– 35 –

Kilka obrazków. Z tego zasiedzenia trzeba było ruszyć zadek, chociażby kilka kroków, niechby to było zaraz za ogrodzenie… i prawie tak było, raptem niewiele dalej. Tak u mnie wyglądało minione, sobotnie popołudnie.

P.S. Ciapki na zdjęciach, to nie dowód na zaniedbany obiektyw, ale na to, że śnieg sobie lubił chwilami popadać i przeplatał się na zmianę z przebłyskami słońca. Taka moja zima zagościła chociaż na kilka dni…

– 34 –

Zimno. Zdecydowanie mrozi. Nie mam nic przeciwko, byleby zachowała się pogoda bezwietrzna, to nawet te -15 w porywach (na trasie) do -20 jest do przyjęcia. Byleby bez wiatru. Jakoś tak wiatru nie lubię ponad wszystko. Titaś mnie dziś pozytywnie zaskoczył. Jak nic pół litra fioletowego należy mu się w bonusie. Obiecałam, to dostanie i dotankowanie pod korek. Jak szaleć, to szaleć. Nawet oleum mu pewnie dorzucę nieco, bo kaloryczność sobie zrobił sam większą. Ja, na te mrozy, mam niepohamowany apetyt i zjadam wszystko co nie zwieje mi z talerza, a Tituś zdaje się nieco oleum podbiera. Dobrana z nas para. Nieco przechodzona, nadgryziona zębem czasu, ale co tam, nie jednemu sprostamy.

Problem mam tylko jeden, za to zasadniczy. Gdzie kupić to pół litra co je Titusiowi obiecałam? Dawniej w każdym sklepie sobie stało i za niewiele ponad piątaka było dostępne, a teraz? Nowomodne i wymyślne, a przy tym całkiem drogie, dodatki do paliwa można kupić, ale ja tam nie wiem, nie znam się, może się to i sprawdza w nowych samochodach, ale w Titasiu? Nic z tych rzeczy. Titaś proste autko jest i proste upodobania kulinarne ma. Nad wymyślne dodatki przedkłada pół litra. Na podwójnym gazie więc jeździ, acz z dwojga możliwości, żeby nie pisać, że z dwojga złego, to lepiej, że on, a nie ja.

No i tak się nam plecie ten poranek poniedziałkowy. Powietrze od mrozu skrzy się pięknie. Zamarznięte drobinki wody błyszczą i wirują niczym zloty, magiczny pył. Magiczna kraina lodu. Jest pięknie… byleby nie wiało.

– 33 –

Niecodzienny widok o poranku. Właściwie to na tej trasie jeżdżę w dni pracujące prawie codziennie od lat 10. Jednak, aż do dzisiaj nie miałam takich widoków. Żal mi było saren, wściekła byłam na wilki, oraz rozbawiły mnie lisy.

Teren przez jaki jadę do fabryki, to również łąki, mokradło i tereny przyleśne. Pięknie i latem i zimą. Sarny, zwłaszcza zimą, widuję niemal za każdym razem. W lecie zapewne też są, tylko mniej rzucają się w oczy niż na połaciach bieli obecnie. Na jednym z pagórków stały w rzędzie 3 sarny. Wyglądały jak sarnie posągi, zamrożone w pół kroku. Bez ruchu niemal, cicho, prawie czuło się, że nie oddychają. Tylko pierwsza w szeregu nieznacznie się poruszyła. Pewnie też strzygła uszami, nasłuchując tego co za nią i czego nie mogla dostrzec pomiędzy krzakami, z których wychodziła i wyprowadzała te sarniątka, które w szeregu były za nią. W każdej chwili gotowa była do biegu. Nic nie było w nich z codziennego spokoju, kiedy nieśpiesznie rozgarniają śnieg wyjadając spod niego suchą trawę lub oziminę.

