– 45 –

Święta, święta i za kilka dni będzie po świętach. W tym roku, pierwszy raz od wielu lat, a może w ogóle pierwszy raz, dziś mam już posprzątane. Bez szału dzikiego, bez mycia okien i wywracania wszystkiego do góry nogami. Kurze starte, podłogi wyszorowane, placki upieczone. Jutro jakaś sałatka i mięso do piekarnika, bo się marynuje. Koszyki czyste, serwetki wyprasowane, pisanki się robią. Święta się odbędą, na spokojnie.

Tak więc i Wam życzę spokoju, odpoczynku, refleksji, radości i poczucia wewnętrznej harmonii. Życzę wam też tego wszystkiego co najbardziej w te święta jest Wam potrzebne, a co dla każdego jest czym innym przecież – więc niech to, cokolwiek to jest, wam w ten świąteczny czas będzie dane.

https://i0.wp.com/www.za-ile-swieta.pl/images/wielkanoc.jpg

-44-

Podobno święta idą. To w sumie dobrze. Jest czas żeby choć na chwilę się zatrzymać, albo przynajmniej wpaść w nieco inny kołowrotek. Patrzę na otoczenie, które popada w jakiś pęd niesamowity. Na litość, po co? Świąt raptem 3 dni, w tym weekend. Ile więcej da się w tym czasie zjeść? Ile da się zjeść w trzy dni?!

Nie wiele. Przynajmniej znacznie mniej niż się wydaje. Później, bez mrugnięcia okiem, całe te tony jedzenia lądują w koszach na śmieci. Więc może warto zatrzymać się w tym amoku i nie kupować wszystkiego, jak leci. Może warto się zatrzymać i zastanowić. Może warto ferwor zakupów zastąpić chwilą refleksji… Może… Tych „Może” jest całkiem sporo. Każdy znajdzie jakieś dla siebie. Co więcej, każdy może znaleźć jakieś, bez względu na to jakie deklaruje wyznanie, czy też jeśli deklaruje brak wyzwania.

Ogólnie to chyba powinnam pojeździć nieco na mopie, sąsiadki właśnie uprawiają szeroko pojęty mopping. W niektórych przypadkach, zastanawiam się, czy nie powinno to zostać uznane za dyscyplinę olimpijską. Ta piętro wyżej szorowała dziś okna kuchenne, a u nas akurat jest co szorować, bo to zdaje się są największe okna w mieszkaniach. Ta z mojego piętra, z naprzeciwka, malowanie uskutecznia. Średnia pogoda i na mycie okien, i na malowanie. Mam to gdzieś. Uroki mieszkania w pojedynkę, jak sobie posprzątasz, to nikt ci nie nabrudzi, a jak sobie sam nasyfisz, to Twój wybór, albo sprzątasz, albo siedzisz w syfie. Może firankom przydało by się i u mnie pozimowe pranie, ale nie jest tragicznie, spokojnie poczekają do stabilniejszej pogody. Podłoga pozamiatana i święta będą, a mnie tu nie będzie, więc właściwie, niech sobie będzie jak jest. Ograniczona ilość mebli ma swoje zalety w postaci ścierania kurzy raptem przez mniej niż 5 minut. Więc siedzę sobie, podjadam czekoladki, ohydnie słodkie, i gdyby nie to, że je dostałam, to akurat tej firmy nie preferuję, właśnie za nadmierną ilość cukru, ale przecież nie wyrzucę. Z dobrym drinkiem da się je zjeść, po trochę, po trochę, i po sprawie. Dziś mogę, gdyż tego roczny sezon na upuszczanie krwi dziś miał swą inaugurację. Z takim „falstartem” to na szczęście raczej nie grozi mu dogonienie tego roku jaki mamy za sobą. Mamy, czyli ja i punkt pobierania krwi, w którym notabene nowe twarze. Młode, ładne i potrafiące pobierać krew z zamkniętymi oczyma, bez robienia siniaków na pół ręki.

Poza tym wszystkim to rozpoczęłam sezon wiosenny i paraduję już w wiosennych butach i w wiosennej kurtce. Choć zdaje się, że jutro będę musiała pod nią ubrać jakiś nieco cieplejszy sweter, bo ogólnie jest mocno nieprzyjemnie. Wiatr i deszcz są u mnie passe. Na czarnej liście znaczy się. O ile zima, czy choćby dzień niezbyt ciepły, acz pochmurny, są jak najbardziej do przyjęcia, o tyle wiatry i deszcze to już nie moja bajka, zwłaszcza, że Młody gdzieś zapodział jeden z moich parasoli. Znaczy nie dziś, jakiś czas temu zapodział, ale teraz mam deficyt ilościowy i już mrówki w kołowrotkach mojego mózgu napędzają wiatraki podświadomości co zrobić z tym brakiem parasolowego komfortu. Na początek, Młody ma spróbować odnaleźć zagubiony deszczochron. Jeśli tego nie zrobi – to zobaczy się co dalej.

