– 69 –

No proszę, siódmej rano jeszcze nie ma, święto, wszyscy śpią, a moje spanie poszło gdzieś i zapomniało wrócić na czas. Tak więc siedzę sobie przy laptośku, popijam kawę i zaczynam łapać drzemkowy nastrój od tej ciszy panującej w całym domu. Tym bardziej drzemkowy, że położyłam się jednak dosyć późno. Gdyż nie wiem jak u was, ale u mnie lato zaczyna się wkradać niepostrzeżenie i nie chodzi wyłącznie o temperaturę, ale i o inne jego atrybuty.

Wczoraj oficjalnie rozpoczął się sezon na przetwory. Nastawione mam kilka litrów syropu z kwiatów bzu czarnego oraz niewielki słoik nalewki truskawkowej. Do kąpletu suszę sobie swoje własne kwiatki czarnego bzu na herbatkę, bo te sklepowe to takie sobie są. Domowe lepiej smakują. Mają nieporównywalnie więcej aromatu. Mają też mankament w trakcie suszenia, otóż śmierdzą prawie tak, jak kocie siuśki. Tak twierdzi większość osób. Jak dla mnie, to może i nawiązuje ten zapach do jakiś zapachów amoniakalnych, ale żeby zaraz do kocich siuśków? Bez przesady. Zdecydowanie nie jest tak źle. Po za tym, ten zapach jednak dosyć szybko mija. Właściwie to chyba muszę jeszcze tego kwiatu dosuszyć, choć to już końcówka, bo orzekwita, ale odrobina by mi się jeszcze przydała do konfitury truskawkowej.

Idąc dalej tropem przetworów, to jestem niepocieszona okropnie, bo rabarbar w tym roku ma jakieś monstrualne ceny. Komuś się coś jakoś chyba w zakresie cen rabarbaru nieco pozajączkowało. Cały czas trzyma cenę w okolicach 7 złotych. Pogięło ich. Dlatego w tym roku zdaje się marmolady rabarbarowej nie będzie. Szkoda, bo lubię tę kwaskowatą breję z naleśnikami jadać.

No więc tak to się toczy wszystko do przodu mniej lub bardziej. Byle przetrwać dwa najbliższe tygodnie, to bo będzie można zacząć łapać oddech powoli, a za trzy i dzień nadejdzie czas na pełen oddech. Przyjdzie nie tylko lato, ale też wakacje.

– 68 –

Mezalians popełniłam. Weszłam na chwile do jednej internetowej księgarni. Tak tylko na chwilę, żeby tylko czas zagospodarować skoro drukuje mi się sporo ważnych rzecz w dużej ilości stron… no i popłynęłam. Zdaje się, że muszę sobie zrobić wywieszkę „zakaz wchodzenia do księgarni internetowych” i przyczepić na wszelkie monitory przy których pracuję. Zdaje się, że jest to niezbędne, gdyż ale i bowiem, do 22 czerwca mam zakaz zbliżania się do książek innych niż bezwzględnie konieczne. Po prostu czasu mało, książek koniecznych do przeczytania dużo.

Po 22 czerwca mam zamiar się kocykować pod krzaczkiem, na kocyku i czytać to i owo. No bo ileż można książeczek odkładać na półkę i czekać, aż znajdzie się na nie czas, a one tam sobie leżą, pachną nowością i kusza niemożebnie. Oj kuszą jak nic. A cóż ja mogę teraz? Co najwyżej westchnienie może się mi wyrwać z piersi.

– 67 –

Zostawmy tę politykę w spokoju, skoro i tak nikt się nią szczególnie nie przejmuje, jeśli akurat nie musi się nią przejmować.

Kilka zaległych obrazków, pokazujących jak to samo miejsce może wyglądać za każdym razem zupełnie inaczej. Przymiarki już chyba mam sfotografowane z każdej strony i z nich zdjęcia zrobione również na wszystkie strony świata i nieba… a każde jest inne i nic sie nie powtarza, bo… tak już w życiu jest, że nawet jeśli pewne rzeczy są stale i niezmienne, jak pagórki wokoło przymiarek, tak cała reszta jest mocno zmienna… i nic nigdy się nie powtarza dokładnie.

