– 100 –

hm… 100 wpis. Niby dużo, a mało jednocześnie. Dużo, bo jednak nie spodziewałam się wytrwania w tym miejscu tyle czasu, a mało, bo cóż to jest 100 wpisów do kilku ich tysięcy na poprzednim miejscu doczesnym?Cóż, to co było się nie wróci. Należy iść  na przód, bo zatrzymanie w miejscu też zazwyczaj bywa tylko pozorne.

Przekornie więc, jako potwierdzenie, że nic nie jest wiecznie, i nic nie jest raz na zawsze, i nic nie jest pewne i niezmienne, obrazki z kolejnej wsi, której nie ma. Tym razem Jasiel. Tuż przy granicy słowackiej, gdzie wspólnie żyli i mieszkali Łemkowie, Polacy i nie tylko, gdzie mieszało się wyznanie greko-katolickie z rzymsko-katolickim, ale też prawdopodobnie i uniccy mieszkańcy w Jasielu odnaleźli swoje miejsce na ziemi.  Odwiedziłyśmy to miejsce z A. w miniony poniedziałek. Krzyże na obrazkach, bo na części tych postumentów zdaje się też wspomnienia po kulach (był to teren objęty walkami, na granicy to nic nadzwyczajnego zdaje się), więc za wolność naszą i wszystkich, bo wszyscy mamy do niej prawo, tak jak mamy prawo do wolności wyznania i myśli oraz przekonań.  Krzyże, bo tej jeszcze „prawie” tydzień zaduszny był, więc wspomnienie tych wszystkich, którzy odeszli, a których domy kiedyś stały w tej pięknej okolicy. Tak więc nasz dodatkowy wolny dzień, pozaplanowy, 12 listopada 2018 miał wiele z zadumy i nostalgii.





Reklamy

– 99 –

Migawka z poprzedniego, zaduszkowego, weekendu. Jak na Zaduszki przystało, podjęłyśmy z A. kolejną próbę odnalezienia pozostałości cmentarza przy nieistniejącej już od dawna łemkowskiej wiosce. To było nasze 2 podejście. Czeka nas trzecie. Liczę na to, że za 3 razem wyprawa skończy się powodzeniem. Wyprawa to dobre słowo, bo jest to miejsce, do którego tylko tacy pokręceni ludzie, jak A. i ja się czasem zaplątają.

Uzyskanie szerokiego kadru jest prawie niemożliwe jeśli chce się aby coś było z pozostałości widocznym na zdjęciu.


Natomiast wczorajsze wyjście, choć nie mniej urokliwe, to jednak chłodniejsze w temperaturze i mocno wietrzyste, co nie jestem przekonana, czy było dobrym pomysłem w związku z niekończącym się przeziębieniem, które nie chce mnie opuścić, a które w końcu zaczęło odpuszczać… tylko chyba wczoraj jednak nie do końca dostosowałam zabezpieczenie termiczne mojego człowieka, do panujących warunków pogodowych.

– 98 –

Moda na zdrowie. To w sumie dobra moda, jednak czasem warto się zastanowić i zatrzymać i przeczytać kilka niezależnych artykułów na temat zdrowia w zakresie jaki nas interesuje. Zdrowie ma to do siebie, że ważne jest wszystko. To co jemy, ile jemy, kiedy jemy, to co pijemy, ile śpimy, ile pracujemy, ile mamy ruchu, ile stresu, jak myślimy oraz wiele innych, z pozoru mało istotnych, elementów składa się na nasze zdrowie. To co dobre jest dla innych niekoniecznie może być dobre dla nas, to co dobre jest dla dziecka często jest zbyt słabe dla dorosłego, a bywa, że to co stosujemy u dorosłego jest zupełnie nie wskazane dla dzieci, i nie że im zaraz całkiem szkodzi. Czasem po prostu jest problem z ustaleniem dawki optymalnej – tak więc lepiej zrezygnować niż eksperymentować.

Inną rzeczą, o której warto pamiętać, to to, że jednak zioła to też leki. Czytam w temacie wiele, również na forach, grupach i innych zasobach internetu i po prostu jestem przerażona niefrasobliwością w tym zakresie. Brakiem umiaru i brakiem zastanowienia się nad tym czy akurat coś jest dla nas, a coś nie. Moda jest modą i wiele osób pije lub jada coś pod marką „bo jest to zdrowe”, ale bez zastanowienia się, czy akurat dla nich również.