Nie trzeba było wiele by dowiedzieć się skąd takie zachowanie. Kawałek dalej, właściwie to poniżej u podnóża sąsiedniego pagórka, na otwartej przestrzeni pojawił się jegomość, którego miałam okazję pierwszy raz zobaczyć w naturze. Ledwie chwila, a cały jego majestat rozchodził się na otoczenie. Wilk alfa szedł, na całe szczęście, w przeciwnym kierunku, niż ukryło się stado saren. Nie był sam. Po bokach towarzyszyły mu trzy kolejne. Wataha więc liczyła co najmniej 4 osobniki, a może i więcej. Wychodziły z zarośli, więc możliwe, że jeszcze jakieś były ukryte przed moim wzrokiem. Bysior na przedzie szedł w kierunku jezdni. Miał do niej spory kawałek jeszcze, ale dla wilka to żadna odległość. Zapewne nocą przeszły z lasu, a teraz zamierzały do niego powrócić i tylko krajowa 28 stała im na przeszkodzie, pełna ludzi pędzących do pracy. To niesamowite jak taki wilk idzie do przodu, na przeciwko Ciebie. Powoli, noga za nogą, w twoją stronę. Zupełnie inaczej niż pies. Czuje się niemal jego siłę i wolność. Budzi szacunek, respekt i poczucie małości w obliczu siły przyrody. Prawie się popłakałam, bo Heniek nie złapał by sytuacji, a Perełka też miałaby niewielkie szanse na uchwycenie tej chwili. W takiej chwili, poczułam, jak bardzo, bardzo unikatowe obrazy przemykają mi przed nosem i odchodzą, a ja nie mogę ich zabrać ze sobą dalej inaczej niż pod powiekami zamkniętych oczu, bo… bo może czas pomyśleć o porządnym aparacie z przyzwoitym obiektywem?

Kiedy zaczęłam łapać oddech i kiedy moja uwaga zaczęła powracać w pełni na drogę przed mną, przyroda postanowiła mnie jeszcze raz zmiażdżyć. Kilka zakrętów dalej, na otwartej przestrzeni pomiędzy nielicznym w tym miejscu zabudowaniami, bawiły się ze sobą dwa lisy. Beztroskie, skakały obok siebie i przewracały się na grzbiet. Zimowe, puchate kity, skakały za swoimi właścicielami niczym miękkie smugi. Była w ich ruchach jakaś miękkość i beztroska, która stanowiła niesamowity kontrast do napiętych ciał saren widzianych ledwie chwilę wcześniej. Patrząc na nich, miało się ochotę złapać jednego, czy drugiego i zatopić palce w ich miękkim futrze. Dwie puchate, radosne, skaczące kule.

Teraz, kiedy tak sobie myślę, cały ten spektakl przyrody, nie jest na tych terenach niczym szczególnie unikatowym, ale dziś przyroda zdaje się zaspała o jakąś godzinę, a może dwie. Zazwyczaj o świcie wilki wracają do swojej części przestrzeni pól i lasów, czasem było to widać po śladach na przydrożnym rowie, a dziś… dziś zasiedziały się, dopiero wracały. To dobrze. Miałam niebywałą okazję zobaczyć to wszystko, co zobaczyłam. O ile sarny i lisy nie raz widywałam już na własne oczy, niekiedy całkiem blisko, o tyle z wilkiem, było to moje pierwsze spotkanie. Mam nadzieję, że jeśli znowu nam się drogi przetną, to i kolejnym razem, będę w bezpiecznym wnętrzu samochodu. Niekoniecznie mam ochotę na tak bliskie spotkanie z watahą wilków bez dodatkowego zabezpieczenia, jednak chętnie kolejne nasze spotkanie zatrzymałabym w obiektywie aparatu fotograficznego.

– 32 –

Ogarłam (słowo ogarnęłam nie oddaje sensu moich działań z ostatnich dni). Tak więc, ogarłam, co do ogarnięcia było. Nagromadziłam zaległości własnych oraz stertę bajzlu, czego bardzo nie lubię. Teraz się muszę odgruzować. Odgruzowanie jest czynnością, która jest upierdliwa i poza moją sferą zainteresowań, więc po prostu staram się do tej konieczności nie dopuszczać. Czasem jednak nie wszystko jest tak jak być powinno i odgruzowanie jest potrzebne.

