– 49 –

Wiosno-lato nie odpuszcza u nas. Niestety, choć obiecują deszcz, to na razie go nie widać, a szkoda, gdyż jakieś  przelotne opady bardzo by się przydały.

Jest niedziela, siódma rano, a ja już po kawie jestem i toczę bój z szafą. To znaczy z tym, czy mam pod ręką jakieś portki w które się wbiję, a których nie muszę przerabiać, gdyż nie mam na to czasu. W-F dzisiaj mamy. Znaczy się odrabiamy W-F wyjściem w teren. Wyjście w teren ma to do siebie, że praktyczniejsze jest chodzenie jednak w spodniach, a z tym kłopot u mnie ostatnio. Deficyt mi się w szafie zrobił. Albo wywalone bo beznadziejne, albo wywalone bo za małe, a chciej coś sensownego kupić, to wszystko dziurawe… więc po co ja wywalałam moje podarciuchy?

O szafie już było, więc bezpieczniej chyba wrócić, do wyjścia terenowego. Pogoda, jak malowanie. Słońce trochę tylko ostre, jak na mój jasny obiektyw w Perełce. Jednak dla odmiany, tarniny już pięknie białe. Dla odmiany od ubiegłego roku, kiedy to nie mogły się zdecydować, czy już chcą kwitnąć, a później kwitły kiedy w zasadzie było zimno, buro i ponuro. Mnie to akurat zupełnie nie przeszkadzało, po za drobnym faktem w postaci niechęci do wychodzenia gdziekolwiek, kiedy na głowę może  w każdej chwili lunąć wiadro zimnej wody. Dziś jednak nic nie zapowiada takich ekscesów, a gdyby nawet to mam nową kurtkę. Normalnie to nie jest szczyt marzeń moich i szczerze, mam ochotę wyciągnąć z szafy moją starą poczciwinkę, ale została oprotestowana i zakazana. A. powiedziała, że nie będzie się do mnie przyznawała jeśli będę ubierać tego potargańca. Ok. Jakoś to przeżyję, acz potargańca nie wyrzucę. Jeszcze się przyda i w cale nie jest potargany, ani mocno spełznięty, zawsze był w barwach maskujących, a teraz może jest jeszcze lekko spełznięty, ale nadal daje radę.

Nie mniej jednak, wczoraj, w jednym supermarkecie, drogą kupna, nabyłam za 29 PLNów kurtkę (cena wyprzedażowa). Kurtkę funkcyjną, zieloną jak trawa na łące, więc obecnie też prawie ma barwy maskujące, ale nie pasuje mi do plecaka! Plecak jest granatowo-różowy… na pewno się nie zgubię w morzu zieleni. Szaro-zielony plecak też mam, ale to na dłuższe wyjścia, gdyż zdecydowanie jest większy… 35 litrowy plecak na krótki wypad w teren jest nieco za duży, nawet kiedy upycha się do środka aparat foto. Więc będę lansować się w czarnym plecaku… a może jeszcze zajrzę na stronę jednego serwisu sportowego, czy nie ma jakiś plecaków które bardziej korelowałyby z moją nową kurtką, oczywiście za rozsądną cenę (trochę tych plecaków nam się nagromadziło w domu, ale ciągle jesteśmy z Młodym na etapie poszukiwania tego jedynego, najwłaściwszego)… tylko, czy w niedziele z zakazem handlu, handel obnośny w Internetach też nie działa? Czy jednak działa? …

Trzymajcie się dobrze i udanej niedzieli.

– 48 –

Wczoraj, po fabryce, wybrałam się na spacer do lasu. Był on mało spacerowy, gdyż nadane mu było pewne przeznaczenie, a pierwotny cel wędrówki nie opiewał takich ekscesów jak las. Owszem, w Wersalu będąc, do lasu mam blisko. Nawet nie, że za rogatki miasteczka. Mniejsza jednak o to, gdzie ten las mam, a o to co w tym lesie rzecz się ma.

Otóż, las lasem i roślinkami stoi, ale nie tylko. W lesie są też zwierzątka i żyjątka.  O ile ze zwierzątkami wchodzenie sobie w drogę może być unikane całkiem łatwo, o tyle żyjątek nie da się uniknąć, zwłaszcza gdy włażąc do tego lasu przewalasz ziemię swoimi „ręcami”. Tak więc pajęczakowate, mrówki i komary przywitały mnie w tym roku, może nieco późno, ale bardzo owocnie. Pędziłam z tego lasu do domu prawie jak oszalała, no dobra, przesadzam, jeszcze w tym szaleństwie opamiętania znalazłam na tyle, aby do sklepu wstąpić na drobne zakupy. Nie mniej jednak, wszystko w tym lesie chciało mnie zjeść, pożreć i w ogóle. Jeżyny mnie zaatakowały i dzika róża również. Nie mniej, to co w planach wędrówki było celem, udało się odnaleźć tylko w małej ilości. Za to inne, nieplanowane zupełnie cele zostały namierzone i wykopane oraz umieszczone w lodowce na rzecz tego, że dziś trafią do gazety… której wczoraj zapomniałam sobie kupić więc musiały chcąc nie chcąc trafić do lodówki. kokorycz w prawdzie miała mieć inne zastosowanie, ale i jej lodówka nie ominęła, gdyż nie pomyślałam, że mając na prawdę imponujący w zawartość barek, podręczny, nie mam w nim ani grama czystego alkoholu, że o mocniejszych wariantach czystości nie wspomnę. Tak więc dziś czeka mnie popołudnie przetwórcze.