Drzewa i drogi to motywy do których mam słabość tak silną i tak głęboką, że nie potrafię się jej oprzeć. Co więcej, nawet się nie staram…

Dla storczykowców – jegomość nasz rodzimy. Storczyki nie są moją mocną stroną, ale wedle informacji znalezionych tu i tam, jest to Kukułka szerokolistna Dactylorhiza majalis, a być może, Kukułka zaniedbana czyli Dactylorhiza praetermissa. Tak czy inaczej jest to Kukułka … 😉 … tylko, że nie kuka.

– 66 –

Zabawy z RODO

Bawi mnie to co dzieje się w odniesieniu do RODO. Nagle, wszyscy się obudzili i przypomnieli sobie o ochronie danych osobowych. Nagle jak meteor z jasnego nieba, spadła na wszystkich konieczność zadbania o to co mają na swoich dyskach i w swoich szafkach, a co dotyczy danych innych osób.

Problem polega na tym, że tak na prawdę to żadne nagle. Nie jest to nic nowego. Obowiązywało to już od wielu lat, a tym co zrobiło rozporządzenie UE, które weszło do stosowania w dniu 25 maja 2018, to tylko uszczegółowienie przepisów wcześniej obowiązujących. no dobra – duże uszczegółowienie, ale jednak to nic nowego.

Ktoś zrobił szum wokoło tematu i nagle firmy szkoleniowe zarabiają krocie na biciu piany i wyciąganiu po kilka tysięcy za szkolenia w temaci, który nie został, do dnia dzisiejszego, no chyba, że nocą Prezydent podpisał ustawę, ale tego nie wiem, do końca dookreślony na gruncie przepisów krajowych. Wiem, że na dziń wejścia w życie RODO, nasza krajowa ustawa o ochronie danych osobowych nadal była gdzieś na drodze legislacyjnej, trudno powiedzieć gdzie dokładnie, gdyż strony sejmowe sugerują, że została przekazana do kancelarii Prezydenta, ale kto ich tam wie. Różnie wszak z nimi bywa. Tak więc nie mamy ustawy, nie mamy rozporządzeń, bo i nie mamy ustawy, a rozporządzenia są do ustawy, ale implementacja RODO trwa w najlepsze, a wszyscy się na formułki prześcigają.

Dodam jeszcze, że każdy, na mocy tych przepisów, których podobno „nie było”, miał prawo do wglądu w swoje dane, miał prawo do ich weryfikacji oraz do wnioskowania o ich usunięcie, a każdy kto je przetwarzał miał dołożyć należytej staranności w celu ich ochrony. Tak więc problem nie był w braku przepisów, a w ich stosowaniu. Nikt tego praktycznie nie sprawdzał, nie weryfikował, nie pilnował, a sama zmienność przepisów była absurdalna, gdyż potrafiły zmieniać się i 2 razy w trakcie jednego roku.

W czym więc jest problem obecnie? Ano w tym, że ma ktoś to w końcu kontrolować, sprawdzać i nakładać kary finansowe, i to kary nie małe, ale po pierwsze, na dzień dzisiejszy nie bardzo ma kto to kontrolować, po drugie nie ma jak kontrolować z braku unormowań prawnych uszczegółowiających i implementujących RODO na potrzeby krajowe, po trzecie, nawet nocne prace ustawodawcze, nie sprawią, że struktura – nowy KOLEJNY urząd, potrzebuje czasu aby powstać. Trzeba te wszystkie króliczki i  znajomych króliczka połapać, przeszacować, sprawdzić zakres posiadanych papierków wszelkich, dostosować do tego wymogi dla kandydatów do pracy i tp. itd. To mozolna praca, aby tak rozbudować urzędnicza strukturę, aby wszystko było spójne i zarobił swój człowiek, anie obcy jakiś. Bo i owszem, mamy swoje GIODO, ale w nowej roli, jego struktura i stan zatrudnienia jest mizerny, nieśmiały nawet rzekła bym. Obecnie to zginą od ilości papierologii i nie będą mieli nawet czasu pomyśleć o tym aby wyjść w teren i dokonywać kontroli faktycznych, więc cóż, burza w szklance wody.

