– 174 –

Trochę mam urlop. Troszkę byłam w rozjazdach, a teraz jestem jakby uziemiona. Gdyż mój rydwan trafił w miniony weekend (z soboty na niedzielę nad ranem) do warsztatu i… tak w nim stoi, i stał będzie jeszcze jakiś czas. Owszem ma diagnozę i owszem nie jest to nic strasznego, ale… nic strasznego okazuje się jednak czymś trudnym do przebycia, a raczej do zdobycia. Czyli u mnie jakaś norma i już, bo jak inaczej określić usterkę dupereli, która ogólnie się nie psuje, więc nie ma jej na hurtowniach okolicznych? Zazwyczaj, nim ten drobiazg padnie, pada kilka innych drobiazgów o większym kalibrze, a to? To zazwyczaj nie pada. No cóż, u mnie zazwyczaj pada to, co zazwyczaj nie pada. Tak więc jestem niejako uziemiona, a raczej skazana na łaskę lub jej brak po stronie rodzonego jednorodnego lub reszty rodziny, ewentualnie mogę skorzystać z komunikacji publicznej, do której pałam jednak awersją, bynajmniej nie tylko przez wzgląd na zamaskowanie w niej obowiązujące, ale też przez wzgląd na inne takie tam, jak choćby jej punktualność, czy w ogóle zgodność kursów z rozkładem jazdy… Tak więc siedzę na tyłku, doglądam majstrów zmieniających dach, i zastanawiam się kiedy mój autek do mnie wróci… Nie powiem, ale chciałabym aby już wrócił do mnie. Czas po temu najwyższy.

– 173 –

Historia chyba zatoczyła koło. Z jednej strony czuję ulgę, z drugiej jest mi smutno. Z trzeciej, jest mi nieco wstyd za siebie. Nie za tę teraz. Jest mi wstyd za tę siebie sprzed kilku lat. Choć za tę dzisiaj też po części. Bo ta ja z dzisiaj, wierzyła w złudzenia, próbowała zaklinać rzeczywistość, godząc się na rzeczy, na które sama nie wie dlaczego się godziła. Chociaż może i wie, dlatego się wstydzi. Cóż mogę na dzisiaj? Co najwyżej mogę powiedzieć „Przepraszam”… tylko tyle, albo może aż tyle. Tyle, że to akurat nic nie zmieni. Niczego już nie zmieni…

… i tak sobie tylko myślę, że najtrudniej jest rozstać się nie tyle z drugim człowiekiem, co z własnymi wyobrażeniami na jego temat, z uczuciami jakie w nas wywołuje, z adrenaliną, czy serotoniną jaką pomaga wyprodukować naszemu organizmowi. Do tego dochodzi jeszcze strach przed samotnością… nie każdy umie z nim żyć… są ludzie którzy zrobią i powiedzą wszystko byleby tylko ktoś drugi był koło nich, byleby nie być samotnym, byleby nie budzić się w pustym łóżku, byleby… sama nie wiem, czym ona jest obecnie dla mnie. Znamy się od zawsze, więc powinnam już to wiedzieć. Ale każda znajomość przechodzi różne etapy… ta z samotnością też. Dziś mam wrażenie, że po prostu ona siedzi sobie na fotelu, z boku, ma oparte łokcie o kolana, jest pochylona do przodu i patrzy na mnie, i śmieje się… i pyta… „Wydawało ci się, że potrafisz ode mnie odejść? Po tylu latach? Kiedy w tym całym świecie tylko ja jestem pewnikiem, gwarantem… równie pewna i gwarantowana, jak śmierć…” może też jeszcze, w tym swoim śmiechu, nie pozbawionym goryczy, mówi coś w rodzaju: „Jak długo będziesz mieć złudzenia i nadzieję, na „coś więcej”? Jak długo? Nie rozumiem tego. Obdarłaś kolana, łokcie, siebie, a nadal gdzieś tkwi ziarenko nadziei?”…

– 172 –

Jakoś nie mam serca do pisania tutaj, a może zwyczajnie, nie mam już potrzeby dzielić się ze światem, tak otwarcie, tym, co w duszy mi się plącze. Sama nie wiem. Po prostu nie czuję potrzeby pisania tutaj. Może dorosłam, a z dorastaniem potrzeba uzewnętrzniania się, jakiegoś takiego elektronicznego ekshibicjonizmu – po prostu wygasła. Skończyła się. Minęła.