Niepocieszona jestem, gdyż podbiał właśnie się zawija już z kwitnieniem, a mnie nie udało się odnaleźć żadnego jego stanowiska innego niż na poboczu drogi lub w przydrożnym rowie, ale akurat na związku metali ciężkich zapotrzebowania obecnie nie mam, za to chętnie syropek spróbowałabym zrobić. No więc tak się życie kolebie powoli. Od dnia, do dnia.

– 47 –

No i prawie lato mamy. Nie będę złośliwa, i nie będę snuć dywagacji, jaki będzie kolejny weekend, i czy przypadkiem nie będzie padał śnieg, gdyż w tym roku, jak wiadomo powszechnie, wszystko w przyrodzie jest możliwe i nic nie ma pewnego. Nie mniej jednak, nie do końca odpowiada mi ten przeskok z zimy bezpośrednio w lato. Ma on owszem swoje dobre strony, gdyż pozbyłam się mojego ulubionego płaszczyka przejściowego, który po prostu był ulubiony, i nic to, że poprzecierany, nieco wyblakły, nadal zapewne byłby poddawany próbom reanimacji, gdyby nie ten drobny szczegół, że zrobił się ostatnio również przyciasny. Z wielkim więc żalem, ale się jednak rozstaliśmy. To nie tak, że brak w mojej szafie innych paltocików, kurteczek i cudów wianków na kiju. W mojej szafie wiele tego dobra. Właściwie mam więcej niż jedną szafę, gdyż właściwie pomieszkuję sobie przecież w dwóch miejscach, więc właściwie mam co najmniej dwie szafy. Dobra wszelkiego u mnie dostatek, ale ulubionych i ulubieńszych od ulubionych rzeczy ma się dwie na krzyż. Tak więc, lato jest o tyle dobre, że płaszczyka nie mam, a kurtka seledynowa nie do wszystkiego się nadaje. Podobno nie do wszystkiego, gdyż wg mnie jednak do wszystkiego. Nie o ciuchach jednak miałam pisać. Choć może być i o ciuchach.

Wracając jednak do tego lata, co to przyszło za szybko, to w sumie jednak poza pozytywami płaszczykowymi, same minusy ze sobą przyniosło. Minusy gdyż przedwiośnie i wiosna są po to aby człowiek zdążył się przynajmniej psychicznie przyzwyczaić do myśli o tym, że lata nadchodzi. Tak, ja wiem, że to żadna nowość, że lato jest każdego roku. Co więcej, że zawsze przypada w tym samym terminie, to też wiem. Jednak, temperatura i słońce determinują człowieka bardziej niż kartki w kalendarzu. Więc takie łubudubu i lato zaraz po zimie, zwyczajnie nie jest zdrowe. Gdzie tu czas na to by przywyknąć do tego, że czas oswoić się z myślą, że do lata nie uda nam się w żaden sposób pozbyć tego, czy tamtego wałeczka, że być może powinno się nieco wywietrzyć szafę, zamiast liczyć na to, że może w końcu się schudnie i od trzech sezonów przekładać z półki na półkę sukienkę, w którą i tak się człowiek, może nie tyle nie zmieści, co wbić się wbije, tylko jakoś przestało to wyglądać apetycznie. Z drugiej strony cuda się zdarzają, wszak trzy lata i 10 kilo temu zmieściłam się w sukienkę z ogólniaka i do tego dobrze w niej wyglądałam. Nie oszukujmy się jednak, takich fanaberii życiowych już raczej trudno w moim wieku oczekiwać od losu. Stara to ja dopiero będę za lat 30 lub później jeszcze, jednak, te trzy minione lata wywarły swoje piętno i tego akurat cofnąć się nie da. Tak więc, wracając do meritum, klops w musztardzie, a raczej w szafie, gdyż poza płaszczykiem kilka innych rzeczy wyleciało z tej szafy, a i nie jedna jeszcze wyleć, gdyż mam chytry plan, aby ograniczyć ilość przyodziewku, który ma status „leżakowania”. Po kolei mam ubierać, jeśli mi odpowiada to do chodzenia, a jeśli jest coś co sprawia, że kręcę nosem i marudzę, to do wora i pod śmietnik. Ktoś się może ucieszy. Gorsza spraw, że plan obejmuje również szafę z butami, a to może wywołać ciężką nerwicę. Nic to, że mój człowiek zdrowotnie dostaje ataku paniki i histerii na widok butów na wysokim obcasie, przecież nie mogę się wszystkich pozbyć! Tu akurat liczę na to, że trochę ruchu, trochę ziółek i sobie poradzimy z problemami. Gorzej z okazjami na jakie te byty można ubierać. Jeszcze niedawno biegałam w nich niemal na co dzień, a dziś? Sportowe chodaczki i  pewnie jakieś tenisówki na lato na zmianę z balerinami i trepami w terenie.

