– 75 –

Truskawki odchodzą już do historii mijających dni i powoli rozpoczyna się czas innych owoców. Obecnie uwodzi mnie malina. Jeszcze zbyt droga, aby myśleć o przetworach, zwłaszcza w perspektywie popołudniowej wizyty u dentysty i zostawienia tam kilku banknotów o średnim nominale.

Nie mniej, kiedy porankiem wstąpiłam na chwilę do sklepu, i zobaczyłam cały pojemniczek malin za 6 PLN to nie potrafiłam się mu oprzeć. Właściwie nawet nie próbowałam tego robić w żaden sposób. Teraz, niespełna dwie godziny później, teraz została po moich malinkach ledwie wspomnienie i niejakie niedowierzanie, że jak to, że przecież tyle ich było, a tu proszę? Nic nie zostało? Naprawdę? Nic, nic, nic? Ano nic, wszystko zjadłam. W sumie może lepiej maliny niż drożdżówki na śniadanie jadać, tyle, że jednak zdecydowanie drożej, ale raz na jakiś czas, czemu by sobie na to nie pozwolić? Przecież nie można tylko oszczędzać.

Zaraz za malinkami pojawia się też agrest, a później, już powoli dojrzewa na Włościach, czarna porzeczka.

Reklamy

– 74 –

Czy ktoś może ten deszcz wyłączyć? Był potrzebny, ale, czy w tym kraju możliwy jest umiar chociażby w pogodzie, czy tylko skrajoności, we wszystkim sa preferowane?

Mniejsza z większym, jeśli o pogodę idzie.

W kinie byłam. W tak zwanym między czasie. Biegając pomiędzy, tym, owym i siamtym jeszcze, siedząc nad książkami i innymi takimi. W miniony piątek, skoro się kilka rzeczy w czasie ogarnęło, to i wieczór był wolny. Poszłyśmy więc z A. do naszego, starego, poczciwego kina, gdzie mile zaskoczyły mnie nowe fotele, a w tym KANAPY. Na naszej prowincji. No proszę, jak to się zmienia świat. W prawdzie z przodu, podobno dla rodziców z dziećmi, ale powiem wam szczerze, siedzi się na nich rewelacyjnie. Zwłaszcza z moim wzrostem, bo, choć są wysokie, to jednak, są tak ustawione, że spokojnie, wygodnie siedząc, widzę ekran, anie czubki głów przedsiedzących oglądaczy. Normalnie nic mnie tak w kinie nie deprymuje, jak czubki głów… a tu, proszę ja ciebie, komfort. Żadnych czubków głów, bo wszyscy pouciekali do tyłu, a tam może i wygodne te nowe fotele, ale nie to co kanapy. Jednak, roztkliwiam się nad kanapami, a film?

No więc „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego, jak najbardziej godna polecenia, jeśli ktoś lubi takie klimaty. Ja lubię. Szczerze, przyznam się wam, że chwilami w ogóle nie zauważałam, że film jest czarno biały. Nie umiem powiedzieć, czy miał jakiekolwiek wstawki koloru, bo kolor był nieistotny. Właściwie istotna to była muzyka. Tutaj przyznam, że mnie porywała co chwil, i miałam ochotę to tupać nóżką, to dla odmiany kołysać się nostalgicznie. Nie, no warto iść. Tak na prawdę to, jak to u Pawlikowskiego bywa, nie do końca wiadomo o czym film jest w pierwszej kolejności, bo niby o miłości, przedstawionej nieco toksycznie, usprawiedliwionej nad wyraz okolicznościami, ale czy może właśnie on nie jest o okolicznościach, które wypaczają wszystko, nawet miłość.

Kot Tomasz – nie ma sensu się rozpisywać, powiedzmy, że on to chyba umie wszystko zagrać. Jedynym, aktorem, który wg mnie go przebija, jest Piotr Fronczewski, ale Kot jeszcze młody jest, i choć to łatwe nie będzie, myślę, że ciągle jeszcze może nas zaskoczyć.

Agata Kulesza – ostatnio za dużo u mnie Agaty jest. Normalnie, przypadkiem wyszło, że pół jej dorobku artystycznego ostatnio sobie z różnych względów odświeżyłam, więc i z tego ten przesyt. Kilka kwestii, niby drugi plan, ale bez drugiego planu, pierwszy nie mógłby istnieć. Minimalizm. Ile można powiedzieć bez słów, tylko po prostu będąc – zobaczcie.

