– 86 –

Coś by chyba napisać? Trochę kiepsko z tym pisaniem, gdyż trochę kiepsko z internetami i innymi takimi. Chyba czas pomyśleć o zakupie jakiegoś niewielkiego, może zbliżonego rozmiarami do średniego tableta, laptośka, który wepchnę uroczo kolankiem do mojego plecaczka lub innej torebusi. Pisanie z telefonu zaiste jest możliwe, ale okropnie niewygodne, a ja jednak wygodę sobie cenię, a z wiekiem niejako coraz bardziej. Tak więc, skoro kolejny rok więcej mam w dowodzie, to wygodę też awansuję na kolejny „level” do góry. Zaraz obok niej stawiam zachcianki, zachciewajki i głębokie poważanie dla diet oraz dla wielu konwenansów. A co tam – mogę? Mogę!

Pomijając nieubłaganie upływający czas i przybywające, niejako w zamian, kilogramy oraz upierdliwe torty, to zdaje się, że kupiłam ów samochód, o którym ostatnio tak miauczałam i miauczałam. Ano kupiłam. Nadal nie podbił mojego serca, bo to nie ten typ, choć ma swoje zalety, jak skrzynia biegów, gdzie wybranie kolejnego nie wymaga dwóch minut mieszania i niebotycznego spadku obrotów. Zdaje się, że był nieco ponad budżet, dlatego obecnie jest nieco cienko i zdaje się, że mój rosyjski zostaje chwilowo zawieszony, gdyż muszę się przed zimą zająć progami, zwłaszcza prawą stroną przy tylnym kole oraz instalacją LPG, bo trochę się krztusi, gdyż od dłuższego czasu nikt do niej nie zaglądał, ale dogadujemy się. Pogadaliśmy jak czekista z czekistą i sobie żyjemy. W prawdzie wkurzające są kontrolki od świateł, które raz mówią, że któraś żarówka się spaliła, a raz, że wszystko ok., ale powiedzmy sobie szczerze, co świeci, to świeci, a bezpieczniki będzie miał przeglądane, jak się ogarnę z instalacja.

W ramach sabotażu i znęcania się młodszego rodzeństwa nad starszym, Sister, wgrała mi apkę… no tak, żeby moje stare złogi tłuszczowe ruszyć w posadach. Pięknie mi w telefon wrzuciła na pierwszą jego stronę, oraz ustawiła przypominajkę, która codziennie o 20,30 drze pysk. Nie wiem, kto tu bardziej abstrakcją się kieruje, ja wierząc, że się zmobilizuję i zacznę ćwiczyć, Sister, która liczy na to, że z apki skorzystam, czy sama Apka, która, gdyby była materią ożywiona, zapewne liczyłaby na to że jej codzienne darcie dzioba w końcu przyniesie sukces. Tymczasem, sukces jest marny. Właściwie brak go zupełnie, gdyż zamiast wezwań apki, instaluję sobie na śniadanie już nie jedną, a dwie drożdżówki do kawy. Ja wiem, że motywacja z wnętrz ma płynąc, ale u mnie kiepsko z tą wewnętrzną motywacją. Właściwie z wieloma sprawami u mnie ciężko, co zupełnie dalekie jest od stanu „źle”, tu raczej zmęczenie jest widoczne, niechciej wakacyjny i podostra potrzeba wypoczynku. Więc bez paniki. Po prostu, potrzeba mi się zatrzymać i po prostu pobyć. Tak – ot tak. Takich kilka chwil pozbawionych wszelkiego muszenia. Tak po prostu nie mieć nic w planach, nic do zrobienia, posiedzieć, poleżeć, pomachać nóżką nic nie robiąc, napić się wody z cytryna i ziołami. Przez chwilę wyciszyć galopadę myśli, planów, obowiązków i wszystkiego tego co mnie w dzikim galopie ciągnie przez codzienność. Tak, po prostu się zatrzymać potrzebuję. Na kilka dni.

