– 21 –

Numerki w tytule niby są praktyczne, ale czasem są zbyt minimalistyczne, nawet jak dla mnie. Może to też kwestia braku przyzwyczajenia. Skoro tyle lat wymyślałam tytuły, to teraz, pilnowanie kolejnych numerków jest takie skąpe. Zamiast marudzić mogłabym wrócić do systemu tytułów, ale z innej strony, nowe miejsce, nowe zasady… zwłaszcza skoro archiwum powiedziało, że mam się dymać i ono się nie da tak łatwo przenieść. Może to i lepiej. Do rzeczy jednak, do rzeczy.

Tak więc, nie wiem jak w reszcie świata, ale u nas dziś iście wiosenny poranek. Trudno uwierzyć, że w kalendarzu mamy 31 styczeń. Niewiele na minusie, jakieś raptem marny jeden lub dwa stopnie, bez wiatru, ze słońcem wychodzącym zza okolicznych pofałdowań terenu i ze świergolącymi całkiem po wiosennemu ptakami.

Wszystko się w tej przyrodzie pomieszało. Całkiem, całkiem. Skoro w przyrodzie się pomieszało, to jak u licha ja się mam poskładać? Jestem rozkojarzona, zdekoncentrowana, chaotyczna. Normalnie jak nie ja. Każdego roku czekam na zimową ciszę i ograniczenie barw. Kiedy inni marudzą ja się wyciszam i układam chaos reszty roku, składam wszystko na odpowiednie półki, aby w resztę roku mieć czym bałaganić… a za rok, mieć znowu co układać. Kolejna zima bez zimy to prawie horror, bo kiedy u licha mam poskładać siebie? Bez zimy? Się nie da! Choć kilka dni.

No nie wiem, może po feriach? Bo u nas teraz ferie. Cicho i pusto na osiedlu. Droga do pracy pusta. Pod szkołą cicho, nawet pod przedszkolem mniej maluchów ciągniętych do budynku przez rodziców, a co więcej, nadal (w okolicach 7,30) dostępne są moje ulubione drożdżówki w sklepie obok którego przechodzę w drodze do pracy. W czasie innym niż ferie nie jest to takie oczywiste, że one tam są i czekają na mnie. Tak, wiem, że miałam zrezygnować z drożdżówek, nawet na jakiś czas się to udało, ale właściwie to nie czuję tego powodu, dla którego mam sobie odmawiać drobnych przyjemności. Skoro zdecydowanie kakao i czekolada mi nie służą, to jak zrezygnuję z wszystkiego, to nic mi nie zostanie. Tak przecież być nie może.

– 20 –

Hej kolęda, kolęda.

Jak co roku, i teraz, na Włościach był przyjęty Ksiądz „po kolędzie”. Tradycja tego wymaga, a w tym domu rządzi Matka Rodzicielka. W Wersalu, tymczasem, zignorowałam już 4 z kolei wizytę duszpasterską. To tak dla równowagi. Tym czasem wracając do owej wizyty na Włościach. Otóż, nie było mnie.

Pierwszy raz od lat wielu, acz nie wynikało to z mojego jakiejś szczególnej niechęci, a z konieczności bycia w rzeczonym czasie, kilka kilometrów dalej i pochylania się nad szkłem laboratoryjnym, którego nazwy namiętnie mylę, w pisowni i nie tylko, acz to nie istotne jest dla sprawy.

