– 92 –

Macie czasem tak, że jedno słowo potrafi totalnie was rozbroić i wybić w jakąś alternatywną rzeczywistość? Rozedrgać. Zdekoncentrować.

Ja tak mam. Jest kilka słów „wytrychów”, które wprowadzają mnie w różne stany. Pada takie słowo i bum. Leżę na ziemi rozłożona na życiowych łopatkach z oddechem całkiem wypchniętym z piersi, i kiedy już złapię ten cholerny oddech, nagle okazuje się, że nie wiem, czy się śmiać, płakać, skakać, a może zacząć krzyczeć.

Bywa jeszcze tak, że do takiego słowa, chyba aby je jeszcze bardziej podkreślić, a mnie jeszcze bardziej wybić z rzeczywistości, pojawia się muzyczny komentarz. Włączysz radio lub odpalisz play listę, a tam muzyczny rykoszet. Tak na dibitkę. Kopnąć zdezorientowanego i leżącego mojego człowieka.

Boży plan jest nie zbadany i podobno niepojęty. Doprawdy? Nie znam się na boskich planach, na Bogu też się nie znam, ale czasem mam wrażenie, że przeżywam jakąś własną wersję „Dnia świstaka”.

Wszystko to nic. Mam kilka chwil wolnych żeby siebie poskładać z tego wewnętrznego chaosu, w końcu czeka mnie jeszcze kilka godzin w autobusie, więc na tę chwilę i tak nie mam nic innego do roboty.

…  a było już tak fajnie, tak spokojnie, tak cicho… i na niebie w poniedziałek były takie cudne obłoki.

Literówki poprawię jak będzie kiedy i na czym, bo tu trochę huśta.

Reklamy

– 91 –

Mnóstwo rzeczy chodzi mi po głowie. Znaczy się dziki chaos. Plątają się i plątają i każda krzyczy, „Ja!”, „Teraz ja”, „Ja pierwsza”. Doprawdy doba ma tylko 24 godziny i nie chce się bardziej rozciągnąć, a ja potrzebuje tyle różności zrobić.

Tymczasem odkryłam, na zasadzie eureki, że właściwie wielu rzeczy i spraw związanych ze stagnacją w moim życiu, jest moja Matka. Zdaje się, że dla patrzących z boku była to od dawna oczywista oczywistość, jednak ja zrozumiałam to praktycznie rzecz biorąc dopiero dzisiaj.

Ona uwielbia zacieśniać przestrzeń, chomikuje, gromadzi i zbiera, ja potrzebuję przestrzeni. Ściśnięta jestem przytłoczona i jest mi duszno, tak życiowo duszno. Niestety wiele elementów przejęłam po niej, więc też gromadzę. Jest mi źle, ale i tak gromadzę. Teraz jednak mam ochotę wyrzucać. Problem w tym, że nie da się w ten sposób sprzątać kiedy ona jest w pobliżu. Po prostu zaraz jest „a to się jeszcze przyda”, „to jeszcze jest w dobrym stanie”, „to za drogo za śmieci będzie”. Zajęło mi tyle lat, żeby zrozumieć, że jej działanie przyprawia mnie o poczucie klaustrofobii.

Tymczasem mamy stare, sklejkowe, porozkręcane i zawadzające szafy mające po 20 lat stażu w formie rozkręconej, a ile lat służyły zanim zostały rozkręcone, to akurat trudno określić, gdyż część z nich jest zdobyczna na zasadzie, że komuś nie były potrzebne, a jej się jeszcze przydadzą. Właśnie by się na mnie sromotnie obraziła, gdyby czytała te słowa. Usłyszałabym zaraz pouczenie, że powinnam pamiętać, jak było, że nic nie było, i ze na nic nowego jej stać nie było. Doprawdy? Wiem, mamo, że tak myślisz, i że tak to postrzegasz, ale 5 rozkręconych szaf i ze 2 meblościanki upchnięte po kątach, które nikomu do niczego nie służą, raczej świadczą o zbieractwie niż o potrzebie wyższej.

Jest mistrzynią zagracania przestrzeni, zagracania starociami, bez miejsca na coś nowego. Tak samo jest perfekcjonistką w podcinaniu skrzydeł. Nawet jeśli nie mówi w prost, to każdy plan kwituje w deseń „to się nie uda”, „będą długi”, „nie dasz rady”. Po 40 latach życia z „Panem Hrabiom” jest to normalne i zupełnie logiczne podejście wynikające z wieloletnich doświadczeń, ale tylko 1 z naszej czwórki jest nacechowanie niefrasobliwością odziedziczoną po tatusiu, i nie jestem to ja.

