji, jakoże nic mnie tak nie deprymuje, jak moja nieudolność mówienia w „innostrannych jazykach”, którą zafundowali mi niegdyś nauczyciele szkolni, na której to przypadłości wyzbycie się sposobem mają być te lekcje. Mogę czytać, mogę pisać (pomijając miękkie znaki, które są abstrakcją, ale pracuję i nad tym), mogę słuchać i oglądać, tylko na litość mówienie to katastrofa. Właśnie mam zamiar się tej katastrofy pozbyć, ze swojego życia, zaczynając od dziś.

Na weekend mam, zależnie od pogody, zaplanowaną wycieczkę lub pieczenie pierwszej tegorocznej szarlotki. Co do urlopu, to na tę chwile nie bardzo widzę go na horyzoncie. Liczę jednak, że mimo wszystko uda mi się go dostrzec. W końcu wakacje są? Co nie? 😉

– 79 –

Jestem zmęczona jak dziki koń po westernie. Potrzebuję się na chwilę zatrzymać zanim zaryję nosem o glebę i padnę, i zasnę tam gdzie tym nosem o glebę ryć będę. Na dzień dzisiejszy miało być już widać powoli lekkie zwolnienie tempa. Jakoś słabo je widzę. Jednak, kilka dni jeszcze i się ogarnę. Jak się ogarnę, to się wyśpię, gdyż wczoraj to po prostu dałam cudowny popis zmęczenia, idąc sobie na koncert i prawie na nim zasypiając.

Mała dygresja. Gdyby mnie nie wyrzucono ze starego adresu, to właśnie wrzuciłabym linka do ubiegłorocznych notek z koncertu. Pomarudziłabym, pozachwycałabym się również. Nic z tego.

Tak więc byłam na koncercie, posłuchałam, a że po oczach raziła mnie pozłota barokowa podświetlona na czerwono, to zamknęłam oczy. To i tak lepiej niż w ubiegłym roku, gdyż na moje szczęście, nikt nie wpadł na pomysł, aby włączyć „robaczki” świetlne, które tańczyłyby na tych pozłotach w tej czerwieni.

Mieszanka jazzu i barokowego brzmienia z akustyka jednego z kościołów miejskich… rozłożyły na łopatki resztkę mojej silnej woli i prawie mnie uśpiły. Było ok, ale zdaje się, że moje zmęczenie było jednak większe niż mi się wydawało. Ledwie doczłapałam do domu, walnęłam się w łóżko i wstałam dziś rano, acz nie mogę powiedzieć, że się wyspałam.

Dzień wcześniej byłam za to u Smoka. Ponieważ Adasia ominęłam łukiem szerokim plantów, czasu starczyło tylko dla ognioziejcy. Zdecydowanie jest on większą atrakcją dla dzieci niż siedzący i milczący wieszcz. Zdaje się, że widać byłam dzieckiem zwichrowanym od samego początku, skoro smoka mniej preferowałam od Adasia. Adaś miał tylko jednego, naonczas, konkurent w postaci łabędzi nadwiślańskich. Tak więc szybkie lody, smok i powrót do domu nocą prawie. Całe szczęście, że „nawigacja” (czyli ja zaczęła się zmęczeniowo zawieszać już po tym, jak kierowca w postaci niejakiej M. załapał dobrze miejsce i trasę powrotną i praktycznie nie potrzebował konsultacji. Choć z drugiej strony… trasa jest prosta – jedź prosto do domu 😉 … bo faktycznie – skręcać nie bardzo jest gdzie, co najwyżej w jednym miejscu się zjeżdża na inną drogę i dalej prosto. Tak więc objechałyśmy, wtorkiem Krakówek, wczoraj praca, rosyjski i koncert, dziś praca i rosyjski, a jutro praca i mniej atrakcyjne zajęcie, bo zdaje się, że pogrzeb jako uczestnik mam wpisany w swoim grafiku.

I tak to się plecie powoli do przodu, dzień za dniem.

 

– 78 –

Minęło Jana, minęło Piotra i Pawła… i dobrze. Czerwiec to długi miesiąc i łączy w sobie kilka deprymujących dat. Faktu udawania niepamiętania, nie poprawiała pogoda, oraz domownicy, którzy niechybnie z datami są również powiązani. Przeżylim. Fanaberie własne włożyłam do kieszeni i strzepnęłam niewidzialne pyłki z ramienia i poszłam dalej. Na koncert poszłam. W piątek miniony. Z A. poszłam i spotkałam G. z rodzinką. Fajnie było. Nie każdy przepada za taka muzyką, a ja owszem, lubię, o ile nie jest z płyty, a na żywo. Mam nawet kilka kawałków w komórce wrzuconych na wszelkie „Wu”, acz no, kiepsko słucha mi się i już. Koncert to z deczka inna bajka, inna historia i w to mi graj. Oj graj, graj. Mogę długo, dużo i najlepiej żeby z mnóstwem bisów. No i o czym ja tak klikam w tę klawiaturę? Ano o tym (klik, klik).

no i jeszcze można posłuchać tu

 

Tak poza tym wszystkim, to zbieranie czarnych porzeczek w lekkim deszczu jednak nie było rozsądnym. Czuję właśnie jak mnie po kościach coś tu i tam chodzi, a do tego jutro mam jechać do Grodu Kraka. Wszystkie mięśnie zaczynam czuć powoli, i to na raz, oraz z osobna. Niewesoło to widzę.