Tak więc, Duszpasterz młody, wyważony i z poczuciem humoru oraz z zacięciem do śpiewania, skądinąd całkiem do posługi się nadający, był moją nieobecnością zawiedziony i niepocieszony. Nie mniej, choć mnie nie było, dostałam obrazek święty. Nie powie, gustowna Matka Boska z Dzieciątkiem na ręku, na białym tle. Doprawdy bardzo wyważony kolorystycznie, bez przesadyzmu, który tym kawałkom nadrukowanego kartonu często towarzyszy. To by było jednak na tyle jego wyważenia, gdyż rewers przyprawił mnie co najmniej o zdziwienie, gdyż zawierał ni mniej, ni więcej, jak tekst zatytułowany „Modlitwa żony za męża”. Bardzo, że tak to ujmę sugestywny, gdyż albo Duszpasterz nie doczytał, że Kuria sama dawno temu mnie zwolniła ze ślubów małżeńskich uznając je za niezawarte, całkiem z resztą nie wiele czasu po tym, jak za niebyłe moje małżeństwo uznał Sąd Okręgowy, lub też zwyczajnie zapomniał co czytał przed posługą. Tak więc cóż, nie bardzo wiem, czy czytając tę modlitwę, modlę się za byłego, czy o przyszłego potencjalnego, gdyż owa modlitwa zdecydowanie jest w czasie teraźniejszym. Z drugiej strony, zważywszy na zasady programowania neurolingwistycznego, modnego bardzo jakiś czas temu, oraz na zasady kreacjonizmu, gdzie jednym z elementów dążenia do celu jest uzyskanie przekonania, że cel już jest w naszym posiadaniu… takie tam czary mary… mniejsza ze szczegółami, nie wiem czy powinnam ją czytać więcej niż ten raz, jaki mam już za sobą, gdyż zdecydowanie, formalizacja czegokolwiek jakoś jawi mi się obecnie (i nie tylko) mało zachęcająco. Zdecydowanie nie jest moim marzeniem. Białą sukienkę to już miałam, więc nie mam parcia „na szkło” w tym temacie. Pominę drobny szczegół obecnego braku kandydatów, to w sumie, jest mi dobrze jak jest. Po co zmieniać coś co jest dobre?

Żeby jednak nie było, to sama modlitwa bardzo mnie urzekła doborem słów, oraz rolą jaką przypisuje kobiecie. Nie będę na niej jednak „psów wieszać” gdyż byłoby to niesprawiedliwe – przecież nie wiem jak brzmią słowa modlitwy Męża za żonę – być może są one równoważne do modlitwy jaką ja otrzymałam. Więc aspekt równouprawnienia pozostawię bez komentarza, ale reszta – normalnie – majstersztyk słowny. Poniżej cytuję – więc każdy czyta wedle własnego uznania.

„Dziękuję Ci Panie, za mojego męża. Za jego miłość, za dobro, które mi daje. Za to, że dzięki sakramentowi małżeństwa możemy tworzyć „jedno ciało”. Zawierzam Ci, Boże, wszystkie jego myśli, gesty, słowa, decyzje, relacje z innymi ludźmi. Oddaję także to, co w nim trudno mi pokochać, co mnie irytuje lub boli.

Uświęcaj, Boże, naszą miłość. Proszę o wierność dla niego i dla mnie. Proszę o bliskość, która wyraża i umacnia miłość. Pomóż nam, byśmy się zawsze dobrze rozumieli, potrafili pokonać trudności, gasić konflikty i przebaczać sobie.

Chroń go, Panie, od zła, daj mu silną wiarę i świętość. Błogosław jego pracy. Spraw, aby dzięki mnie mógł stawać się lepszym mężem i ojcem. Chcę jego szczęścia. Kocham go.”

… doprawdy, modlitwa idealna dla samotnej kobiety w moim wieku… doprawdy, żyć i nie umierać.

– 18 –

Zaszalałam. Kupiłam sobie plecak. Powinnam jutro go mieć. Całe, a właściwie nie całe 30 PLNów. Normalnie szaleństwo. Teraz jeszcze tylko chciałabym żeby okazał się mniejszą wtopą niż ostatnie zakupy internetowe. W prawdzie one były obuwnicze, acz wtopa (z przegapieniem terminu do odesłania) całkiem moja i niestety powiedzmy sobie szczerze, w moim przypadku, zupełnie normalna.