Zwykły czosnek, który zawiera między innymi nadające mu charakterystyczny zapach związki siarkowe, ma działanie bardzo szerokie, o czym można sobie już w samej Wikipedii poczytać, czy na stronach dr Henryka Różańskiego oraz w wielu innych miejscach. Jest ogólnie bardzo dobrze rozpisaną rośliną leczniczą. Tym co umyka, to przeciwwskazania. jak pisze Wikipedia: „Czosnek nie jest wskazany przy kaszlu zabarwionym krwią, w przypadku gorączki towarzyszącej zapaleniu płuc. Nie powinien być podawany chorym na zaawansowane zapalenie nerek. Nie powinien być stosowany w ostrych zapaleniach żołądka i jelit (może zaostrzyć chorobę). W dużych dawkach czosnek i jego preparaty są niebezpieczne, zwłaszcza dla dzieci (nie powinien być w ogóle podawany niemowlętom poniżej 10 miesiąca życia).” Ze swojej strony dodam jeszcze, że również kobiety w ciąży, czy osoby przyjmujące leki rozrzedzające krew oraz niesterydowe leki przeciwzapalne, gdyż czosnek ma właściwości obniżające krzepliwość krwi, a nie jest to wskazane w powyższych przypadkach, aby krew dodatkowo, czy w sposób niekontrolowany jeszcze rozrzedzać. Matki karmiące piersią też powinny z ostrożnością podchodzić do czosnku, gdyż przechodzi on do mleka matki i może się okazać, że zwyczajnie tak „zmodyfikowane” mleko nie będzie dziecku smakowało, ale też może być powodem bólu małego brzuszka. Tym co istotne – to przeciwwskazania te dotyczą głównie spożywania surowego czosnku. Dzieje się tak, ponieważ część związków, tych najsilniejszych akurat, zawartych w naszym specjale jest mało odporna na obróbkę termiczną, więc zwyczajnie, im dłużej obrabiamy termicznie czosnek, tym mniej zachowuje się jego właściwości, gdyż ulatują w przestrzeń dookoła patelni lub piekarnika. Nadal „coś” w nim zostaje, ale nie oczekujmy, że działanie będzie takie samo jak ma to miejsce w przypadku świeżo obranych ząbków czosnku. Inną kwestią czosnkową, jest to, że nie przechowujemy go w niskiej temperaturze, która również mu w przechowywaniu nie robi najlepiej. Owszem, pozyskiwanie z czosnku części jego związków może się odbywać w temperaturze około 0 stopni, ale pozyskiwanie, to nie przechowywanie – liczy się czas, i to co chcemy pozyskać, bo oczywiście też nie wszystko ucieka w niskiej temperaturze.  U mnie czosnek leży sobie spokojnie na blacie szafki kuchennej, w kamionkowym naczyniu z pokrywką, które zawiera dziurki. To się w sumie najlepiej sprawdza i czosnek trzyma się w nim najdłużej. Ogólnie nie jestem zwolenniczką trzymania warzyw w lodówce – osobiście nie lubię zimnych warzyw, bywa, że szkodzą mojemu człowiekowi, a teraz kiedy o tym czytam, bo chcę, lubię, ale też muszę, okazuje się, że mój człowiek po prostu wiedział czemu się buntuje i zmuszał mnie często do działań optymalnych (choć rzecz jasna nie zawsze, ale nie w tym rzecz). Tak więc każdy, zanim zacznie stosować terapię jesienną czosnkową powinien się zastanowić czy ona jest dobra również dla niego. Owszem, jest skuteczna, ale czy nie ma przeciwwskazań? No i co u licha znaczy z umiarem, albo w dużych ilościach? W dużych ilościach, każdy z nas ma inne duże ilości, tak samo jak umiar, ale w ustalaniu tych dwu wartości warto posłuchać co mówi nam nasz własny człowiek, oraz, jeśli mamy z tym problemy możemy przypomnieć sobie, że zalecana dzienna dawka lecznicza świeżego czosnku wynosi około 4 – 5 g i jest to wartość wokoło której mogą oscylować osoby dorosłe.

Po tym zdecydowanie przydługim wstępie, w bonusie dla tych, którym udało się wytrwać do tego miejsca, zostawiam przepis na moja miksturę przeciw przeziębieniową, oczywiście zawierającą czosnek. Oczywiście również, w jej stosowaniu jest wskazany umiar i rozsądek, a dzienna dawka w początkach przeziębienia to spokojnie maksymalnie 4 x 25 g (czyli 4 małe bączki) na dzień (na CAŁY dzień).