Wbrew wszystkiemu, jedyne wsparcie, które raz jeden udało się Panu Hrabiemu, wypłynęło samo z siebie, ale to On choć przez chwilę wierzył, że może się udać moje marzenie, a przynajmniej, że powinnam rozwijać swoją pasję. Przytargał, nie wiem skąd, elektryczną maszynę do pisania. Wielką, ogromną, ciężką i zajmującą prawie całe biurko. Tyle, że następną rzeczą, było skwitowanie Matki Rodzicielki, że nie będzie czytać tego co napiszę, żeby poprawiać moje okropne błędy ortograficzne, bo nie ma czasu… a wystarczyło kupić i przyzwoity słownik ortograficzny…

Więc teraz, kiedy mam tyle różnych myśli, tyle różnych pomysłów, cały czas, zamiast wierzyć, że wszystko może się udać, że mogę je zrealizować, ja cały czas słyszę cerbera w swojej głowie, który ostro karci te wszystkie rozkrzyczane, kolorowe i roztańczone „Ja!”, „Teraz ja”, „Ja pierwsza” widząc je jako coś złego, niedobrego i niemożliwego.

… a ja, nawet jeśli to wszystko wiem, widzę i zaczynam rozumieć, to i tak nadal jeszcze nie potrafię przekuć swojej wiedzy w samoobronę, we wiarę w siebie i w swoją siłę i w swoje możliwości. Nadal nie potrafię się od tego oderwać i uwierzyć, że mogę, że potrafię, że dam radę… bo mam na tyle siły, wiedzy i doświadczenia, że to wszystko jest w zasięgu…

– 90 –

Na prawdę już wrzesień? Kiedy mi to lato uciekło? Kolejne, na które było wiele planów, a które czas zweryfikował. Czas i pogoda. Ten deszcz przez pół czerwca i prawie cały lipiec był co najmniej mocno deprymujący.

Zaraz przyjdą chłody i jesienne deszcze, i słoty, i znowu nie było kiedy poleżeć na trawie, popatrzeć w niebo, nabrać zupełnie odmiennej perspektywy, założyć różowych okularów na kilka chwil wytchnienia. Może w przyszłym roku jakoś łatwiej się to uda zrealizować, a może założenia będą inne.

Z perspektywy szkolnej, to bardzo się cieszę, że czas szkolnych wyprawek mam już za sobą. Żadnego biegania za podręcznikami, żadnego gimnastykowania się z tym, że już są zajęcia, a ciągle ni m tego, czy siamtego, albo jeszcze owego. Teraz z perspektywy czasu widzę dopiero, jak to wszystko było cholernie upierdliwe. Normalnie, jak wszystko w tym kraju, rozpizdrzone do granic możliwości. Nic nie może być proste i łatwe, za wszystkim trzeba się nabiegać, nalatać, odenerwować też się trzeba niewspółmiernie do złożoności zadania.

Kończy się lato, kończy się względny spokój, zbliża się jesienna bieganina i harmider w robocie. No i tak znowu do maja… czerwca… i na ten tegoroczny początek roku szkolnego, nieskromnie, życzę sobie w przyszłym roku, choć kilku dni wakacji w pięknym słońcu, albo w innych pięknych okolicznościach przyrody z daleka od myślenia o wszystkim na już, na wczoraj, na tydzień temu, po prostu z daleka od pracy.

– 89 –

Potrzebuję nowej pary butów… zdecydowanie… już ze 3 miesiąc nie kupiłam żadnych, albo nawet i cztery, więc czas najwyższy. Zaniedbałam się okrutnie w tej materii. Nie wiem zupełnie jak mogłam się dopuścić takiego poważnego zaniedbania… a poważnie, to faktycznie, chyba muszę kupić jakieś nowe buty do łażenia po górkach. Nie, żebym żadnych nie miała, ale jednak niedomagają. Wylazła w nich wada ukryta i jeśli szewc mój ulubiony zwinął żagle i poszedł na emeryturę, to doprawdy nie wiem kto mógłby poradzić inny.  Zawsze mogę rozejrzeć się właśnie za nową parą, wszak wymówka jest znakomita, ale te na prawdę nie są ani zniszczone, ani zachodzone i jeszcze nie jedno wyjście mogłyby służyć, a tak, no nie da się, bo wracam z każdego wyjścia z dziura na małym palcu, od szycia, które się wzięło i przetarło i odstaje, a tyle planów na jesień było…

Jak widać pretekst jest pierwszorzędny do zakupów, tyle, że nie bardzo jest co kupić. Wszystkie są praktycznie w ten sam deseń szyte, a te które mają inne szycia są albo dziecięce, albo nie ma rozmiaru mojego.