Za plecakiem rozglądam się od dłuższego czasu, gdyż te które mam są za duże, albo tak stare, że normalne plecaczki tak długo nie żyją. Jak widać mam słabość do staroci, nie tylko w zakresie elektroniki, ale i plecaków. Niestety, niedomagające zamki w plecakach, które rozsuwają się same kiedy chcą, nie sprzyjają upychaniu do nich dobytku. Plecaka szukam od jakiegoś czasu, i nawet nie o cenę chodzi, ale o to aby był mały i miał duuuużo kieszeni. Abstrakcja. Powiadam wam, abstrakcja. Niestety niektórych rzeczy nie da się reanimować w nieskończoność. Wszystko ma czas życia zaprogramowany, jeśli nie w genach, to przynajmniej w nitkach lub w układach scalonych. No więc tak, czekam niecierpliwie na przesyłkę. Problem w tym, że w tym sklepie niekiedy przesyłka idzie wbrew zasadom logistyki… okrążą kraj ze 3 razy nim trafi pod właściwy adres. To doświadczenia A., ale zobaczymy. Jeszcze może udałoby mi się buty dorzucić do kompletu i będzie gites. W sensie, buty na teraz, bo na wiosnę to mam… raczej mam, a może nie mam? Mam, czy nie mam, zawsze mogę przecież przygarnąć jeszcze jedną dodatkową parę… butów nigdy dość i nigdy zbyt wiele.

– 17 –

Ogólnie, to mam nastrój z gatunku, bez kija nie podchodź. Och, nie mam zamiaru się nader bardzo pewnymi sprawami przejmować, acz jeszcze kawałek czasu przejmowała się nimi będę. Tak mam. Temat musi osiągnąć masę krytyczną. Każdy ma własną i każdy osiąga ją we własnym czasie lub… nie ma takiej konieczności.

Zdaje mi się, że z jedną osobą się mi drogi przecięły w innym życiu… czyli dawno temu… tak gdzieś w okolicach szkoły średniej. Normalnie prehistoria. Zdaje mi się tak, gdyż ogólnie odbieram silną antypatię bez szczególnego powodu.

Niby nie mogę sobie przypomnieć żeby się nam kiedyś drogi przecięły, ale żeby tak antypatią pałać do zupełnie obcej osoby? Kurcze, nawet ja tak nie mam. Szczerze, to rokuje to kiepsko, bo zdaje się, że jeszcze jakiś czas nasze drogi się przecinać będą, czy nam się to podoba, czy nie. Znaczy to bardziej czy się mnie to podoba, czy nie. Owszem, mogę pierdyknąć wszystkim w diabły, ale raczej mam tendencje do kończenia tego co pozaczynałam. Choć zdecydowanie brak finansowej mobilizacji, niejako sprzyja rozluźnieniu poglądów. Właściwie, to nawet nie ma co mówić, że straciłam kilka miesięcy, bo ich właściwie nie straciłam, gdyż dowiedziałam się tylu nowych rzeczy, które nie przeszłyby mi przez myśl, że nie ma nad czym się tkliwić.

Do tego mam inny problem, nie mogę rozgryźć „systemu”. Po prostu, kiedy wydaje mi się, że ogarniam jakiś tok rozumowania, to okazuje się, że nie ogarniam. Przez to nie ogranianie mam mało czasu, nadmiar informacji i uciekające detale, a jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach. Dobra, ja wiem, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, a lepsze jest wrogiem dobrego, ale, doprawdy, próba pokazania mi „gdzie jest moje miejsce” kiedy ma się na to bardzo ograniczony katalog możliwości, jest żenująca. Tak jak jest żenującym stosowanie tej samej taktyki do zdominowania osób raptem 20 letnich i tych drugie tyle starszych.

Doprawdy nie pojmuję skąd ludziom się bierze postrzeganie mnie jako osoby „słabej” i łatwej do kontroli… i późniejsze zdziwienie, że nie tańczę jak mi zagrają. Ogólnie, to chyba muszę sobie usiąść i ogarnąć sprawę czasoprzestrzeni. Może zrewidować niektóre działania. Posprzątać trochę ten chaos, a zacznę od wypieprzenia miliona dodatkowych notatek z domowego biurka i… pozostanę przy ręcznych notatkach przygotowywanych na bieżąco, ze słuchu. Zmiana nastawienia, uśmiech chowamy do kieszeni, na lepsze czasy, i dla otoczenia, które potrafi go doceniać, a wyciągamy królową lodu. Królowa jest w zasadzie zawsze łatwiejsza w obsłudze własnej.

