– 16 –

Wszędzie zima, wszędzie śnieg, a u nas ledwie kilka płatków zatańczyło w powietrzu, przy czym, nie zostały na szczególnie długo z powodu dodatnich temperatur, które zdaje się zupełnie im nie odpowiadają.

Takich kilka wniosków ma, niezbyt porywających, ale tak dla zapamiętania. Muszę sobie po prostu pomarudzić. Gdzieżby inaczej. Zmęczona jestem, a przez to zmęczenie sobie pomyślałam, że jedna rzecz to mi na guzik z pętelką potrzebna, no i nie wiadomo po co i na co, i że gdyby nie to, to miałabym dużo wolnego czasu i mogłabym sobie odpocząć. Tak zwyczajnie odpocząć, bez myślenia, że jeszcze to do ogarnięcia, i tamto, i jeszcze coś gdzieś, jakoś i po coś. Tylko, że jak dobrze pamiętam, to tak było jeszcze niedawno i marudziłam, że monotonia, że tamto, siamto i owamto. Nie dogodzisz Panie, nie dogodzisz. Mam więc te różne atrakcje i marudzę, ale w sumie to nie marudzę, w sumie to bardzo się z nich cieszę. Nie są moim planem na życie, ale przypadkiem stały się rozrywką i wyrwały z marazmu. Pomogły poskładać parę rzeczy na właściwe miejsca, postawiły człowieka do pionu.

Bo ja, Panie Dziejku, tak mam, że musi być mało czasu, bo jak dużo czasu mam na myślenie to sobie lubię robić kuku. Nie mam czasu na głupoty więc zdziwiam i wymyślam, i zastanawiam się ile jeszcze sobie dam radę dokooptować do codzienności. Planów nie robię, a przynajmniej nie dłuższych jakiś. Owszem jest kilka założeń, ale to założenia są, żadne tam plany. Więc tak sobie siedzę i tak sobie myślę, że w najbliższych dniach mam do ogarnięcia to i tamto, a tu mnie coś po kościach chodzi i po zatokach. Dam radę. No bo kto, jak nie ja?

A do tego wszystkiego to ciekawe mejle mi do skrzynki wpadają. Spam rzecz jasna, ale właściwie, na upartego, właściwie warunki, mimo wszystko, spełniam… jest tylko jeden szkopuł, że za mąż to ja już byłam i drugi raz się raczej nie wybieram, ale spam z informacją o kastingu do programu do mojej skrzynki trafił… http://www.telemagazyn.pl/artykuly/wyjdz-za-mnie-nowy-reality-show-ze-slubami-koscielnymi-w-polsacie-62168.html

Poza tym, to tort piekę. W końcu dzień babci, a do tego podwójne urodziny domowników. Normalnie w hurcie o tej porze roku występują, człowiek to jeszcze po świętach do siebie nie doszedł, a tu masz, już następne wydatki. Jak tu ogarnąć, co kto jeszcze nie ma, czego na święta nie dostał pod choinkę, lub co jeszcze z upodobań solenizanta można by było zaspokoić nie bankrutując ostatecznie. Tak poza tym, to chyba sobie grzańca zrobię. Takiego podrasowanego, wzmocnionego i z dużą ilością dodatków. Może tę francę co mi po kościach biegać zaczyna wywali z mojego człowieka.

Reklamy

– 15 –

Wczorajszej nocy miałam paskudny sen o zębach. Okropny. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam rano, nim jeszcze na dobre moja świadomość się wybudziła, to najpierw językiem a później jeszcze paluchem, posprawdzałam stan mojego uzębienia. Dopiero ustaliwszy, że wszystko jest, tak jak być powinno, we właściwym stanie i na właściwym miejscu, odetchnęłam z wielką ulgą. Jednak, sen sam w sobie okazał się proroczy, gdyż ledwie kilkanaście godzin później, tak z wieczora, okazało się, że oto malowniczo ukruszyła mi się plomba. Rzecz jasna, nie zrobiła tego o godzinie, o której dzwonienie do Zębologa ma jeszcze sens, więc teraz przebieram w miejscu nóżkami, stoję prawie w blokach startowych, czekam niecierpliwie aż zegar wskaże godzinę dziewiątą bym mogła złapać za telefon i do skutku wybierać numer. Do skutku, czyli do efektywnego odebrania połączenia przez Zębologa.

Dawno mnie u niego nie było, raptem od wiosny. Czyli niewiele mniej niż rok, co już samo w sobie jest pewnego rodzaju wyczynem. Nie miej i tak się pocieszam, że nadal mam własne zęby, co zważywszy na ich raczej kiepską z natury jakość, jest już osiągnięciem samym w sobie. Nie są idealne, ale są moje. No i nadal są. Kiedy Młody się urodził, liczyłam na to, że zęby odziedziczy po rodzinie ojca, niestety, poczęstowałam go naszymi szczerupami. Koniec końców, Zęboleg, jest u nas na stałym etacie.