Joanna Kulig… no proszę, jednak miłe zaskoczenie, a nawet bardzo miłe. Mimo wszystko nie spodziewałam się po niej takiego zacięcia, bałam się, że jednak swoimi jakimiś manierami, przebije rolę, a tu wszystko trafione w punkt. Ujęła mnie, może też tym, że postać odtwarzana, często rozmawia sama z sobą, a ja też tak mam. Jest to niby dramatyczne, ale nieco komiczne, pomimo wszystko, bohaterka ma dystans do siebie. Będę się baczniej przyglądać.

I tak, film miał kolorowe wstawki, ale na prawdę, nie ma to znaczenia, choć to kino, i obraz przecież, dla mnie, kolor i jego brak zupełnie się rozmyły w historii. Choć nie jest to film, który rzucił mnie na kolana i rozłożył na łopatki, to warto jak najbardziej poświęcić na niego czas.

Zastanawiam się tylko nad jednym, skąd u reżysera taki pociąg do monotematycznego odniesienia zakończenia uczuć… ale na tym cisza, idźcie i zobaczcie. Warto. Nawet po ciężkim dniu w fabryce, choć nie jest to najlżejsze kino na świecie, ale najcięższym też nie jest.

– 73 –

Czas mija nieubłaganie, ale staram się o tym nie myśleć, gdyż jest to deprymujące i dołujące. Uznaję więc, że szkoda czasu na takie dyrdymały i idę dalej do przodu.

Idąc dalej do przodu jestem zła na aurę, bo lipy kwitną w najlepsze, a leje jak by się w ściekło, więc nici z miodu lipowego, nici z domowej suszonej lipy i nici z próby przygotowania lipowego syropu, a wszystko to po tym, jak przez pół jesieni i minionej wiosny chodziłam i oglądałam drzewa w okolicy, aby jakąś lipę w przyjaznym, nieprzyulicznym miejscu zlokalizować. Zlokalizowałam i co zz tego? Mogę sobie na nią popatrzeć co najwyżej, bo kwiatków z niej raczej nazbierać już nie dam rady. Porażka lipowa anno-domini 2018.

Tymczasem dokonałam innego abordażu na swoje przekonania i poglądy, oraz wyłomy w całkiem niemałym zakresie postanowień, a do tego jedynym usprawiedliwieniem jest brak cierpliwości i to, że jak chcesz coś zrobić dobrze – zrób to sam (Tak Dora, to ten dzisiejszy abordaż poranny). Tutaj jednak, w tym stwierdzeniu jest pewien haczyk, niuans taki, gdyż nie chodzi o to, że brak jest osób, które mogły by to, czy tamto zrobić dobrze, czy nawet bardzo dobrze, czy lepiej ode mnie. Są takie osoby, jak najbardziej, tyle, że w moim przypadku, kwestią jest czas, a raczej brak cierpliwości. Po prostu, co raz mocniej tkwi we mnie przekonanie, że co możesz zrobić dziś, zrób wczoraj, bo będziesz miał dwa dni wolnego (czyli i dziś i jutro). Jest to upierdliwe dla otoczenia, i zdaje się wyrastam na zapatrzoną w czubek własnego nosa egocentryczkę, acz nawet jeśli, nieszczególnie mnie to interesuje. Tym co mnie interesuje, nawet zaczyna niepokoić, to jest fobia moja co do uciekającego czasu… fobia, tego wszystkiego czego nie zdążę, a co chciałabym. Problem z moimi fobiami jest tak, że są do opanowania, ale wymaga to sporych nakładów energii, bo wymaga wymyślania coraz to nowych sposobów oszukania swojej fobii przekonania jej, że brak jej jakiegokolwiek znaczenia. Teoretycznie powinna rozwijać się u mnie w takim przypadku pomysłowość i kilka innych cech, jednak, ograniczam się do wypełniania czasu, do granic możliwości. Mniejsza z większym.

Pada deszcz, więc i głupota po głowie chodzi. Słońce zaświeci, to przejdzie i głupota. tymczasem jednak czas zająć się robotą, a później chemią w domeczku.