– 16 –

Wszędzie zima, wszędzie śnieg, a u nas ledwie kilka płatków zatańczyło w powietrzu, przy czym, nie zostały na szczególnie długo z powodu dodatnich temperatur, które zdaje się zupełnie im nie odpowiadają.

Takich kilka wniosków ma, niezbyt porywających, ale tak dla zapamiętania. Muszę sobie po prostu pomarudzić. Gdzieżby inaczej. Zmęczona jestem, a przez to zmęczenie sobie pomyślałam, że jedna rzecz to mi na guzik z pętelką potrzebna, no i nie wiadomo po co i na co, i że gdyby nie to, to miałabym dużo wolnego czasu i mogłabym sobie odpocząć. Tak zwyczajnie odpocząć, bez myślenia, że jeszcze to do ogarnięcia, i tamto, i jeszcze coś gdzieś, jakoś i po coś. Tylko, że jak dobrze pamiętam, to tak było jeszcze niedawno i marudziłam, że monotonia, że tamto, siamto i owamto. Nie dogodzisz Panie, nie dogodzisz. Mam więc te różne atrakcje i marudzę, ale w sumie to nie marudzę, w sumie to bardzo się z nich cieszę. Nie są moim planem na życie, ale przypadkiem stały się rozrywką i wyrwały z marazmu. Pomogły poskładać parę rzeczy na właściwe miejsca, postawiły człowieka do pionu.

Bo ja, Panie Dziejku, tak mam, że musi być mało czasu, bo jak dużo czasu mam na myślenie to sobie lubię robić kuku. Nie mam czasu na głupoty więc zdziwiam i wymyślam, i zastanawiam się ile jeszcze sobie dam radę dokooptować do codzienności. Planów nie robię, a przynajmniej nie dłuższych jakiś. Owszem jest kilka założeń, ale to założenia są, żadne tam plany. Więc tak sobie siedzę i tak sobie myślę, że w najbliższych dniach mam do ogarnięcia to i tamto, a tu mnie coś po kościach chodzi i po zatokach. Dam radę. No bo kto, jak nie ja?

A do tego wszystkiego to ciekawe mejle mi do skrzynki wpadają. Spam rzecz jasna, ale właściwie, na upartego, właściwie warunki, mimo wszystko, spełniam… jest tylko jeden szkopuł, że za mąż to ja już byłam i drugi raz się raczej nie wybieram, ale spam z informacją o kastingu do programu do mojej skrzynki trafił… http://www.telemagazyn.pl/artykuly/wyjdz-za-mnie-nowy-reality-show-ze-slubami-koscielnymi-w-polsacie-62168.html

Poza tym, to tort piekę. W końcu dzień babci, a do tego podwójne urodziny domowników. Normalnie w hurcie o tej porze roku występują, człowiek to jeszcze po świętach do siebie nie doszedł, a tu masz, już następne wydatki. Jak tu ogarnąć, co kto jeszcze nie ma, czego na święta nie dostał pod choinkę, lub co jeszcze z upodobań solenizanta można by było zaspokoić nie bankrutując ostatecznie. Tak poza tym, to chyba sobie grzańca zrobię. Takiego podrasowanego, wzmocnionego i z dużą ilością dodatków. Może tę francę co mi po kościach biegać zaczyna wywali z mojego człowieka.