Tym czasem donoszę, że jednak, z sieci pewnie nie zniknę. Pewnie bardziej oficjalnie, mniej „anonimowo”, ale pewnie będę. Powoli dojrzewa schemat wykorzystania ostatnich 3 lat, albo przynajmniej podzielenia się częścią zdobytej wiedzy. W prawdzie nadal jeszcze przede mną pół roku nauki i pisanie pracy dyplomowej, jednak – powoli czas może zabrać się za siebie, bez odkładania tego o kilka kolejnych miesięcy… aby coś przynajmniej z tego „papierka” zostało, zanim trafi on do kartonu z pozostałymi.

Poza tym – tak cicho nadmienię, że to lato bez lata- całkiem mi odpowiada w kilku aspektach… pomijając deszcz, bo przez te deszcze nie mam żadnych zielsk zebranych… więc deszcz mógłby już odpuścić… ale upały – nie muszą przychodzić.

– 171 –

Jutro proszę o trzymanie kciuków. Moje jedyne pierworodne dorosło (mentalnie) do tego aby podejść do zdawania matury, z czego zrezygnował kończąc jakiś czas temu szkoły. Jako, że przerwa już kilkuletnia za nim, nauka samodzielna i własna przez ostatnie miesiące, to stres też większy niż pójście z marszu.Wiedzę ma, jaką ma, na to dziś już nic nie poradzimy, ale dobre myśli i kciuki, żeby stres chłopaczyna opanował, jak najbardziej wskazane, bo mi dziecko prawie po suficie chodzi z tych nerwów. Ja swoje poczuję dopiero we wtorek na wieczór, albo w środę. Tak mam, że dopiero kiedy napięcie mija, a raczej jego przyczyna, po bólu mięśni czuję, jak bardzo stres mnie dopadł, a nie oszukujmy się jednorodny jest jeden, a do tego z fantazją, a to akurat wpływa na wpisanie się lub nie w klucz. Hm. Zdecydowanie pisanie pod klucz, z liczeniem znaków – jest dla Młodego nie lada wyzwaniem. Nie mniejszym wyzwaniem będzie dla kogoś odczytanie tego co Młody nadrudra jutro (napisze w swojej pracy), bo zaiste pismo ma on doktorskie. Na medycynę się nie wybiera, ale kto wie, czy kiedyś doktorem nauk jakiś bliżej nieokreślonych na tę chwilę, jednak nie zostanie.

– 169 –

Jak to jest, że kiedy człowiek sobie zaczyna coś w głowie prostować, układać i powoli osiąga pewien stopień komfortu, pomimo różnych zawiłości losu, nagle, jakiś drobiazg wybija go z rytmu i na jedną krótką chwilę odwraca wszystko do góry nogami.

Wczoraj poszłam na spacer, potrzebowałam kilku roślinek więc sobie poszłam, długie lata nie szłam tamtędy. No i kiedy tak sobie szłam i kiedy usiłowałam sobie przypomnieć jak dawno to było, to oczywiście też przypominałam sobie dlaczego tam wówczas szłam i olśniło mnie, że mój ówczesny nastrój przełożył się na na prawdę fajne fotki. tym  fajniejsze, że trafiłam tam w „złotej godzinie”. Dodatkowo też patrzyłam wówczas na świat z zupełnie innej perspektywy. Takie tam sentymenty. Nie groźne, bez żalu, bez niczego – ot wspominki. Nic ponad to.

Dziś niedziela, z porankiem spokojnym po nocy, która nie należała do najdłuższych. Powiedzmy, że spokojnym porankiem, albo, że równie spokojnym jak miniona noc… Pobudka bez pośpiechu, acz wymagająca. Kawa. Hm i lekkie ścięcie. Czasem warto się zastanowić nim w niedzielny poranek włączysz media społecznościowe. Czasem może się okazać, że pokażą ci rzeczy, których nie chcesz oglądać, i które o dziwo nie powinny się wyświetlić. Czasem przeszłość walnie cię w głowę obrazami, których się nie spodziewasz. Czasem ta cała przeszłość weźmie ciebie z zaskoczenia, jakby sobie z ciebie drwiła, żartowała, a może po prostu jakby chciała ci przypomnieć, że już się wydarzyła, że była, że bez względu na to co i jak robisz dzisiaj, jej już nie zmienisz, nie cofniesz, nie wymażesz z pamięci. Nigdy jej nie wymażesz z pamięci. Zawsze część tej przeszłości będzie z tobą. Tak, jak pewnie za kilka lat dzień dzisiejszy będzie przeszłością, która wówczas będzie ze mną. Tym czasem, mam też wrażenie, że może też ta przeszłość po prostu pyta mnie po swojemu, czy jestem tu gdzie chcę być, czy o to mi w życiu chodzi.