– 72 –

Ciężkie jest życie człowieka w tym upale, kiedy siedzi z papierzydłami pod nosem i miesza w garnku przetwory. Znaczy się pozbyłam się jednej rzeczy, w sensie wysłałam do sprawdzenia, i siedzę nad kolejną między czasie pakując na zmianę i truskawki i czereśnie do słoików. Pakuję bo mogę, cukier był po dobrych pieniądzach w sklepie na górce, więc sobie kupiłam i szaleję.

Z niejaką troską popatruję przez okno na wiśnie, nie żeby ich szał jakiś był, ale jak się szpaki nie dobiorą, to może na kilka kompotów wystarczy i na jakiś słoik nalewki. No i orzechów też by można zielonych kilka wepchnąć do alkoholu i zabezpieczyć się na dolegliwości brzuszo- trawienne.

Sezon przetworowy rozkręca się na dobre. Jak nic kobiałki szaleją i przetwarzają. No bo jeśli znowu się okaże, że na więcej niż jedną zimę będzie tego dobrodziejstwa musiało starczyć, to jak to tak, żeby nie zrobić, skoro jest z czego?

Ogólnie to marzą mi się już małosolne. W prawdzie w sklepie już gotowe są i nawet się skusiłam, ale wiadomo, co sklepowe to nie to, co te swoje. No i taki smalczyk, jak domowy wiem gdzie można kupić. Znaczy na razie jak domowy, bo to mała, bardzo lokalna produkcja jest, więc jeszcze smak smalczykowy, a nie utrwalaczy i konserwantów, choć preferowałabym jednak nieco większe skwareczki, ale, i tym co jest nie gardzę. Nie, żeby zaraz się zajadać i objadać, ale taka pajda domowego chleba, ze smalczykiem i domowym małosolnym… oj marzy mi się. Jeszcze dwa – trzy tygodnie i będzie marzenie do spełnienia. Cała przyroda w tym roku gna do przodu tak niesamowicie, że dłuższego czekania nie przewiduję.

Swoją drogą jest jeszcze jedna rzecz za którą popatruję niespokojnie w okno. Deszczu trochę by się przydało, bo skoro na Włościach trawa żółknie to znaczy, że z wodą nie jest najlepiej… a skoro najlepiej z wodą nie jest, to roślinkom nie jest najlepiej też, a reneta ma tyle jabłek nawiązanych, że zapowiada się naprawdę ujmujący sezon szarlotkowy jesienią. Jednak, aby ich nie zrzuciła potrzeba jej wody. Więc niech sobie będzie ciepło, bo to ten czas, ale może by tak sobie od czasu, do czasu jednak od serca popadało? Nie będę miała nic przeciwko, a nawet będę zadowolona.

Tymczasem znikam do słoików i notatek, bo zapamiętywanie nazw łacińskich jawi mi się jako kara, tylko nie wiem co takiego przeskrobałam, że tak sromotną karę dostałam.

– 71 –

Cały czas coś się przestawia, coś się przemieszcza w czasie i przestrzeni. Bynajmniej nie wpływa to na moje pozytywne nastawienie do rzeczywistości, gdyż jednak chciałabym miec to i owo już za sobą i mieć po prostu chwilę czasu dla siebie. Nie marudzę, wiedziały gały co brały, jednak gały były przywyknięte do zdecydowanie większej stabilności. Labilność terminów nieco mnie deprymuje. Tym bardziej, że jednak chyba jestem już całkiem mocno zmęczona minionymi miesiącami i czekam na wakacje z utęsknieniem. Jeszcze jakieś 2,5 tygodnia na nie przyjdzie mi poczekać, a później… zdaje się, że nei będę wiedziała co mam z nadmiarem czasu zrobić. Najpewniej posprzątam gruntownie, włącznie z myciem okien i na Włościach i w Wersalu, praniem firan i innymi cudami i wiankami, gdyż może się skończyć malowaniem Włościowej kuchni, gdyż zamieżam, juz w sumie od kilku miesięcy, dokooptować jej szafkę na stan. Szafka nie będzie nowa, ale w nowym wydaniu… w końcu puszka farby kosztuje 20 kilka  pln-ów … ale nówka odmalowana szafka, pozostałe odszorowane… jak nic – ściany się będą prosić o malunek. Nie jest ich wiele, więc jest bardzo duża możliwość, że się doproszą, nie jestem tylko pewna na jaki kolor obecnie.