– 15 –

Wczorajszej nocy miałam paskudny sen o zębach. Okropny. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam rano, nim jeszcze na dobre moja świadomość się wybudziła, to najpierw językiem a później jeszcze paluchem, posprawdzałam stan mojego uzębienia. Dopiero ustaliwszy, że wszystko jest, tak jak być powinno, we właściwym stanie i na właściwym miejscu, odetchnęłam z wielką ulgą. Jednak, sen sam w sobie okazał się proroczy, gdyż ledwie kilkanaście godzin później, tak z wieczora, okazało się, że oto malowniczo ukruszyła mi się plomba. Rzecz jasna, nie zrobiła tego o godzinie, o której dzwonienie do Zębologa ma jeszcze sens, więc teraz przebieram w miejscu nóżkami, stoję prawie w blokach startowych, czekam niecierpliwie aż zegar wskaże godzinę dziewiątą bym mogła złapać za telefon i do skutku wybierać numer. Do skutku, czyli do efektywnego odebrania połączenia przez Zębologa.

Dawno mnie u niego nie było, raptem od wiosny. Czyli niewiele mniej niż rok, co już samo w sobie jest pewnego rodzaju wyczynem. Nie miej i tak się pocieszam, że nadal mam własne zęby, co zważywszy na ich raczej kiepską z natury jakość, jest już osiągnięciem samym w sobie. Nie są idealne, ale są moje. No i nadal są. Kiedy Młody się urodził, liczyłam na to, że zęby odziedziczy po rodzinie ojca, niestety, poczęstowałam go naszymi szczerupami. Koniec końców, Zęboleg, jest u nas na stałym etacie.

Z innych kwestii to najchętniej zwinęłabym się pod kocyś i poszła podrzemać jeszcze chwilę. W ramach petycji wnoszę żeby ta zima się w końcu zdecydowała czy jest, czy jej nie ma, bo taki brak zdecydowania, to doprawdy, ale jest mało przyjemny, zwłaszcza rozpatrywany przez pryzmat nieustająco wiejącego wiatru i latających gałęzi.

– 14 –

Kolejny tydzień. Poprzedni trochę się porozłaził, poprzekręcał plany i sprawił, że dziś jest jakaś taka mini kumulacja. Mini kumulacja wszystkiego. Braku dobrego nastroju, obowiązków pracowych i popracowych, zimna za oknem, kiepskiego samopoczucia zdrowotnego.

Ja wiem, że poniedziałek, że jak dziś zacznę marudzić, to będzie tak cały tydzień i szczerze, mam to gdzieś. Po prostu będę marudzić cały tydzień. Tym bardziej, że zdaje się znowu czas zacząć wycieczki po dermatologach, albo uszyje sobie szmaciany kask na łepetynę. Może nawet kilka szmacianych kasków w różnych kolorach, albo… albo kupię czapkę kominiarkę. Też powinna się sprawdzić.

Ogólnie to kaszanka. Wczoraj było źle, a dziś jest jeszcze gorzej. Brawo ja. Zastanawiam się co zeżarłam, a może to ten nowy krem, a może to coś, a może to nic. Po prostu, chcesz być zdrowy – lecz się sam. Na jedno wyjdzie, co chodzenie po lekarzach, skoro oni zgadują zamiast zrobić badania, to samemu też zgadywać można… i testować.

Do tego, te nieszczęsne buty co to zamówiłam, jednak odesłać muszę, więc jeszcze na pocztę czas muszę znaleźć. Przyszły, a i owszem, dobre są na długość, ale okropna z nich chińszczyzna i jakością, i zapachem. Jak patrzę na nie i pomyślę, że pierwsza ich cena to 179 PLNów to uwierzyć w taki nonsens mam problem. Pewnie bym je zostawiła (w końcu 49 PLNów to nie majątek) tyle, że lewy ma uszkodzony zamek. Może z raz udałoby się je ubrać, ale nie więcej. Szkoda, bo choć to straszna tandeta jest, to do spódnicy całkiem zgrabnie wyglądają. Tak więc poprawiacz humory się nie spisał, a co więcej, jeszcze dołożył obowiązków. Takie życie widać. Byle do końca miesiąca, a później się zobaczy, jeśli moje oczy nie wyjdą z orbit, albo, jeśli mózg do tego czasu mi się nie ugotuje od nadmiaru literek jakie staram się do niego powkładać.