Składniki: 3 dosyć duże cebule; 1 mała (lub 0,5 dużej) główki czosnku; sok wyciśnięty z 1 cytryny, 2/3 – 1  szklanki cukru. Dodatkowo, dla dorosłych: alkohol 40 – 50% do 0,5l, korzeń świeży chrzanu ok. 5 cm (jeśli cieniutki korzonek, to można dać dłuższy kawałek).  Słoik 1 litr.

Przygotowanie syropu: Cebulę i czosnek obieramy, siekamy w piórka, i wysypujemy warstwami do słoika: cukier – piórka cebulowo czosnkowe – cukier – piórka – cukier. Taki przekładaniec zalewamy sokiem z cytryny, nakrywamy słoik i odstawiamy z boku blatu szafki kuchennej. Po około 2 godzinach zaczyna nam się zbierać syrop. Można go sobie spokojnie popijać. Syrop ten można podawać przy kaszlu i w początkach przeziębienia również dzieciom, acz nie maluszkom.

Przygotowanie nalewki: Kiedy mamy już syrop, czyli po jakiś 2 dniach od nastawienia, albo kiedy zostają nam w słoiku resztki po niezbyt dokładnie odlanym syropie (trochę syropu, nierozpuszczony cukier),  zalewamy to alkoholem w ilości 0,3 – 0,5 (im więcej soku, tym można więcej alkoholu zalać), dodajemy obrany i posiekany w piórka świeży korzeń chrzanu. Zakręcamy słoik i odstawiamy na przynajmniej 7 dni, choć możemy podpijać z niego jeśli akurat jest taka zdrowotna konieczność. Jeśli stoi i nabiera mocy w spokoju, to warto jednak go nieco wstrząsnąć od czasu do czasu, aby ułatwić rozpuszczanie cukru i innych dobrodziejstw. Po tygodniu możemy zlać, ale spokojnie, może postać i 2 tygodnie w takim nastawie. A później przez gazik, lejkiem, do butelki i do domowej pateczki. Nalewki nie podajemy dzieciom!

Zdrowia życzę.

 

– 97 –

Piękna pogoda, co widać, jednak bywa, że ta zbyt piękna pogoda raczej mnie rozbija i rozkłada na łopatki, trudniej jest mi się zmusić do czegokolwiek. Problemy z koncentracją i takie tam. Nawet mój prywatny, wewnętrzny sierżant, czy jak kto woli, cerber, mają niejakiego niechcieja, bo jeśli to nie jest niechciej, to najwidoczniej się dogadali i spieprzyli gdzieś na wakacje. Nie wiem tylko gdzie, ale chyba bardziej obstawiam narty niż plażowanie, bo jestem taka zmęczona ostatnio jakbym cały dzień fizycznie się nadwyrężała, a tym czasem, to praktycznie boli mnie siedzenie od nadmiaru siedzenia.

Żeby nie było tak marnie, to jednak w piątek i w sobotę ruszyłam zadek z domu w świat. Pochodziłam po lesie, pochodziłam po chaszczach. Poszwendam się tu i tam, co zaowocowało niemiłosiernym bólem gardła w niedzielny pranek i koniecznością przeciwdziałania kiełkującej niemocy. Ten tydzień jest słaby jak na chorowanie, bo sporo ma mieć zajęć, z którymi później jest problem aby je odrobić, więc, o chorowaniu należy zwyczajnie zapomnieć. Tak więc zapominałam przez część niedzieli na bazie nalewki, której podstawą jest syrop cebulowo-czosnkowo-cytrynowy, wzbogacony alkoholem i zmieszany z nalewką chrzanową. Działa. Zdecydowanie dzisiejszego poranka glut w gardle był tylko zaznaczony, zamiast trwalej i upierdliwej obecności. Nie mniej jednak otoczenie stwierdziło, że czosnek jest intensywny, oraz chrzan mu nie ustępuje i nie chodzi o ilość spożytą, gdyż przez cały dzień może z 75 ml machnęłam. Ledwie 3 bączki na cały dzień w dozach łyżkowych, na 40%, to żaden wyskok, a leczniczo zadziałało. Jest moc. Zapachu głównie, ale w końcu moc to moc, a z mocą się nie dyskutuje. Co do wyjść to piątku, to wyglądał mniej więcej tak.