Tym czasem jednak mózg mi paruje, czaszka dymi i z przemęczenia mniej pamiętam niż kilka tygodni temu. Nadal też, można mnie dźgać szpilkami i po rusku gadać nie będę, co nie przeszkadza mi czytać płynnie (po cichcu), i całkiem sporo rozumieć. Spokojnie mogę oglądać ichniejsze filmy, o ile nie przekrzykują się w dziesięciu, to to czego nie rozumiem, wychodzi z kontekstu.

Z tym gadaniem to mam tak od ogólniaka, i od tej śmądy co się przypierniczała na angielskim do akcentu. Normalnie się jej zdawało, że nie wiadomo co, bo można było wymyślić własny słowotwór byleby był z odpowiednim akcentem! Co ciekawsze, nie wiem skąd ona ten właściwy akcent znała, skoro sama nigdy w Anglii nie była… no cóż, dawno to było, angielski dopiero zaczynał swoją karierę wypierając sukcesywnie rosyjski. Mnie zaś po uwagach i dywagacjach owej kobitki, notabene z bardzo siermiężną wadą wymowy, została głęboka niechęć do mówienia w obcym języku. Mogę czytać, mogę słuchać, ale nie gadać. W rosyjskim mogę pisać… choć, od zawsze, znaki miękkie są abstrakcją, więc albo ich nie ma zupełnie, albo je wstawiam w hurcie.

Tymczasem udam się po kolejną kawę, gdyż przesypianie połowy nocy, tylko dlatego, że uzupełnia się opisy i rysunki, to jednak nie jest dla mnie. minimalny czas snu dla mojego człowieka nie powinien spadać poniżej 7 godzin, a ostatnio rzadko do nich do bija, przez co zaczynam odczuwać skutki takiego trybu funkcjonowania.

Jeszcze 2,5 tygodnia i będą wakacje. Tego się będę trzymać. Byle do brzegu i można będzie się polenić, odpocząć i robić coś innego lub robić po prostu nic.

– 69 –

No proszę, siódmej rano jeszcze nie ma, święto, wszyscy śpią, a moje spanie poszło gdzieś i zapomniało wrócić na czas. Tak więc siedzę sobie przy laptośku, popijam kawę i zaczynam łapać drzemkowy nastrój od tej ciszy panującej w całym domu. Tym bardziej drzemkowy, że położyłam się jednak dosyć późno. Gdyż nie wiem jak u was, ale u mnie lato zaczyna się wkradać niepostrzeżenie i nie chodzi wyłącznie o temperaturę, ale i o inne jego atrybuty.

Wczoraj oficjalnie rozpoczął się sezon na przetwory. Nastawione mam kilka litrów syropu z kwiatów bzu czarnego oraz niewielki słoik nalewki truskawkowej. Do kąpletu suszę sobie swoje własne kwiatki czarnego bzu na herbatkę, bo te sklepowe to takie sobie są. Domowe lepiej smakują. Mają nieporównywalnie więcej aromatu. Mają też mankament w trakcie suszenia, otóż śmierdzą prawie tak, jak kocie siuśki. Tak twierdzi większość osób. Jak dla mnie, to może i nawiązuje ten zapach do jakiś zapachów amoniakalnych, ale żeby zaraz do kocich siuśków? Bez przesady. Zdecydowanie nie jest tak źle. Po za tym, ten zapach jednak dosyć szybko mija. Właściwie to chyba muszę jeszcze tego kwiatu dosuszyć, choć to już końcówka, bo orzekwita, ale odrobina by mi się jeszcze przydała do konfitury truskawkowej.

Idąc dalej tropem przetworów, to jestem niepocieszona okropnie, bo rabarbar w tym roku ma jakieś monstrualne ceny. Komuś się coś jakoś chyba w zakresie cen rabarbaru nieco pozajączkowało. Cały czas trzyma cenę w okolicach 7 złotych. Pogięło ich. Dlatego w tym roku zdaje się marmolady rabarbarowej nie będzie. Szkoda, bo lubię tę kwaskowatą breję z naleśnikami jadać.

No więc tak to się toczy wszystko do przodu mniej lub bardziej. Byle przetrwać dwa najbliższe tygodnie, to bo będzie można zacząć łapać oddech powoli, a za trzy i dzień nadejdzie czas na pełen oddech. Przyjdzie nie tylko lato, ale też wakacje.