Z innych kwestii to najchętniej zwinęłabym się pod kocyś i poszła podrzemać jeszcze chwilę. W ramach petycji wnoszę żeby ta zima się w końcu zdecydowała czy jest, czy jej nie ma, bo taki brak zdecydowania, to doprawdy, ale jest mało przyjemny, zwłaszcza rozpatrywany przez pryzmat nieustająco wiejącego wiatru i latających gałęzi.

– 14 –

Kolejny tydzień. Poprzedni trochę się porozłaził, poprzekręcał plany i sprawił, że dziś jest jakaś taka mini kumulacja. Mini kumulacja wszystkiego. Braku dobrego nastroju, obowiązków pracowych i popracowych, zimna za oknem, kiepskiego samopoczucia zdrowotnego.

Ja wiem, że poniedziałek, że jak dziś zacznę marudzić, to będzie tak cały tydzień i szczerze, mam to gdzieś. Po prostu będę marudzić cały tydzień. Tym bardziej, że zdaje się znowu czas zacząć wycieczki po dermatologach, albo uszyje sobie szmaciany kask na łepetynę. Może nawet kilka szmacianych kasków w różnych kolorach, albo… albo kupię czapkę kominiarkę. Też powinna się sprawdzić.

Ogólnie to kaszanka. Wczoraj było źle, a dziś jest jeszcze gorzej. Brawo ja. Zastanawiam się co zeżarłam, a może to ten nowy krem, a może to coś, a może to nic. Po prostu, chcesz być zdrowy – lecz się sam. Na jedno wyjdzie, co chodzenie po lekarzach, skoro oni zgadują zamiast zrobić badania, to samemu też zgadywać można… i testować.

Do tego, te nieszczęsne buty co to zamówiłam, jednak odesłać muszę, więc jeszcze na pocztę czas muszę znaleźć. Przyszły, a i owszem, dobre są na długość, ale okropna z nich chińszczyzna i jakością, i zapachem. Jak patrzę na nie i pomyślę, że pierwsza ich cena to 179 PLNów to uwierzyć w taki nonsens mam problem. Pewnie bym je zostawiła (w końcu 49 PLNów to nie majątek) tyle, że lewy ma uszkodzony zamek. Może z raz udałoby się je ubrać, ale nie więcej. Szkoda, bo choć to straszna tandeta jest, to do spódnicy całkiem zgrabnie wyglądają. Tak więc poprawiacz humory się nie spisał, a co więcej, jeszcze dołożył obowiązków. Takie życie widać. Byle do końca miesiąca, a później się zobaczy, jeśli moje oczy nie wyjdą z orbit, albo, jeśli mózg do tego czasu mi się nie ugotuje od nadmiaru literek jakie staram się do niego powkładać.

– 13 –

No więc mam to moje wyczekane łóżko. No. Mam. Szczerze, to teraz z niecierpliwością będę czekać do lata żeby je odczyścić i odmalować tak jak to powinno wyglądać. Okropnie mnie drażni niedoróbka typu „bo tam i tak nie widać”. I dobrze, ale co z tego, że tam nie widać. Ja wiem że tam jest tak, a nie inaczej. Jednak plus jest jeden i niewątpliwy – w końcu nie śpię na podłodze, ale za to na wysokościach. Na wysokich wysokościach. Miałam obawy, że moje wymierzone 30 cm, które zmieniłam w sumie na 35 cm, że może być mało praktyczne jeśli dorzucić szuflady do kompletu. W każdym razie z maksymalnie 35 cm zrobiło się tak na prawdę nieco więcej, a do tego jeszcze grubość materaca i mam… 60 cm wysokości łoże. Czego nie wzięłam pod uwagę… grubości desek użytych oraz techniki pracy stolarza.  Wielowarstwowej techniki pracy, która dołożyła kilka nadprogramowych centymetrów.

Jak już pogoda będzie sprzyjająca, to jak się dorwę do puszki z farbą, to dopiero zacznie to łóżko wyglądać może nieco lepiej. Pod warunkiem, że nie dorwę się do szlifierki, choć może lepiej nie. Może zostać przy samym malowaniu? Nie mniej jednak, marudzenie marudzeniem, grunt, że łóżko jest. Na wymiar odpowiedni, zmieściło się bez obijania ściany i nie wychodzi poza przewidzianą wnękę, a to już naprawdę duża zaleta, gdyż obawiałam się, że taki stan łóżkowy nigdy nie nastąpi. Nastąpił. Majątku na to nie straciłam, więc mogę napisać, że wartość usługi jest równa jakości usługi. Premia została u mnie w portfelu, a kosmetyczne poprawki naniesione zostaną wiosną. Jedno jest pewne. Jest solidne. Przynajmniej na takie wygląda.