Chociaż może nie koniecznie. W czasach kiedy dorabiałam sobie w ubezpieczeniach, a właściwie zarabiałam w ubezpieczeniach i dorabiałam na etacie, niejednokrotnie bywałam u pracodawców zatrudniających po kilku pracowników. Szczerze – tak, ci to się powinni bać RODO. W małych firmach, coś takiego jak ochrona danych pracowników, nie istnieje. W najlepszym układzie jest to szuflada z wszystkim, co raz w miesiącu niesie się do biura rachunkowego, a w gorszym wariancie, leży gdzieś na biurku, gdzieś na półce, po prostu gdzieś, lub… kiedyś się to uzupełni, jak się z inspekcji pracy zapowiedzą. Jednak, jak się wszyscy opamiętają, a myślę, że potrwa to kilka tygodni, to i RODO przestanie straszyć, a biura rachunkowe lub radcy prani dostaną dodatkowe zajęcie w postaci bycia Inspektorami RODO w firmach, które i tak rozliczają lub nadzorują. Dlaczego oni? Ano trudno cała strukturę ochrony danych osobowych, przewidzianą w RODO, wdrożyć w jednoosobowej działalności gospodarczej, ba nie est ją łatwo wdrożyć nawet wówczas gdy zatrudnia się kilku pracowników… dlatego uważam, że to jednak kolejny bubel (być może z niedokładnego tłumaczenia wynikający, albo z jego niefrasobliwego tłumaczenia), bo dając wolność mikro i małym przedsiębiorstwom, nagle nakładamy nad nie „miecz Damoklesa” w postaci RODO.

Czy RODO obecnie to burza w szklance wody? Oczywiście, że tak. Dużo szumu, o coś co po prostu było do tej pory traktowane po macoszemu, pomijane, nie dlatego, że nie istniało, ale dlatego, że nie wiązało się z żadnymi karami, a u nas w kraju, jeśli ktoś nie nakłada na ciebie kar, to olewasz temat – skoro nie ma kary, to po co się stara, robić coś, czego pewnie nikt i tak nie będzie sprawdzał. Kiedy nie ma kary, to tak jakby nie musiało się tego robić. Kwestia mentalności.

Rozmawiałam kilka dni temu z koleżanka, która na stale mieszka we Francji, zapytałam ją o RODO, popatrzyła na mnie jak na kosmitkę. Nadmienię tylko, że pracuje w miejscu, gdzie ochrona danych to nie jest czarna magia, tylko codzienność. Tyle, że nawet we Francji, o której osobiście nie mam wysokiego mniemania, jeśli jest system komputerowy to na 1 loginie pracuje jedna osoba, a u nas… pięć… albo i więcej, bo taniej. W Niemczech, podobno, bo to A. rozmawiała z kimś ze swojej branży, też spokojnie, bez szału, ale i u nich funkcjonuj zapewne pewne oczywistości w kulturze pracy, które u nas były miejscem oszczędzania i kombinowania. I chyba to jest to miejsca, nad którym należałoby się zatrzymać. Nieznajomość prawa szkodzi i nie zwalnia od jego przestrzegania, a gdyby tak, znało się przepisy jakie miały miejsce dotychczas, to RODO nie byłoby aż takim wielkim potworem zza zachodniej granicy naszej ojczyzny miodem, mlekiem często ignorancją płynącej.

Co zmienia się dla nas, zwykłych zjadaczy chleba? Właściwie wiele, ale i nie właściwie nic. Może po prostu, dzięki temu całemu szumowi, osiągniemy większą świadomość tego, co inni mogą z naszymi danymi zrobić, jak i kiedy, oraz jakie my mamy prawa, nie że wcześniej ich nie mieliśmy… po prostu nie zawsze zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że je mamy.

– 65 –

Zaległości obrazkowe sprzed ponad tygodnia. Takie tam sobotnie spacerowanie, z nadłożeniem kilku nieplanowanych kilometrów, bo się nam „Przewodnik” pomylił nieco i nie chciał słuchać o tym, że się pomylił, bo my tu już byłyśmy… mężczyźni 😉 , ale nie ma tego złego co na dobre by jednak nie wyszło i następne obrazki będą niejako efektem tej pomyłki 🙂

Mnie osobiście zupełnie nie przeszkadzało nadrobienie kilku kilometrów. Każdy spacer, nawet nieco przedłużony, jest zbawieniem dla moich odsiedzianych kości. Sam spacer za to odbywała się wzdłuż granicy polsko-słowackiej. Zwiedziliśmy szlak niebieski i czerwony (oczywiście fragmentami) przechodząc przez wzgórze Kamień nad wsią Jaśliska. Czyli rzut beretem za miejscami opisanymi we wpisie 56.