Miałam kilka błyskotliwych myśli do zapisania tutaj, ale odnoszę wrażenie, że z wiekiem mam coraz mniejsze zacięcie do dzielenia się „złotymi myślami”, za to grafomania o wszystkim i niczym, choć daleka od satysfakcji, daje mi możliwość zatrzymania się na chwilę lub dwie w tym permanentnym biegu codzienności. Taka mała, drobna i niewyszukana chwila satysfakcji. Nic więcej i nic ponad to.

– 43 –

Całkiem przypadkiem uświadomiłam sobie dzisiaj, że historia, tak na prawdę, jest mocno umowna. Z czasem staje się, co najwyżej, wyobrażeniem minionych faktów i niczym ponad to. Kreacją osoby spisującej ją na podstawie dostępnych źródeł. Jest prawdziwa tak długo, jak długo żyją jej świadkowie, którzy dają dowód tego, że wyglądała tak właśnie, a nie inaczej lecz kiedy odejdą ostanie osoby które doświadczyły historii w wymiarze swojego życia, kiedy nadejdą kolejne pokolenia, pokolenia mające już tylko źródła i pośrednie przekazy, historia zmienia się, odrealnia i podlega kreacji. To z jednej strony jest w jakiś sposób fascynujące, a z drugiej jest przerażające. Przerażające mniej lub bardziej, w zależności od tego, czy zależy nam na prawdzie i na czyjej prawdzie nam zależy, bo prawda ma wiele imion i wiele obrazów. To nie to, że inni kłamią. Paradoks tkwi w tym, że wszyscy mówią prawdę, tyle, że prawdę z poziomu swojego poznania. Nic ponad to.

Drugą refleksją dzisiejszego dnia było to, że ludzie widzą to co chcą zobaczyć, interpretują to co widzą wedle własnego schematu. Nic nowego. Nie raz o tym pisałam, ale… dziś patrzyłam, jak bardzo można nie chcieć dostrzegać argumentów przeczących własnej wizji, i jak można uznawać własną wizję za jedynie słuszną. Jak bardzo można się bać tego, że świat jest inny niż nasze o nim wyobrażenie. Jak bardzo można bać się przyznać do tego, że czegoś się nie wie, czegoś się nie zna. Jak idąc drogą uporu brnie się w teorie spiskowe i zamiast logicznych argumentów używa się słów „jakieś”, „inni widzieli”, „są dowody”, bez określania jakie te dowody są, co tak na prawdę potwierdzają lub czemu, tak na prawdę, przeczą, ani kim są ci inni. Byleby nie odpuścić, byleby nie wyjść na słabego, w jakikolwiek sposób pojmowania słabości.

Dla mnie siła tkwi w tym, by nie brnąć w nieskończoność, by umieć powiedzieć pas, bez poczucia ujmy. Zwłaszcza gdy dyskutuję z osobą starszą o pokolenie lub dwa, o rzeczach, o których wiem tylko z materiałów źródłowych, podczas kiedy ta osoba wyprzedza mnie o możliwość weryfikacji tych materiałów u źródła, czyli u osób, które były tą historią, tymi „materiałami źródłowymi”…

– 42 –

Właśnie miałam pisać jaką to piękną zimę mamy tej wiosny, która nam miłościwie wczoraj kalendarzowo zapanowała, ale zdaje się, że jednak zima w odwrocie, bo wiatr znowu wieje, acz zdecydowanie bardziej wilgotny i jednak nieco cieplejszy niż w miniony weekend. Temperatury też raczej plusowe niż minusowe. A wczoraj to taka piękna zima była, że aż do sklepu piechotą poszłam sobie. Śnieżek sobie prószył, wiatru prawie nie było, światła świeciły, wszystko okryte białym puchem – świat był piękny, cichy i spokojny. Pasjami uwielbiam taką pogodę. Niestety dzisiaj to już nie to. Razem z poprawa pogody klapie moje samopoczucie. Ja to jednak do tej Norwegi chyba powinnam się przeprowadzić, albo na Alaskę. Może nawet lepiej na Alaskę, bo tam mniejsze zagęszczenie ludzi na kilometr wypada jednak.

Wracając, z tej Alaski, do pogody jeszcze, to jeśli dalej tak będzie jak jest, to jest widok, aby w święta wystroić się w moje nowe i nieśmigane obuwie. Podobnież zimowe, ale tylko z nazwy. Zdecydowanie przejściowe i z materii takiej, co raczej woda mu nie jest wskazana. Więc ogólnie święta mogą być jakie chcą, byle nie było 20 stopni na plusie i deszczu do kompletu.