W ramach pocieszenia kupiłam sobie na wyprzedaży buty. Liczę, że będą dobre, bo mam kiepski humor i to nie ze względu na łóżko, a ze względu na całokształt. Ogólnie pogoda niedomaga, bo kto to widział deszcz w styczniu. Tęsknię za śniegiem i za wyprzedażą upatrzonych butów. Wszystkie inne przeceniają, a tych jednych nie, ale ja cierpliwa jestem, a ostatecznie, najwyżej kupię sobie inne, a te, jak przecenią to je tez sobie kupię.

Poza tym, tak na prawdę to jestem cholernie zmęczona i cholernie zniechęcona, gdyż kolejny raz robię robotę głupiego. Robota głupiego polega na robieniu tego samego po kilka razy dlatego, że niektóre głąby nie potrafią nauczyć się liczyć w zakresie do 100. Rozumiem, że 100 to więcej niż 10 , i że palców może brakować, ale do cholery – każdy ma kalkulator w szufladzie i arkusz kalkulacyjny w kompie, a policzyć prostych rzeczy nie umie. Rzygam tym. Co mocniejsi agenci zwiali po prostu na chorobowe… grunt to odpowiedzialność… bo nie, że coś i szczególnie dolega, poza niechęcią do pracy i/lub dodatkowym zajęciem poza umową tutejszą… a przecież szkoda urlopu…

Tak więc dzisiejsza notka jest równie entuzjastyczna jak cyferka, która ją promuje, i dokładnie oddaje mój nastrój, który raczej jest mało przyjazny. Dobrze, że w domu nie czeka na mnie żaden facet, bo przecież, faceci kochają ciepło domowych pieleszy, szeroki uśmiech, poczucie humoru i ogólnie, mocno relaksujący charakter kobiecy, któren to będzie balsamem po ciężkim dniu na ich skołatane życiem nerwy i ciało… bez względu na to jak beznadziejny dzień miałaś sama… masz być ostoją ciepła domowego.

Tak, zdecydowanie, koc, kubek gorącej herbaty i dobry film stanowią zdecydowanie lepszą wizję od tego by być super żoną, podającą z miłym uśmiechem pełnym zębów z reklamy, w seksownym fartuszku, cieplutki obiad i gazetę oraz pilota do TV. Normalnie jakbym widziała amerykańskie plakaty z lat 50 (???) bodajże… osobiście chyba wolę jednak ZSRR i jego hasło „kobiety na traktory”… tam tez sporo udawania było, ale chyba jednak wolę udawać siłę niż pasażerkę ekspresu do wariatkowa z wiecznym uśmiechem na twarzy… (te akapity o kobietach… to taka lekka reperkusja bieżącego wpisu Bachusa)

– 12 –

Druga noc z rzędu nieprzespana. Może nie cała, ale po połowie obie zarwane. Nie żebym zaraz miała jakieś zajęcia nocne. Nic z tych rzeczy. Zwyczajnie spać nie mogę. Kręcę się i wiercę na łóżku, a sen ma to gdzieś i nie przychodzi. Nic nie pomaga, ani poprawianie poduszek, ani poprawianie prześcieradełka. Snu jak nie było tak nie ma. Jedną obserwację jednak poczyniłam. Zdecydowanie lepiej funkcjonuję przespawszy pierwszą część nocy niż drugą. Wolę spać do 2,30 niż od 2,30 (to magiczna godzina z wczorajszej nocy, ale i dzisiejszej, minionej).

Dziś też poranek był zupełnie inny od wczorajszego. Wczorajsze, nisko wiszące, pękate od wody chmury i całkiem przyjemna temperatura jak na tę porę roku (7 – 8 stopni), bez wiatru, sprawiały, że człowiek najchętniej zakopałby się w stercie miękkich kocyków i drzemał sobie, aż wydrzemałby się na dobre, a kiedy by to nastąpiło, to z kubeczkiem ciepłego picia pooglądałby jakieś komedie romantyczne, albo coś, a później wziąłby gorącą, pachnąc i pełną piany kąpiel, oraz zakończył dzień lampką dobrego wina, po czym zapadłby w sen. Marzenie.