 

P.S. Grzybów nie było, poza tym który jest na zdjęciu, znalazł się jeszcze jeden… oba trafiły na patelnię…

P.S. 2 – Mam ostatnio również niechcieja fotograficznego, więc Perełka została w domu, a obrazki sponsoruje telefon vel Heniek.

– 96 –

Doprawdy nie wiem kto, ale ktoś wczoraj miał chyba dzień pod znakiem „nudzę się bardzo” i dokładnie przeczytał sporą część tutejszych zapisków wyświetlając ją jakąś kosmiczną ilość razy. Skoro ktoś lubi – proszę bardzo, czemu nie. W końcu to przestrzeń publiczna jest.

Dzisiejsza notka jednak będzie z gatunku „szwarc, mydło i powidło”. Mydło sobie pominę, bo ostatnio staram się dla różnych kosmetyków szukać alternatyw, najlepiej pozbawionych chemicznych dodatków, co nie jest, w brew pozorom łatwe, nawet jeśli się zna kilka wiedźm, które sztuką tworzenia kosmetyków się parają. Szwarc również zostawię w spokoju, gdyż są rejony w tej krainie miodem i mlekiem płynącej, gdzie bynajmniej nie oznacza on ani czarnej pasty do butów, ani tym bardziej czernidła do wąsów. Powidło i owszem, lubię, rzecz jasna, jedyne słuszne powidło to powidło ze śliwki węgierki. Wszystko inne to marmolada lub dżem. Tego się trzymać będę. Skoro jednak jestem przy jedzeniu, to zostając w temacie, przyznam się, że ostatnio bardzo rozgustowałam się w smalcu ze skwarkami (roz-, a nie za- … gdyż mam do tego specjału ciągotki okresowe, a nie że go dopiero odkrywam). Ewidentnie mój człowiek bardzo w nim mocno ostatnio gustuje. Co więcej, okazało się, że moja wieloletnia faworytka do porannej kawy, od jakiegoś (niedługiego) czasu jest dla mnie za słodka. Zastąpił ją więc pączek, który jest nieco mniejszy i w brew pozorom, również mniej słodki, ale za to bardziej tłusty. Do tego jeszcze ten smalec – ani chybi „Winter is coming”. Mam doniesienia z Nowego Sącza, że u nich, dziś o poranku, przeszła burza śnieżna pierwsza w tym roku – więc to na prawdę nie przelewki, bo i odległość jakaś nie szczególna jest przecież. Ja sama zaś, jeszcze przed doniesieniami o burzy śnieżnej, wydobyłam z czeluści kartonu moją zimową tegoroczną rozpustę. Brązowe, skórzane pseudo trepy, choć prawie trepy, gdyż zdecydowanie nie mają zamka, tylko przyzwoite sznurowadła. Chwała im za to. Również za to, że są ponad kostkę i nie mają żadnego wywijaska kożuszkowego, jasnego na zewnątrz. Trzeba je rozchodzić po prostu przed „winther is coming”.

Tak więc, jak widać, życie toczy się po swoich utartych, udeptanych ścieżkach. Za oknem, na zmianę, to deszcz zacina z ciemnych chmur, to wychodzi zimne słońce. Niestety, zdaje się, że piękna, polska, złota jesień juz w tym roku odeszła, czas przygotować się na listopadowe szarugi. Nie wiem jak Wy, ale ja mam całą „piwniczkę” (szafeczkę) urozmaicaczy na wieczory długie, ciemne i mokre… choć to tylko na weekendy, bo jak wiadomo, moje wieczory są krótkie i coraz częściej wiążą się z wizją, kolacja, mycie i spać… jak u małego dziecka – widać tak już jest, że z czasem człowiek cofa się do czasów przed jakimi uciekanie zajmowało mu wiele sił i energii przez lat, a kiedy się udało i dorósł, z wielką ochotą do nich wraca…

– 95 –

Wstałam dziś z dobrym humorem. Tak spokojnie, z lekkim uśmiechem. Po prostu, miło mi się dzisiaj wstało. No i pizdło bardzo szybko, bo niestety okazało się, że reszta rodziny wstała z typowo poniedziałkowym nastawieniem i z fochem w pakiecie. Po czym zaczęli się na siebie boczyć i pokrzykiwać, a suma summarum dostało się mnie. Bo niby czemu nie, skoro jestem cicho, to znaczy, że można. A no nie można, ale to akurat niewiele zdaje się w moim stadzie znaczy. Nie ryczysz (w sensie nie wrzeszczysz) znaczy się można się na tobie wyżyć. Nie można. Nie krzyczę bo cenię sobie spokój i ciszę, czyli dwie rzeczy, których moje stado nie ogarnia. Dwie rzeczy, które są dla nich abstrakcją. Kolejna abstrakcją jest dla nich rozmowa.