– 64 –

Żyję w niejakim niedoczasie, ale to przecież nic nowego. Tylko, że jakoś się przekłada na brak czasu na skrobanie w tym elektronicznym kajeciku. Zaległości robią się nie tylko literkowe, ale też obrazkowe. Może kiedyś uda się te ostatnie nadrobić, a jak nie to pewnie i tak będą nowe obrazki.

Ogólnie to nie dzieje się nic nadzwyczajnego, po za tym, że utonęłam w podręcznikach wszelkich różnych i w prezentacjach, i po prostu nie widać mnie pod sterta wydruków, kserówek i innych takich. Jeszcze jakiś czas to będzie mi zajmowało. Pożyjemy zobaczymy, bo na tę chwile, to tylko zaglądam do kalendarzyka i patrzę kiedy i z czym następny bardzo ważny termin. Przy okazji staram się nie popaść w panikę i histerię, bo ja tak lubię i miewam czasem. Ogólnie więc jest, jak jest i inaczej nie będzie.

Tymczasem ludzie mnie niepomiernie zaskakują, chociaż już od dawna mnie nie dziwią. Niby sprzeczność, a jednak nie. Zaskakują mnie tym, że odkrywają to co dla mnie bywa od dawna oczywistością. Uśmiecham się wówczas sama do siebie i tak sobie myślę ile we mnie jest takich jeszcze „ameryk” do odkrycia, które dla innych będą takim uśmiechem z przymrużeniem oka. W sumie to dobrze. Gdyby nic nie było mnie już w stanie zaskoczyć, czas byłoby aby zacząć się martwić, bo oznaczałoby to, że albo moje postrzeganie jest do cna cyniczne, albo, że coś innego jest nie do końca takie jak być powinno. Tym nie niemniej, skoro są to zaskoczenia pozytywne, to życzę ich sobie jak najwięcej. Wam tez takich pozytywnych, choć czasem zakręconych, zaskoczeń życzę i cierpliwości też do mojego braku czasu.

– 63 –

Niedobory w czasoprzestrzeni nadal mi doskwierają i obawiam się, że przed połową czerwca trudno będzie ogarnąć czas i przestrzeń, tak aby poleniuchować lub przynajmniej zająć się czymś przyjemnym. Obecnie królują rzeczy pilne, pilniejsze i konieczne. Chociaż akurat dziś i jutro byczę się na urlopie… byczę się o tyle o ile. Dziś był dzień z laptośkiem na kolanach, jutro dzień w komunikacji publicznej i kolejna szybka wizyta w grodzie Kraka. Zaszalałam i postanowiłam, że pojadę o całe  minut późniejszym busem niż poprzednio… no zobaczymy jak to będzie.

Jak już wszystko załatwię, to sobie wstąpię gdzieś na dobre śniadanie. Choć pewnie będę tak głodna i tak wymaltretowana, że każde śniadanie będzie dobre o ile będę je w stanie przełknąć, gdyż coś mi gardło nie domaga po wczorajszym wietrzeniu z klimatyzatora. Ja prosta kobieta jestem i o ile przeciąg na mnie nie szczególnie negatywnie działa o tyle klima i moje struny głosowe są w stosunku do siebie w głębokiej opozycji. Przywykłam. Jutro chłodniej więc jakoś to będzie, czyli, że może bez klimatyzacji. Jakoś to będzie. Znaczy zimna Zośka się ogarnęła, zakrzyknęła na chłopaków ogrodników i sobie lekką imprezkę robią. Niech robią, byle bez ekscesów jak w ubiegłym roku, bo chętnie nastawiłabym sobie jakąś nalewkę owocową, a nie obeszła się smakiem i nadzieją na przyszły rok, bo ten przyszły rok właśnie nadszedł. No jak by nie było i jakby nie patrzeć właśnie nadszedł. No i tego będę się trzymać.

Mam kilka obrazków jeszcze, choć już bez smoków, choć ze smokami też pewnie by się jeszcze znalazły. Tyle, że nie mam kiedy ich z karty zrzucić i poprzeglądać. Może w okolicach weekendu, albo kiedyś tam. Teraz to idę się kłaść, bo tak, czy siak, budzik o 4 będzie dzwonił. Choć czwarta rano, to czwarta, a nie trzecia z minutami.