Zdaje mi się, że jedna rzecz nie wróciła na miejsce. Nie wiem tylko jeszcze czy na stałe opuściła swoje pozycje, czy też po prostu gdzieś wyjechała na wakacje i się zasiedziała. Kiedyś lubiłam wyglądać dobrze dla samej siebie, dziś, mam to gdzieś. Ma być wygodnie, że czysto to oczywista oczywistość, więc tu nie ma nad czym się tkliwić, ale ma być wygodnie i już. Gdzieś z tyłu głowy kołacze się, że już nie muszę nic nikomu pokazywać i nic nikomu udowadniać, nawet sobie, że jest jak jest i Pani w wieku średnim młódką się nie stanie. Więc po co szpilki, kiecki, makijaże – szkoda czasu. Przebieranki niech zostaną dla młodszych… tyle, że to wymówka, bo tak na prawdę nie o to chodzi, tak jak nie chodzi o wiosnę, a o brak motywacji. Brak motywacji tej właściwej.

– 46 –

Święta, święta i już po świętach. Oczywiście pogoda zrobiła się dopiero dzisiaj, kiedy czas było wrócić do pracy i zająć swoje miejsce w kołowrotku. Kilka dni wolnego uświadomiły mi jak bardzo jestem zmęczona. Ostatnie trzy minione lata bez dłuższego wypoczynku, z dodatkowymi zajęciami, sprawiły, że po prostu ryje nosem ziemię. Niestety zrozumiałam też, że brak jakiegokolwiek zajęcia i nadmiar czasu również by się nie sprawdziły. Zdecydowanie wolę być zmęczona niż zdołowana, a nadmiar czasu w moim przypadku mógłby prowadzić jednak do tego drugiego.

Dwa wolne przedświąteczne dni sprawiły, że na mieście minęłam wile znajomych twarzy. Postarzeliśmy się jakoś ostatnio i niemal niepostrzeżenie. W pędzie codzienności weszliśmy w wiek średni. Przystojniakom z ogólniaka przerzedziły się fryzury, urosły brzuszki, ale księżniczek czas też nie ominął. Zdecydowanie najlepiej obecnie wypada klasa przeciętniaków. Kiedy szkolne, czy podwórkowe, gwiazdy z latami traciły swój blask, my sobie żyliśmy i byliśmy obok, a nie mając co tracić, nie trudziliśmy się w łapaniu tego czego nigdy nie mieliśmy. Patrzyliśmy, jak rosną nam dzieci, jak budują się nasze domy, jak dzień po dniu, płynie czas kiedy nie zatracamy się w dzikim pędzie by być „naj”.

Pierwszy raz z bliska miałam okazje pooglądać efekty chirurgi plastycznej. Naciągniętą do granic możliwości skórę twarzy i odęte usta. Zdecydowanie mniej drastycznie wygląda to w TV i na okładkach czasopism niż w realu. To kiedyś, dwadzieścia lat temu była bardzo ładna dziewczyna, dziś jest karykaturą siebie w cudownych, skórzanych szpilkach oraz w przyciasnym w biuście płaszczyku. Biust zawsze miała krągły i pełny, pół osiedla jej go zazdrościło, to dziewczęce pół. Drugie pół szukało okazji do pomacania tego cudu natury.

Spotkałam też naszego osiedlowego przystojniaka. Brzuszek, „kapucynek” na czubku głowy, przygarbione plecy. Niewiele zostało z tego ciacha ze szkolnej drużyny siatkarskiej. Nawet spojrzenie jakieś takie puste.

Nie, nie jestem lepsza od nich. Mnie też dopadł czas. Bo czemu by miał mnie oszczędzać. Kilka dodatkowych kilogramów, które na razie jeszcze wzrost rozprasza, całkiem sporo siwizny, prawie garb od 20 lat wiszenia nad klawiaturą. Oczy pominę, gdyż zdaje się jak dalej będę je tak nadwyrężać, to całkiem przestaną ze mną współpracować. Zastąpię puste spojrzenia mijanych ludzi w średnim wieku, na spojrzenie niewidzące bez okularów typu „denka od butelek”.

Co nam zostało? Myślę, że w każdym z nas jest cząstka tamtych nastolatków sprzed wielu lat. Myślę, że ona z nami zostanie już na zawsze, bo jest częścią natury. Czasem po prostu jest bardzo głęboko schowana, czasem bardzo mocno przytłacza, czasem – czasem, to czasem u każdego wygląda po prostu zupełnie inaczej. Prowadzi do różnych działań, różnych zachowań. Czasem zamiast walczyć z tą częścią siebie, zamiast próbować ją zatrzymać lub dogonić, może warto byłoby się z nią pogodzić?