No więc sobie odgruzowuje. Staram się przypomnieć sobie, w których miejscach porzuciłam własna robotę w połowie drogi do końca. Czego również nie lubię. Jednak, wszystko to ma swoje dobre strony, bo mogę sobie wymyślić jakąś drobną nagrodę za to, że uporałam się z tym, czy owym. Dzisiejszą nagrodą będzie nic nierobienie. Zwyczajnie bez laptośka, wezmę się za prace przyziemne, czyli pranie, sprzątanie, jazda na mopie – czyli tzw. nic nierobienie. Jakiś obiad sobie machnę między czasie… może nawet coś innego niż frytki z piekarnika. Zawsze jeszcze mam jakieś pierogi zmrożone, oraz na pewno sporo szpinaku… z głodu nie zginę, a czasu mieć nieco będę na fantazję kulinarną, to kto wie, co mi do głowy przyjdzie.

Choć też muszę się przespacerować do zielarskiego i nabyć zestaw ziółek, bo mnie od jakiegoś czasu nie jest po drodze z zielarskim sklepem, a potrzebę mam, gdyż zdaje się kwiat bzu czarnego i kilka innych drobiazgów podręcznych, własnego zbierania, mi już wyszła, a zimy jeszcze kawałek i przedwiośnie. Zdecydowanie w nadchodzącym sezonie jak nic kilka słoiczków syropów, czy soków trzeba będzie więcej zrobić. Tylko kiedy na wszystko czas znaleźć. Przy tym braku zimy, to cokolwiek może już zaraz ruszyć do życia, a korci mnie na sok brzozowy i to bardzo.

– 31 –

Tyle o tych pączkach było, że po prostu nie ważne, że to czas postu i umartwienia. Smaki pączkowe okazały się silniejsze. Umiar zachowany został w ilości. Czyli, co niezbyt często się zdarz, zostały zrobione z 1 porcji ciasta… a żeby im smutno nie było dostały kompanię w postaci połowy porcji ciasta faworkowego. Druga połowa faworków trafiła do zamrażarki, będzie pod ręką kiedy człowieka „chcica przyciśnie”. Wyszły, po prostu takie jak wyjść miały, chociaż smak jabłek nie osiągnął jeszcze tego, jaki pamiętam ze szczeniackich lat. Nie mniej jednak Matka Rodzicielka stwierdziła, że w końcu je pączka, a nie jakieś chemiczne spulchniacze. 🙂 I nawet obwódka całkiem nieźle się udała.

Nieśmiało za pączkami chowają się faworki. Faworki mają do siebie to, że są uzależniające i wciągające, bardzo delikatne i po prostu się rozpływają. Kiedy są, nie można ich sobie odmówić, a kiedy ich braknie, człowiek się dziwi, że jak to tak? Tak szybko się skończyły? 😉

No i zima. Tam moja, którą najbardziej lubię, a która znowu odchodzi prawie tylko odrobinę człowieka satysfakcjonując, bo znowu więcej w niej burego niż białego. Widok, z okna Fabryki.

Zdjęcia dzisiaj przedstawiane sponsoruje Heniek. Jak wiadomo Heniek służy do dzwonienia, a nie do zdjęć robienia. Co złego to nie Heniek, w końcu nie jego wina, że jest tylko telefonem.

– 30 –

Ludzie się boją. Często nawet nie wiedzą sami dokładnie czego, ale się boją. Wczoraj, przypadkiem, uderzyło mnie to jak bardzo powszechny jest strach. Może dopiero wczoraj, bo wcześniej po prostu się nad tym nie zastanawiałam. Nie żeby teraz nagle była we mnie potrzeba głębokich przemyśleń i studiowania tematu. Po prostu stwierdzenie takie mam.

Zatrzymałam się na chwilę w swoim pędzie i nawale obowiązków i potknęłam się o ten strach. Każdy ma swój. Jedni ukrywają go pod płaszczykiem nonszalancji, inni udają, że jest on im obcy. Każdy też dotyczy innej sprawy, innej sfery, innego przedmiotu. Też mam swoje lęki. Zmieniają się ze mną. Dorastają, jak i ja dorastam.

Jako dziecko bałam się wieczorów i nocy kiedy nasłuchiwałam, co się dzieje w sąsiednim pokoju, nigdy nie wiedząc co wieczór i noc przyniesie. Nakrywałam głowę poduszką i zastanawiałam się, czy wszystko jest porozkładane na właściwych miejscach, żeby było pod ręka.