– 13 –

No więc mam to moje wyczekane łóżko. No. Mam. Szczerze, to teraz z niecierpliwością będę czekać do lata żeby je odczyścić i odmalować tak jak to powinno wyglądać. Okropnie mnie drażni niedoróbka typu „bo tam i tak nie widać”. I dobrze, ale co z tego, że tam nie widać. Ja wiem że tam jest tak, a nie inaczej. Jednak plus jest jeden i niewątpliwy – w końcu nie śpię na podłodze, ale za to na wysokościach. Na wysokich wysokościach. Miałam obawy, że moje wymierzone 30 cm, które zmieniłam w sumie na 35 cm, że może być mało praktyczne jeśli dorzucić szuflady do kompletu. W każdym razie z maksymalnie 35 cm zrobiło się tak na prawdę nieco więcej, a do tego jeszcze grubość materaca i mam… 60 cm wysokości łoże. Czego nie wzięłam pod uwagę… grubości desek użytych oraz techniki pracy stolarza.  Wielowarstwowej techniki pracy, która dołożyła kilka nadprogramowych centymetrów.

Jak już pogoda będzie sprzyjająca, to jak się dorwę do puszki z farbą, to dopiero zacznie to łóżko wyglądać może nieco lepiej. Pod warunkiem, że nie dorwę się do szlifierki, choć może lepiej nie. Może zostać przy samym malowaniu? Nie mniej jednak, marudzenie marudzeniem, grunt, że łóżko jest. Na wymiar odpowiedni, zmieściło się bez obijania ściany i nie wychodzi poza przewidzianą wnękę, a to już naprawdę duża zaleta, gdyż obawiałam się, że taki stan łóżkowy nigdy nie nastąpi. Nastąpił. Majątku na to nie straciłam, więc mogę napisać, że wartość usługi jest równa jakości usługi. Premia została u mnie w portfelu, a kosmetyczne poprawki naniesione zostaną wiosną. Jedno jest pewne. Jest solidne. Przynajmniej na takie wygląda.

W ramach pocieszenia kupiłam sobie na wyprzedaży buty. Liczę, że będą dobre, bo mam kiepski humor i to nie ze względu na łóżko, a ze względu na całokształt. Ogólnie pogoda niedomaga, bo kto to widział deszcz w styczniu. Tęsknię za śniegiem i za wyprzedażą upatrzonych butów. Wszystkie inne przeceniają, a tych jednych nie, ale ja cierpliwa jestem, a ostatecznie, najwyżej kupię sobie inne, a te, jak przecenią to je tez sobie kupię.

Poza tym, tak na prawdę to jestem cholernie zmęczona i cholernie zniechęcona, gdyż kolejny raz robię robotę głupiego. Robota głupiego polega na robieniu tego samego po kilka razy dlatego, że niektóre głąby nie potrafią nauczyć się liczyć w zakresie do 100. Rozumiem, że 100 to więcej niż 10 , i że palców może brakować, ale do cholery – każdy ma kalkulator w szufladzie i arkusz kalkulacyjny w kompie, a policzyć prostych rzeczy nie umie. Rzygam tym. Co mocniejsi agenci zwiali po prostu na chorobowe… grunt to odpowiedzialność… bo nie, że coś i szczególnie dolega, poza niechęcią do pracy i/lub dodatkowym zajęciem poza umową tutejszą… a przecież szkoda urlopu…

Tak więc dzisiejsza notka jest równie entuzjastyczna jak cyferka, która ją promuje, i dokładnie oddaje mój nastrój, który raczej jest mało przyjazny. Dobrze, że w domu nie czeka na mnie żaden facet, bo przecież, faceci kochają ciepło domowych pieleszy, szeroki uśmiech, poczucie humoru i ogólnie, mocno relaksujący charakter kobiecy, któren to będzie balsamem po ciężkim dniu na ich skołatane życiem nerwy i ciało… bez względu na to jak beznadziejny dzień miałaś sama… masz być ostoją ciepła domowego.