Nikt nas nie nauczył rozmawiać. W tym stadzie wydaje się polecenia. Każdy każdemu, na okrętkę i nikt nie rozmawia. Nie potrafimy. Każdy wydaje polecenia bez sprawdzenia, jakie ten któremu się coś poleca ma na polecenie zapatrywania, czy też jaki ma potencjał czasoprzestrzenny. Również poza zastanowieniem się jest problem dotyczący warunków przestrzeni. Zwłaszcza Matka Rodzicielka, żyje w hermetycznym świecie utartej, niezmiennej czasoprzestrzeni. Niestety, Młody zdaje się tę przypadłość odziedziczył po Babci.

Tak więc, do cholery nie zostawiłam samochodu zaparkowanego za bramą, bo go nie było, do cholery, gdzie zostawić! U sąsiada zmieniają dach, ekipa pracuje od przed 7 rano, potrzebne im było miejsce na ich samochody i na pusty wjazd, bo jeszcze wożą materiały i wywożą śmieci. Tak więc kijanki nie było gdzie postawić!!!

Szczerze, to mam ochotę pizdnąć wszystkim i wracać po uczelni do siebie. Na cztery puste kąty, gdzie jest spokojnie, cicho i gdzie nikt na nikogo nie fuczy, a jeśli ktoś tam zawita, to po to by w spokoju rozmawiać, anie wrzeszczeć po sobie. Zwłaszcza gdy wrzaski nie są do niczego potrzebne, a są li i jedynie obrazem braku umiejętności komunikacji w stadzie zwanym rodziną.

… a miałam dziś napisać słów kilka o bardzo miłym, choć nie planowanym, sobotnim, wieczornym posiedzeniu w gronie przesympatycznych wiedźm. No cóż, jednak proza życia codziennego wypiera szybko z głowy te miłe chwile, które czasem uda się w życiu popełnić, a które w sumie to jednak powinno się kontemplować, celebrować i wspominać, gdyż działają jak balsam na szarość codzienności, a kiedy się dzieją, gimnastykują całego człowieka… dawno się tak nie śmiałam. 🙂

– 94 –

Zdaje się, że meszuge ma zdecydowanie rację. Jakoś ten czas bez kolejnej notki się przeciąga i przeciąga. Czasem z braku czasu, czasem z braku chęci, a ogólnie to najprawdopodobniej również z lenistwa. Nawet trudno zwalić mi na to, że nie dzieje się nic ciekawego, gdyż jakoś przez lata nie było to specjalna przeszkodą przed kolejnymi notkami. Mogę za to zwalić na to, że dzieje się wiele. W mojej głowie, bo w życiu to rutyna: praca-uczelnia-dom-praca-uczelnia-dom. Tak więc staram się ogarnąć swoje myśli. Szkoda o nich pisać, bo mało klarowne są jeszcze, mocno chaotyczne, poprzerywane i łatwe do spłoszenia.

Natomiast to mogę przecież o pogodzie słów kilka, wszak pogodę tego roku mamy niesamowitą jak na październik. Bardzo mi ona odpowiada. Bardzo mi jej trzeba. W niedzielę nawet udało mi się uszczknąć chwilę, czy dwie na to by poleżeć sobie w suchej trawie, popatrzeć przed siebie i tylko jeden mankament miało to popołudnie, no dobrze – dwa: po pierwsze brak obłoków na niebie, po drugie, czas płyną zdecydowanie za szybko i mocno nieubłaganie przyciągając chłodny wieczór.

Nie mniej jednak, kilka obrazków udało mi się zrobić i chociaż fotografowanie ludzi to u mnie dosyć sporadyczna historia i często bardziej z przypadku niż świadomie i z premedytacją, to jednak czasem uda mi się kadr, który mi się podoba i w tym zakresie. Niezaprzeczalnie jednak niedziela rozpieściła mnie ostatecznie jednak swoim ciepłym światłem.