Lata później bałam się, że coś mi się stanie i Młody przejdzie pod kuratelę OMD, a dla obu byłoby to niewyobrażalnym dramatem, choć dla Młodego bardziej, bo OMD do roli ojca dojrzał dopiero teraz, kiedy Młody z poziomu młodego mężczyzny powiedział mu w prost, że spierdzielił sprawę.

W między czasie bałam się, że P1 i P2 zostaną na mojej głowie, i że nie podołam. Długo czułam to jako swój bezwzględny obowiązek, aż zrozumiałam, że oni mają prawo do własnego życia, z którego do tego czasu nie korzystali. To co będzie moją powinnością, to pomóc im w nauce tego życia samodzielnego, a nie żeby przejąć rolę Matki Rodzicielki i wyręczać ich w życiu.

Gdzieś w te minione lata wkradł się strach przed samotnością. Jednak, kiedy przyszło do rzeczy, to okazało się, że większym wyzwaniem jest wpuszczenie do swojego poskładanego życia drugiej innej osoby, niż sam strach, który nagle skarlał, a samotność przestała przerażać i okazała się starą, dobrą znajomą.

Nie boję się Boga. Bóg jest miłosierny, wybaczający, litościwy, każdemu daje szansę. Nawet jeśli nas doświadcza, jeśli zadaje pokutę, ostatecznie zasady są jasne: niebo dla dobrych i nawróconych do dobrego, piekło dla złych. Każdy ma wybór, sam decyduje. Tu nie Boga się lękać należy, a zwyczajnie samego siebie i swoich wyborów, swoich decyzji, swojej wolnej woli.

Nie boję się ludzi. Co mogą mi zrobić, czego ja nie mogłabym zrobić im. Mamy takie same możliwości podejmowania działania i decyzji. Nie jestem ani lepsza od nich, ani gorsza. Jestem taka sama, jak oni. Wszyscy ludzie. W gruncie rzeczy – zwierzęta. Zasada jest prosta: przetrwa najsilniejszy.

Nie boję się maszyn. Wiem, że przyjdzie chwila kiedy uniezależnia się od człowieka, i powiedzmy sobie szczerze, ale „Terminator” okaże się filmem proroczym. Przetrwa silniejszy. Kto nim będzie? Nie wiem. Jednak skłaniam się, że maszyny, choćby przez czas jakiś.

Nie boję się wielkiej wojny. Niektórzy się jej boją. Liczą na to, że nie będzie miała miejsca. To płonne nadzieje są. Kwestią nie jest, czy będzie miała ona miejsce, raczej kiedy się zdarzy. Jak to mówią – kwestia czasu – nic więcej. Jaki ma sens strach przed nieuniknionym?

Dziś boje się jednego. Boję się, że nie zdążę zobaczyć tego wszystkiego co chciałabym, nie zdążę przeczytać, poznać, dowiedzieć się. Jest taki ogrom rzeczy do poznania, w którym jestem jak pyłek. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki, a życie jest takie krótkie i tyle z niego już zmarnowałam! No i trochę jeszcze boję się siebie. Tak dla zasady. Bo siebie zawsze warto się bać, bo nigdy nie znasz siebie tak dobrze, by przewidzieć własną reakcję. Tak długo, jeśli coś się nie stanie nie masz pewności jak się zachowasz, zawsze do tej chwili będzie to tylko domniemanie. Tylko przepuszczenie, coś co rzeczywistość zdemaskuje szybko i prosto odzierając każdego ze złudzeń co do własnej osoby.

Czym jest strach, a bardziej, czego się boimy? Boimy się rzeczy pewnych, które wiemy dokładnie jak będą wyglądać, a wygląd ten nam się nie podoba oraz i przede wszystkim, boimy się tego czego nie znamy, nie rozumiemy i wyobrażamy sobie w jakiś absurdalny sposób. Najbardziej jednak, nie wiem czy to kwestia czasów, czy gatunku ludzkiego, boimy się czasu. Jego nieubłaganego upływu. Boimy się czasu i tego co przyniesie, bo każdego z nas, bez względu na to kim jesteśmy, jacy jesteśmy, co robimy, czeka ten sam koniec. Nie ma wyjątku. Wobec śmierci jesteśmy równi, tylko każdy z nas ma swój własny czas na to ostatnie spotkanie. Tym jednym się różnimy.