Co więcej, po tym, jak ostatnio drożdżówka pierwszy raz od wielu lat okazała się o poranku nazbyt słodka, to dziś jestem głodna jak wilk… bo nie było drożdżówki. Niestety, mój człowiek nie dał się oszukać kromeczką z dżemikiem do kawy, bo jednak to za mało chemii w tym było i zdecydowanie za mało cukru, więc się dopomina. Wsadziłam mu do obróbki jabłko, może się zamknie na chwilę, a jakby co, to mam jeszcze drugą sztukę tego jabłka.

Jutro już wrzesień. Czas zacząć myśleć o powrocie do szkoły, choć na dobrą sprawę nie udało mi się o niej zapomnieć przez całe wakacje, gdyż praktyki i robienie zielnika okazały się bardzo absorbujące i czasochłonne. Na dodatek trzeba je jeszcze zaliczyć… co ma mieć miejsce w dniu jutrzejszym, więc do cholery, jakie wakacje… bo podobno studenci maja ich 3 miesiące? Nie wiem, którzy, bo ja to na pewno nie. Nawet miesiąc nie wskoczy całkiem wolnego, bo dodatkowo jeszcze praktyki wyjazdowe w drugiej połowie, a później się już zajęcia rozpoczną i standardowy brak czasu. Nie mniej jednak, rok za mną, zleciało bardzo szybko.

– 88 –

Zaległości obrazkowe mam. Poranki chłodne, mgliste i ciemne, a jeszcze nie tak dawno były przejrzyście i błyszcząco magiczne. Teraz piąta rano to jeszcze ciemność, choć wpadająca w szarość przedświtu, a początkiem sierpnia  była roziskrzonym ciepłym porankiem.

Tia, z rozpędu nałożyłam nakładkę makro na filtr gwiazdkę, ale efekt, choć nieco sztubacki, mnie się podoba, tym bardziej, że nie zamierzony i popełniony przypadkiem.

Pan Pajączek nieco był zapracowany, ale przez chwilę widać zastanawiał się co jeszcze ma po porannej toalecie ze sobą zrobić i udało się go „złapać”

Sierpniowa choinka (skrzyp polny – Equisetum arvense L.)

Ostre liście szczeci i bylica oraz słońce nad linią horyzontu…

– 87 –

Trochę się nazbierało zaległości. Tak jakoś wyszło, że cały czas pisze o tym, że czas odpocząć i inne w ten deseń słowa, a z tego mojego odpoczynku niewiele wychodzi. No dobrze, może nie tyle nic nie wychodzi, co jest on niejako intensywny, a przynajmniej taki bywa, i prowadzi ni mniej, ni więcej, jak do zmęczenia… Bardzo intensywny był poprzedni weekend. Oj całkiem bardzo. Takiej intensywności bardzo mi trzeba było. Trochę przyrody (Cergowa), trochę gadaniny, trochę nowych ludzi, trochę alkoholu i powroty w środku nocy oraz całkiem porankiem. Trochę tańca, trochę, śmiechu. Po prostu lato. Jedne drobny foch, jedna oczywista propozycja z pijackim zapytaniem „…aaaale dlaczego?”. Jak to „dlaczego?” Bo tak, a raczej bo nie. Tak po prostu. Najlepszym podsumowaniem poprzedniego weekendu są stare piosenki Wandy i Bandy. Może tylko w odwrotnej kolejności niż zamieściłam.

Tak w między wierszach, stwierdzając z zimną jędzowatością, to chyba całkiem sporą dozę dobrego humoru, zapewniło mi to „…aaaale dlaczego?” … i zwyczajne „Po prostu, bo mnie nie pociągasz pyszczku.” Bo wolę tę stronę medalu, niż patrzeć jak tłumy znajomych się postarzały, bo po co mam liczyć ich i swoje lata. Skoro czas dla mnie okazał się nieco bardziej łaskawy, a może po prostu, w tym swoim pędzie, nie zawsze dostrzegałam jego upływ, to chyba trzeba to jednak doceniać. 🙂

Dlaczego tak? Bo tak, bo dobrze czasem jest oderwać się od codzienności i od rutyny, a co do zmęczenia, takie fizyczne jest też potrzebne, choćby dla równowagi do tego psychicznego biorącego się z monotonii codzienności i z natłoku tych wszystkich „powinnam”, „muszę”, „należy” i „wypada”.

Tymczasem należało wrócić z obłoków i ogarnąć bieżące potrzeby. Pół tygodnia przesiedziałam nad tym nad czym musiałam, plus, dorzuciłam do tego całą sobotę, a kiedy w niedzielę byłam w miarę ogarnięta, to okazało się, że ładną pogodę gdzieś wcięło, że jest zimno i że pada deszcz.