Nie, dziś nie jest idealnie. Idealnie już było. Kiedyś. Przez chwilę. Dziś jest normalnie. W jakiś pokręcony sposób, ale normalnie. Bez fajerwerków i trzęsienia ziemi. Widać u mnie albo coś pokręcone musi być, albo jakiś pieprzony rollercoaster… rollercoasterów mam już dość, wole pokręcony spokój, nawet jeśli wszystko jest w nim inne, a może właśnie przede wszystkim dlatego, że wszystko jest w tym pokręconym spokoju inne. Może właśnie o to mi chodzi. Niech tak zostanie.

– 168 –

Dzień, jak co dzień. Nic nadzwyczajnego. Ot tylko kilka dni temu ktoś dokładnie studiował to miejsce zdaje się, windując ilość wejść na stronę (z jednego adresu również zdaje się i to) na wyżyny niebagatelne… czyli w okolice setki. Hm. Taka ilość wejść to nawet przy nowym wpisie. Ba – to nawet nie przy wpisie z mocnymi tagami.

Mniejsza z większym o odwiedziny. Początek maja mamy. Podatki rozliczone już u wszystkich? Warto dobrze przyjrzeć się zmianie terminu, która zmianą terminu jest żadną. Termin się nie zmienia. Nadal dniem właściwym był 30 kwietnia… kwestią jest to, że dla tych, którzy nie zdążą to jeśli się wyrobią do końca maja nie zostaną w stosunku do nich wyciągnięte konsekwencje, ale i to trzeba dobrze się rozpatrzeć, bo nie każdego dotyczy. Jakość kompetencji niektórych biur rachunkowych znajdujących się „na zadupiu” przemilczę. Dość powiedzieć, że zupełnie dobrym jest obowiązkowe ubezpieczenie tych przybytków od odpowiedzialności cywilnej, acz śmiem twierdzić, że wysokość składek może być niewspółmiernie niska do jakości kompetencji (czy też ich braku) części z tych przybytków. Abstrakcją są również zasady unikania podwójnego opodatkowania – w przypadku dochodów uzyskiwanych z więcej niż jednego kraju… czysta abstrakcja, niewielka chęć douczenia, a do tego udawanie, że nie wie się o co chodzi i wciskanie głupot człowiekowi – poezja naciągactwa. Szkoda tylko, że wielki baner głosi „rozliczamy podatki od dochodów z zagranicy” i oczywiście powymieniane różne kraje… tia… baner powinien brzmieć: „wykazujemy dochody z zagranicy w rozliczeniu rocznym podatku dochodowego”. Warto by było jeszcze zapoznać się w jakim przedziale czasu przebiega rok podatkowy w poszczególnych krajach… gdyż nie zawsze rok podatkowy jest tożsamy z rokiem kalendarzowym, jak ma to miejsce w przypadku naszego podatku dochodowego rozliczanego do dnia 30 kwietnia (pomijając choćby np. podatek od dochodów uzyskiwanych z najmu i dzierżawy – który ma inny termin).

Kwestią w tym pewnie jest to, że trzeba by przyznać się do niewiedzy i mieć choćby podstawową chęć do zdobycia nowej wiedzy… zamiast przez tydzień zbywać człowieka byle czym… nie wspomnę o podstawowej znajomości języków obcych (a przynajmniej kilku fraz, występujących na podstawowych dokumentach, których można się nauczyć na pamięć, albo zrobić sobie ściągę), aby wiedzieć co jest czym, czy choćby określić z jakim rodzajem dochodu ma się do czynienia.