Dziś poranek rześki, mroźny, z drapaniem szyb, i zamarzniętymi kałużami oraz okolicą lekko przyprószoną śniegiem i nieco przymrożoną wilgocią na gałęziach drzew podświetlone to wszystko wstającym czerwonym słońcem. Bosko. Cudownie. Tylko dlaczego akurat nie mogę dziś wybrać się na wagary i zamiast do pracy nad papiery udać się z aparatem na jakieś rowy, łąki, pola? Czarowny, bajkowy poranek, a ja gnam do fabryki żeby przez kolejnych osiem godzin tracić wzrok. gdyż, ale i bowiem oczy moje mają dosyć. Już przestają pomagać jakiekolwiek krople i uczucie piasku pod powiekami wpisuje się na stałe w codzienność. Zdecydowanie teraz to już całkiem mogę o soczewkach zapomnieć. Nie ma na nie szans z tak wysuszonymi spojówkami. Jeszcze bym mi się zintegrowały z okiem na stałe i na zawsze…

Do tego, choć sypiam po pół nocy, to trudno się wyspać, kiedy twoim snem żądzą Escherichia coli do spółki ze Staphylococcus aureus… minionej nocy przebiły nawet mister Lewickiego sprzed wielu lat, który to na studiach bardzo „umilił” mi semestr. Tak, zdecydowanie on to mi się po nocy nie śnił nigdy, a nerwów mi zjadł, a tu pac pani,takie to małe, ledwie widoczne pod mikroskopem, a człowieka po nocach przestawia po kątach… a mobilni agenci w sieci człowieka nie wzruszali aż tak. Jak to się wszystko zmienia. Kto by pomyślał.

– 11 –

Nie łapię tego wordpressa normalnie. Raz udaje mi się wejść w panel taki konkretny, a raz za diabła nigdzie go nie ma. Tak się zastanawiam, czy to kwestia mojego zaciemnienia, czy mojego szczęścia. Zaciemnienia bo nie pamiętam jak tam wlazłam, oraz możliwość, że ten złomek ma za stary system do zczytania jakiś ustawień, a szczęścia bo całkiem możliwe, że w jakiejś chwili udało mi się wpakować w ustawienia płatne… no i wszystko byłoby git, gdybym mogła jeden z widżetów sobie modyfikować. Nie mogę. Jednak pomyślę o tym jutro… a raczej sprawdzę na innym kompiszczu. Tymczasem się oddalę i ułożę sobie pasjansa.

P.S. Ogólnie nie chce mi się pisać o ważkich i istotnych sprawach, mam falę na pisanie o bzdetach. Chyba zwyczajnie nie może do mnie dotrzeć, że poprzednie 14,5 roku idzie się za chwilę paść i to nie z mojej przyczyny.

Z drugiej strony, tak szerzej patrząc, to… właściwie jestem na bardzo takim samym etapie życia jak wówczas, tyle, że trochę starsza, choć nie wiem, czy mądrzejsza. Obecnie też siedzę nad różnymi papierzydłami i staram się sobie wbić do głowy to co na nich jest, choć poziom absurdalności tych wysiłków jest o wiele wyższy niż ten z przed blisko 15 lat. Życiowo też brak mi zobowiązań. Tu to nawet szerzej mi ich brak. Młody ma swoje lata i swoje życie, zaraz ruszy już całkiem w swoją stronę. Prawie widzę jak zbiera się do „lotu”, może nieco panikując i z jakimś przerażeniem, ale to u niego norma (histeryk mi się trafił, ale to akurat do opanowania jest). Żadnych damsko – męskich przepychanek. Gdyby nie małżeństwo z bankiem to byłabym wolna jak dzika świnia na wiosnę. Choć to małżeństwo akurat jest o tyle dobre, że mogę robić co chcę i gdzie chcę i z kim chcę, byleby na moim koncie bankowym, w stosownym dniu miesiąca, były środki płatnicze na określonym poziomie. Żyć nie umierać.

– 10 –

Stało się. Niech się pokaże (czyli obczajanie zdjęć dodawania z zewnętrznego serwera).

W sam raz na naleweczkę, po prostu idealne, naturalnie przemrożone, czyste i nie zgnite, ani nie obżarte przez ptaszydła.

Nieco futurystycznie przedstawiona ta zima… czemu nie, w życiu też czasem warto zmienić perspektywę.

Moje ulubione z tamtego dnia. Niby stonowane, niby oddalone, a jednak nieco magiczne. Takie jak lubię najbardziej, że nie wspomnę, że są to resztki (ot badylek) zmarzniętej nawłoci…

To grudniowe zaległości, ledwie dzień, czy dwa na jaki zawitała do nas zima… od tamtego czasu nikt więcej jej tu u nas nie widział… a szkoda, bo jednak chyba tęsknię za nią.