Tak, zdecydowanie, koc, kubek gorącej herbaty i dobry film stanowią zdecydowanie lepszą wizję od tego by być super żoną, podającą z miłym uśmiechem pełnym zębów z reklamy, w seksownym fartuszku, cieplutki obiad i gazetę oraz pilota do TV. Normalnie jakbym widziała amerykańskie plakaty z lat 50 (???) bodajże… osobiście chyba wolę jednak ZSRR i jego hasło „kobiety na traktory”… tam tez sporo udawania było, ale chyba jednak wolę udawać siłę niż pasażerkę ekspresu do wariatkowa z wiecznym uśmiechem na twarzy… (te akapity o kobietach… to taka lekka reperkusja bieżącego wpisu Bachusa)

– 12 –

Druga noc z rzędu nieprzespana. Może nie cała, ale po połowie obie zarwane. Nie żebym zaraz miała jakieś zajęcia nocne. Nic z tych rzeczy. Zwyczajnie spać nie mogę. Kręcę się i wiercę na łóżku, a sen ma to gdzieś i nie przychodzi. Nic nie pomaga, ani poprawianie poduszek, ani poprawianie prześcieradełka. Snu jak nie było tak nie ma. Jedną obserwację jednak poczyniłam. Zdecydowanie lepiej funkcjonuję przespawszy pierwszą część nocy niż drugą. Wolę spać do 2,30 niż od 2,30 (to magiczna godzina z wczorajszej nocy, ale i dzisiejszej, minionej).

Dziś też poranek był zupełnie inny od wczorajszego. Wczorajsze, nisko wiszące, pękate od wody chmury i całkiem przyjemna temperatura jak na tę porę roku (7 – 8 stopni), bez wiatru, sprawiały, że człowiek najchętniej zakopałby się w stercie miękkich kocyków i drzemał sobie, aż wydrzemałby się na dobre, a kiedy by to nastąpiło, to z kubeczkiem ciepłego picia pooglądałby jakieś komedie romantyczne, albo coś, a później wziąłby gorącą, pachnąc i pełną piany kąpiel, oraz zakończył dzień lampką dobrego wina, po czym zapadłby w sen. Marzenie.

Dziś poranek rześki, mroźny, z drapaniem szyb, i zamarzniętymi kałużami oraz okolicą lekko przyprószoną śniegiem i nieco przymrożoną wilgocią na gałęziach drzew podświetlone to wszystko wstającym czerwonym słońcem. Bosko. Cudownie. Tylko dlaczego akurat nie mogę dziś wybrać się na wagary i zamiast do pracy nad papiery udać się z aparatem na jakieś rowy, łąki, pola? Czarowny, bajkowy poranek, a ja gnam do fabryki żeby przez kolejnych osiem godzin tracić wzrok. gdyż, ale i bowiem oczy moje mają dosyć. Już przestają pomagać jakiekolwiek krople i uczucie piasku pod powiekami wpisuje się na stałe w codzienność. Zdecydowanie teraz to już całkiem mogę o soczewkach zapomnieć. Nie ma na nie szans z tak wysuszonymi spojówkami. Jeszcze bym mi się zintegrowały z okiem na stałe i na zawsze…

Do tego, choć sypiam po pół nocy, to trudno się wyspać, kiedy twoim snem żądzą Escherichia coli do spółki ze Staphylococcus aureus… minionej nocy przebiły nawet mister Lewickiego sprzed wielu lat, który to na studiach bardzo „umilił” mi semestr. Tak, zdecydowanie on to mi się po nocy nie śnił nigdy, a nerwów mi zjadł, a tu pac pani,takie to małe, ledwie widoczne pod mikroskopem, a człowieka po nocach przestawia po kątach… a mobilni agenci w sieci człowieka nie wzruszali aż tak. Jak to się wszystko zmienia. Kto by pomyślał.