Mniejsza z większym. Mamy maj. Majówkę. Jak od lat mokrą. Przynajmniej u mnie. Jednak pierwszy raz od wielu lat, porankiem nie obudził mnie powietrzne smoki. Tak więc dopiero dzisiaj ta cała koronaściema dotarła do mnie z całą świadomością wywracania naszego dotychczasowego życia do góry nogami i takich tam innych. Brakuje mi szumu palników gazowych w balonach przelatujących nad dachem. Brakuje mi wstawania bladym świtem lub wychodzenia z kubkiem kawy i jeszcze w szlafroku przed dom i zadzierania głowy do góry. Tak bardzo do tego przywykłam, że jakoś umknęło mi, że to może się zmienić, że może przestać być… a przecież wszystko ma to do siebie, że kiedyś zwyczajnie przestaje być i już… wszystko ulega zmianą… wszystko ma swój koniec…

– 167 –

Ile razy można się mylić? Nieskończenie wiele. Nieskończenie wiele i tak długo, jak trwa życie.

Co raz mniej rzeczy w życiu zakładam. Co raz mniej zakładam, że coś będzie takie, czy inne. Co raz mniej rzeczy się spodziewam. Dawno przestałam planować. Bo i po co, kiedy życie zawsze skieruje mnie na taką drogę, której się w danej chwili nie spodziewałam, czyli której przewidzieć nie mogłam, a tym bardziej zaplanować. Więc nie planuję. Jak można cokolwiek zaplanować, jeśli ten, czy inny aspekt twojego życia potrafi zmienić się o 180 stopni w raptem kilka godzin? Bez mojego udziału, bez mojej zgody. Ot tak, tak po prostu, potrafi się zmienić i już. Niemal, jak pstryknięcie palcami.

Mija kilka dni, a ty zyskujesz świadomość zmiany. Zmiany, która nastąpiła kilka dni wcześniej. Los tylko jakoś nie wpadł na pomysł, aby informować ciebie o zmianach na bieżąco. Trudne czasy, i za dużo ludzi do obsłużenia, więc sorry, ale „taki mamy klimat”.

Really? Seriously? Ale, że jak? Serio, serio? Na prawdę? Siedzę więc na krawężniku życia, z opuszczoną, podpartą dłońmi głową i patrzę w pustkę i nicość. Again? Seriously? Doprawdy sama już nie wiem komu zadaje te pytania, czy samej sobie, czy kieruje je do wszechświata, a może do Boga? Sama nie wiem gdzie i do kogo. To wszystko to jakaś kpina, jakiś żart mało śmieszny dla mnie.

Po to do cholery usiłowałeś się ze mną w poniedziałek pokłócić? Na prawdę po to? Wystarczyło powiedzieć… mówienie na prawdę nie boli. To próbowanie przerzucenia kłótni na moją stronę, to swoją drogą bardzo dojrzałe i bardzo dorosłe zachowanie jest (to był sarkazm, żeby niedomówień nie było)…

– 166 –

Jakiś czas kiepski przed tym nowiem, który za dwa dni będzie jest. Znaczy się, wolę to na ten nadchodzący nów zwalić, niż na całą tą sytuację, jaką mamy w naszej krainie obfitości. Ludziom puszczają nerwy. Nie dziwię się. Jeśli nie masz na rachunki, a za chwile może okazać się, że i z jedzeniem zacznie być krucho, to trudno skakać z radości. Osobiście więc ćwiczę „zeen”, choć Młody mi się rozsypuje i w sumie nie tylko on. Jakoś tak, w otoczeniu, faceci się rozbiją o bezsilność i niemoc. To chyba ta potrzeba kontroli życia i wszystkiego w otoczeniu tak im dodatkowo potęguje wszystkie odczucia i sieje spustoszenie. Czasem bycie kobietą jest zdecydowanie lepszym pomysłem na życie w trudnych warunkach, gdzie sprawdza się cierpliwość, opanowanie i planowanie.

Jako tako, ja to mam i tak szczęście w nieszczęściu będąc sobą. Teraz umiem być spokojna i racjonalna, opanowana ale… jak znam siebie, to mnie rozłoży na łopatki kiedy będzie niejako „po wszystkim”. Braknie adrenaliny i będzie krach. Tak mam. To dobre jest, bo pozwala przetrwać gorszy czas, ale jest też złe, bo zamiast cieszyć się dobrym czasem gdy nastanie, ja się trzęsę, dygocę i się rozsypuję. Taka tam pamiątka po dzieciństwie, w dysfunkcyjnej rodzinie, kiedy trzeba było ogarnąć zdecydowanie więcej niż dziecko powinno, ale ogarniało, a później musiało odreagować. W najlepszym układzie odespać. Kiedy dorosłam, to odsypianie niestety nie wystarcza, choć też dobrze robi.