Poza tym to wszyscy zdrowi i nic się nie dzieje, tylko nauki dużo, a zacięcia mało, czyli wszystko w normie. Młody też już na szkolnym finiszu oraz na finiszu ciężarowkowym. Ma wizję zdawania egzaminu gdzieś na daniach, choć ze względu na aurę miał przełożone jazdy. Nadmienię tylko tyle, że samochody ciężarowe nie posiadają raczej opon zimowych, więc przy obecnej aurze, poślizg kilkutonowym autkiem nie jest niczym nadzwyczajnym zdaje się. Tak sobie myślę, że może i ja bym tak sobie zafundowała takie prawo jazdy na wielkie samochody. Zawsze mnie korciło i ciekawiło jak to jest prowadzić coś takiego dużego. Pomyślę nad tematem jak ogarnę temat obecnej nauki, bo szczerze to trudno byłoby jeszcze coś w grafik wepchnąć, acz przecież marzenia są po to aby je spełniać… zwłaszcza, że najprostsza wersja, owszem, nieco starszawa, ale na chodzie, mojego kiedyś „samochodu marzeń” jest dostępna za 20 000… może nie w wymarzonych kolorach, ale w sumie… liczy się silnik i to coś… kolory zawsze można zmienić. 😉

– 41 –

Wieje okropnie. Po prostu w kominie wiatr wyje. Nie lubię wiatru, a takiego wyjącego to ju szczególnie bardzo nie lubię. Zawsze zdaje mi się zwiastunem złych rzeczy, złych spraw. Taki świszcząco wyjący przeciągliwe wiatr niesie ze sobą zło. Tak go odbieram. Dziś wyje. Sprawia, że jest paskudnie zimno. Przenika do szpiku kości, a ja mam wrażenie, że nawet żołądek przewiewa na wskroś. Co chwilę też zerkam, czy aby na pewno mam drzwi balkonowe domknięte, czy zasłona się nie rusza od jego podmuchów, ale to ledwie złudzenie. Nic więcej.

W tym wszystkim to trudno uwierzyć, że Wielkanoc już za dwa tygodnie. Ten czas bardzo duże tępo trzyma. Jakoś ta Wielkanoc do mnie nie dociera, a przydałoby się ogarnąć przed świątecznie. Jakieś sprzątanie, jakieś plany piekarnicze. Jedyne co chodzi mi po głowie to potrzeba odpoczynku. Kilka dni zatrzymania się bez obowiązków, bez konieczności robienia czegoś na już i na wczoraj. Tak mi się marzy ostatnio, a później przychodzi sobota i okazuje się, że mogę pospać do kiedy mam ochotę, bo budzik nie dzwoni, bo nie muszę wstawać, a tu masz… z tego pędu, zaraz po 6, jak codziennie, choć dziś bez budzika, koniec snu przychodzi, oczy szeroko się otwierają… to tyle jeśli chodzi o lenistwo poranne. Może jutro się uda, choć też widoki są na to mierne, ale za to mam wymówkę aby poczytać w łóżku i nie śpieszyć się ze wstawaniem, nie budząc przy okazji całego domu… Ta wymówka to „Лошадиная фамилия” Czechowa… w oryginale… tylko to udało mi się dopaść w naszym antykwariacie poza podręcznikami. Wolałabym jakiegoś harlekina z ostatnich lat lub inną czytankę nowożytną, mało wymagającą, ale, jak się nie a co się lubi, to się lubi co się ma.

No i jeszcze odrobina lodu, skoro aura za oknem powróciła zupełnie zimowa. Sople i…

… lodowy Anioł. Niech nas otoczy opieką przed tym co zimny wiatr niesie ze sobą…

– 40 –

Boszzzz. Jak ten czas szybko mija! Nie mniej, powoli staram się ogarnąć różne rzeczy i dotrzeć pełna parą do 2018. Widać światełko w tunelu. To w pracy, a prywatnie, to cóż, znaczy się nie cóż, a kolokwium, zaczyna ścigać kolokwium… co poradzić, nie ma co marudzić.