– 86 –

Coś by chyba napisać? Trochę kiepsko z tym pisaniem, gdyż trochę kiepsko z internetami i innymi takimi. Chyba czas pomyśleć o zakupie jakiegoś niewielkiego, może zbliżonego rozmiarami do średniego tableta, laptośka, który wepchnę uroczo kolankiem do mojego plecaczka lub innej torebusi. Pisanie z telefonu zaiste jest możliwe, ale okropnie niewygodne, a ja jednak wygodę sobie cenię, a z wiekiem niejako coraz bardziej. Tak więc, skoro kolejny rok więcej mam w dowodzie, to wygodę też awansuję na kolejny „level” do góry. Zaraz obok niej stawiam zachcianki, zachciewajki i głębokie poważanie dla diet oraz dla wielu konwenansów. A co tam – mogę? Mogę!

Pomijając nieubłaganie upływający czas i przybywające, niejako w zamian, kilogramy oraz upierdliwe torty, to zdaje się, że kupiłam ów samochód, o którym ostatnio tak miauczałam i miauczałam. Ano kupiłam. Nadal nie podbił mojego serca, bo to nie ten typ, choć ma swoje zalety, jak skrzynia biegów, gdzie wybranie kolejnego nie wymaga dwóch minut mieszania i niebotycznego spadku obrotów. Zdaje się, że był nieco ponad budżet, dlatego obecnie jest nieco cienko i zdaje się, że mój rosyjski zostaje chwilowo zawieszony, gdyż muszę się przed zimą zająć progami, zwłaszcza prawą stroną przy tylnym kole oraz instalacją LPG, bo trochę się krztusi, gdyż od dłuższego czasu nikt do niej nie zaglądał, ale dogadujemy się. Pogadaliśmy jak czekista z czekistą i sobie żyjemy. W prawdzie wkurzające są kontrolki od świateł, które raz mówią, że któraś żarówka się spaliła, a raz, że wszystko ok., ale powiedzmy sobie szczerze, co świeci, to świeci, a bezpieczniki będzie miał przeglądane, jak się ogarnę z instalacja.

W ramach sabotażu i znęcania się młodszego rodzeństwa nad starszym, Sister, wgrała mi apkę… no tak, żeby moje stare złogi tłuszczowe ruszyć w posadach. Pięknie mi w telefon wrzuciła na pierwszą jego stronę, oraz ustawiła przypominajkę, która codziennie o 20,30 drze pysk. Nie wiem, kto tu bardziej abstrakcją się kieruje, ja wierząc, że się zmobilizuję i zacznę ćwiczyć, Sister, która liczy na to, że z apki skorzystam, czy sama Apka, która, gdyby była materią ożywiona, zapewne liczyłaby na to że jej codzienne darcie dzioba w końcu przyniesie sukces. Tymczasem, sukces jest marny. Właściwie brak go zupełnie, gdyż zamiast wezwań apki, instaluję sobie na śniadanie już nie jedną, a dwie drożdżówki do kawy. Ja wiem, że motywacja z wnętrz ma płynąc, ale u mnie kiepsko z tą wewnętrzną motywacją. Właściwie z wieloma sprawami u mnie ciężko, co zupełnie dalekie jest od stanu „źle”, tu raczej zmęczenie jest widoczne, niechciej wakacyjny i podostra potrzeba wypoczynku. Więc bez paniki. Po prostu, potrzeba mi się zatrzymać i po prostu pobyć. Tak – ot tak. Takich kilka chwil pozbawionych wszelkiego muszenia. Tak po prostu nie mieć nic w planach, nic do zrobienia, posiedzieć, poleżeć, pomachać nóżką nic nie robiąc, napić się wody z cytryna i ziołami. Przez chwilę wyciszyć galopadę myśli, planów, obowiązków i wszystkiego tego co mnie w dzikim galopie ciągnie przez codzienność. Tak, po prostu się zatrzymać potrzebuję. Na kilka dni.

O wyjazdach wakacyjnych nie mam mowy w prawdzie z racji rozwalonego budżetu, który leży i kwiczy ze śmiechu patrząc na mnie. Wredny jeden, co popatrzy to już nawet nie chichota, a śmieje się w prost, pełną gęba i prosto w twarz. Mówi mi też: „No popatrz mamuśka, na garnuszku synusia będziesz żywot pędzić, co najmniej przez dni kilka”. Opłaty, ubezpieczenia, dwa samochody, jedna ja, jedna pensja. Byle do końca sierpnia, a we wrześniu nie zanosi się finansowo na mniejsze wydatki, bo i Warszawka, i dwa wypady w Bieszczady, ale muszę, muszę w góry, bo inaczej się uduszę. Nawet jeśli udałoby się za tydzień, no półtora, pogodę złapać, to jakieś łąkowe leżakowanie, choćby samej, ale po prostu na mus. Jeśli nie zatrzymam się to zacznę krzyczeć, wrzeszczeć, i gryźć nie daj boże również. Tak to mija czas. Dzień za dniem, i za chwilę będzie po wakacjach, a ja znowu nie zdążyłam ich nawet zauważyć.