Nie mniej jednak, każdy obecną sytuację znosi po swojemu. Trzymam za wszystkich kciuki, bo w tych czasach paranoi tylko spokój i opanowanie nas może uratować. Niestety czasem się zamykamy w swoim własnym „świecie” – szkoda. Może ten czas, trudny czas, powinno się dzielić. Może powinno się wyjść poza swoją dumę, upór i złamać ten kij, który nie jeden z nas ma w dupie, i poprosić o pomoc, gdy już sami w zakrętach nie wyrabiamy. Problem w tym, że na siłę nie da się nikomu pomóc, ale kiedy ktoś zgłosi potrzebę pomocy, często okazuje się, że można pomóc. Nikt nie ma zaczarowanego ołówka, czy magicznej różdżki, ale może mieć pomysł jak pomóc, może doraźnie pomóc, a może po prostu wysłuchać. Przytulanie w obecnych czasach nie jest w cenie, ale może czasem jednak i to ryzyko warto podjąć?

Ogólnie – nie dajmy się zwariować i bądźmy dla siebie wzajemnie ludźmi. Dbajmy o siebie na wzajem w tym trudnym czasie, i kiedy się skończy też o siebie dbajmy. Po prostu – bądźmy ludzcy dla ludzi i dla siebie.

– 165 –

Czasem człowiek nie chce przyznać, że coś się zmienia. To bez znaczenia, w którą stronę się zmienia i co – chodzi o sam fakt zmiany. Po prostu, dobrze mu w tym co jest i jakie jest, że zmiana wydaje mu się zbędna, ale ona przychodzi.

Zmiana ma to do siebie, że zawsze przychodzi. Nie zawsze wiadomo po co i w jakim celu, a ludzie takie rzeczy lubią wiedzieć, ale pewne jest to, że przyjdzie. Taka natura rzeczy, że wszystko podlega zmianie. Po prostu wszystko. I już. Problem zaś jest nie w samej zmianie, a w tym, jak my do niej podchodzimy. Zmiana jest jedyną niezmienną częścią życia.Tyle w temacie zmiany.

Chodzi mi o to, że po prostu czasem coś jest niespójne, albo przynajmniej takie nam się wydaje. Czasem ta niespójność jest w nas, czasem w otoczeniu, a czasem i tu, i tu. Zazwyczaj jest ona zapowiedzią zmiany. Zmiany, która albo wszystko rozwala w pył i chaos, aby na nowo budować albo też zmiany, która przechodzi w spójną nową jakość, gdzie wszystko zaczyna nagle wpadać na swoje miejsce, niczym puzzle, dając określony obraz. Obraz czasem może się podobać, a czasem nie.

Moim obrazem ostatnio są informacje. Choć tutaj już raczej można mówić o wiedzy, a właściwie o dowiadywaniu się tego, czy owego. Dowiadywanie się ma to do siebie, że nie zawsze człowiek dowiaduje się spraw, które mu odpowiadają. No więc, ja się ostatnio dowiaduję tych mniej podobających się spraw. Jestem więc chwilami rozdrażniona. Nic na to nie poradzę. Czasu nie cofnę, mogę tylko zadbać o to, aby pińcet razy uświadomić ludziom, że cenię sobie samodecydowanie, samostanowienie i prywatność. Mogłabym napisać, że czasem miewam tendencje w kierunku: „Nic o mnie beze mnie”. Ludzi jednak nie zmienię, więc jedyną rzeczą, jaka mi pozostaje to nauka cierpliwości, pogodzenia się z niefrasobliwością osób z mojego otoczenia oraz pogodzenia się z tym, że ludzie są ludźmi i zawsze trafi się ktoś, kto będzie gadał, ktoś kto będzie przekręcał fakty, lub powtarzał ich własną wersję będącą przeróbką tego co usłyszał od innych, z drugiej ręki. Swoją drogą, czasem, w takich chwilach, człowiek dowiaduje się o sobie różnych całkiem ciekawych rzeczy. Co więcej, moją ulubioną wersją dowiadywanie się różnych rzeczy o sobie jest ta, w której wszystkiego dowiaduje się od osoby postronnej, która sobie nieuświadamiań, że mówi właśnie o mnie… ot, powtarza po kimś i to z podwójnym tullupem, czy inną akrobatyczną figura z podwójnym obrotem…