Problem mam tylko taki na jutro, że nie cierpiący zwłoki w rozwiązaniu, otóż, coś za szybko udało mi się ogarnąć chemię. Niby z instrukcją w zgodzie, niby arkusz kalkulacyjny mnie wspomagał, ale jednak, czyżbym weszła na wyższy stopień wtajemniczenia sama nie wiedząc kiedy i zaczęła rozumieć treść poleceń na tyle, że jest to już nie po chińsku w dialekcie mandaryńskim, a w chodzimy na poziom po angielsku… czyli coś się rozumie, może nie biegle, ale do ogarnięcia… za rogiem stoi zrozumienie na poziomie rosyjskiego, a jak już za tym rogiem wyjdę na prostą, to będzie po polsku i może się okazać, że coś z tej chemii wiem. Co swoją drogą jest kuszące. Zawsze to jeszcze zostaną w prawdzie logarytmy, które ścigają mnie od lat i chyba czas wyszukać jakiś starszawy podręcznik do matematyki i ogarnąć zasady logarytmiczne, bo doświadczenie mnie nauczyło tego, że jeśli coś powinnam wiedzieć, czy umieć, a nie nabędę rozumienia tego gdy czas po temu, to wcześniej lub później, a nie raz po długich latach, i tak mnie to dopadnie i, i tak będę musiała to zrobić… chociaż, z drugiej strony, od czego są arkusze kalkulacyjne, tyleż, że im też trzeba wiedzieć co się do „dzioba” wkłada… bo policzyć policzą prawie zawsze, tyle, że nie koniecznie to co trzeba.

Gdybym jeszcze tak mogła jakimś cudem ogarnąć swoją antypatię do jednej Marzanki, która z tygodnia na tydzień coraz bardziej podnosi mi ciśnienie, a już szczególnie na zajęciach z biochemii, kiedy to jej zasada pracy z odczynnikami „na oko” skończyła się dla mnie dziurawym fartuchem w ubiegłym tygodniu, a w bieżącym sama sobie nieco poparzyła chemikaliami skórę… no bo jej rękawiczki nie są przydatne i zapomniała sobie wziąć. Rzecz jasna do wszystkiego pcha się pierwsza. Ja wiem, że ona ma mało czasu, jakieś 10 lat z hakiem mniej niż ja, ale to jeszcze nie usprawiedliwia tego chaosu i bajzlu jaki wyczynia. Zwyczajnie, jest niebezpieczna. Chociaż, czy to antypatia jest? W sumie nie, bo ogólnie jest mi obojętna i ona, i to co robi, o ile trzyma się z dala ode mnie gdy w pobliżu są różne substancje niebezpieczne. Chyba bardziej postrzegam ją jako zagrożenie, które może przynieść uszczerbek mojemu fartuszkowi (co już się stało), reszcie mojego odzienia (bardzo lubię swoje ciuchy oraz obecny stan mojej odzieży też mi odpowiada), a w skrajnym przypadku również mojemu człowiekowi, co zdecydowanie mi nie odpowiada. Więc jest to co najwyżej odruch atawistyczny, ochota samoobrony przed potencjalnym niebezpieczeństwem.

No i jeszcze kilka innych rzeczy mnie deprymuje w związku z ta moja edukacją. Za stara chyba jednak na nią jestem. Brakuje mi cierpliwości… niestety najczęściej wiąże się to z tym, że zaczynam szybciej mówić niż myślę… co zawsze było moja piętą achillesową, acz poczytywałam sobie to również jako zaletę. Skoro nawet herbaty, czy kawy nie słodzę, a jeśli nawet to niewiele i tylko sporadycznie, to trudno oczekiwać aby słodzenie ludziom było przeze mnie aprobowane. Za dużo lat mam aby znosić sztuczną słodycz słodzików słów od tych wszystkich osób, które coś ode mnie chcą, za dużo tych lat też jest by nie doceniać wagi słodzenia innym, jednak, okazuje się, że często gęsto są tutaj też alternatywne drogi – bez cukrowe. Spokój, opanowanie, zasady. Cukier i sztuczne barwniki raczej szybciej niż później idą w boczki lub też boczkiem wychodzą, a taka naturalna słodycz jest zdrowsza i bardziej długodystansowa oraz nie ma po niej mdłości.

– 39 –

Kolejne obrazki. Kiedy na nie patrzę, trudno uwierzyć jest, że mija dopiero właśnie tydzień. Kilka dni i taka różnica. Nie wiem, jak u w świecie szerokim, ale u mnie nie ma już właściwie nawet wspomnienia po śniegu i mrozie, który przed tygodniem pozwalał jeszcze na chodzenie po zamarzniętej rzece całym tłumom ludzi.

Tym razem wyzwaniem okazały się nie tylko lodowe wodospady, ale również dziki tłum, który, tak jak ja i A. postanowił przyjrzeć się bliżej temu dziwu natury. Nie było mowy o długim zastanawianiu się nad ujęciem, ani o kadrowaniu. Tylko szybkie pstrykanie, gdy tłum płynnie i nieustająco przemieszczał się we wszelkich możliwych kierunkach. O ile mnie, laikowi, fotografowanie na szybkiego, jeszcze ujdzie, o tyle A. pewnie miała ochotę połowę ludzi wysłać w kosmos… drugą połowę wysłałabym sama osobiście… nie za przeszkadzanie, a za głupotę. Jako, że o owej głupocie można by dużo i długo, więc ją pominę. Myślę, że została ona odchorowana przez właścicieli.