O wyjazdach wakacyjnych nie mam mowy w prawdzie z racji rozwalonego budżetu, który leży i kwiczy ze śmiechu patrząc na mnie. Wredny jeden, co popatrzy to już nawet nie chichota, a śmieje się w prost, pełną gęba i prosto w twarz. Mówi mi też: „No popatrz mamuśka, na garnuszku synusia będziesz żywot pędzić, co najmniej przez dni kilka”. Opłaty, ubezpieczenia, dwa samochody, jedna ja, jedna pensja. Byle do końca sierpnia, a we wrześniu nie zanosi się finansowo na mniejsze wydatki, bo i Warszawka, i dwa wypady w Bieszczady, ale muszę, muszę w góry, bo inaczej się uduszę. Nawet jeśli udałoby się za tydzień, no półtora, pogodę złapać, to jakieś łąkowe leżakowanie, choćby samej, ale po prostu na mus. Jeśli nie zatrzymam się to zacznę krzyczeć, wrzeszczeć, i gryźć nie daj boże również. Tak to mija czas. Dzień za dniem, i za chwilę będzie po wakacjach, a ja znowu nie zdążyłam ich nawet zauważyć.

Reklamy

– 85 –

Obawiam się, że jeszcze jakiś czas tematem przewodnim będą samochody. Gdyż normalnie to wszystko zmienia się w tym temacie jak w kalejdoskopie. Zaczynając oglądać samochody zakładałam, że będzie to niewielki aut, choć zdecydowanie jednak większy od Tastasia, ale bez szaleństw. Nie minęło wiele czasu jak z hatchbacka zrobił się sedan… a teraz… okaże się, że może mi stanąć pod domem ponad 4 metrowa 17-letnia angielska (z rodowodu fabrycznego, nie z kierownicy) limuzyna.

No i tu zaczynają się problemy. W tym słowie. Limuzyna. Boże, czy ja już taka stara jestem, że limuzyną mam jeździć? Popieprzyło mnie do końca. Mnie lubiącą w samochodach niefrasobliwość, pazurki i brak zobowiązań połączone z obiecującym przyspieszeniem i krótkim przełożeniem w skrzyni biegów. Mam to wszystko zostawić za sobą, i jak przystało na panią w średnim wieku, mam odkryć zalety stateczności i powagi? Prowadzi się to dobrze, nawet bardzo dobrze, jest zadbane, dobrze utrzymane, nic nie zgrzyta, nic nie szumi, nic nie tłucze – auto płynie… a ja w nim… płynę majestatycznie… ja i majestat? Cholera, stara jestem, prawie płakać mi się chce. Nie wiem tylko, czy nad samochodem, czy nad sobą.

Staram się zapanować nad sobą, bo znam swoją skłonność do histerii, tyle, że choć wygodnie i dobrze mi się w nim jechało, to on po prostu nie pasuje do mnie. Oj, ja wiem, że żaden mężczyzna tego pewnie nie zrozumie, ale po prostu – on do mnie nie pasuje. Albo jeszcze gorzej, do części mnie, tej snobki, która czasem gdzieś wyłazi, to pasuje jak ulał, i to ona go wczoraj oglądała zdaje się, ale do mnie, babki, która biega na bosaka po trawie, kładzie się prawie w kałuży, żeby zrobić zdjęcie… i co ? I wsiada uniurana do samochodu z beżową tapicerką? Letnie sandałki, na szpileczce, delikatne, i zwiewna sukienka, odwieszone zostały ze 3 lata temu do szafy. Zdecydowanie pasowały by do tego samochodu bardziej niż ubłocone trepy. Pochodzą z innego życia, a mnie dobrze w tym życiu, które mam teraz. Tamto życie zostało o jedno zapalenie spojówek od płaczu,  10 kg i kilka worów obsmarkanych chusteczek temu.

W sumie to tak na prawdę najwredniejsze w tym wszystkim jest to, że nawet nie mam z kim porozmawiać o tym pieprzonym samochodzie, bo dziewczyny się nie znają, a z handlarzem to nie rozmowa, powie wszystko żeby go sprzedać. Zawsze mogę go wziąć i próbować sprzedać dalej – spokojnie, mogę krzyczeć za niego o 1/3 jego ceny więcej i jeździć między czasie. Kokosów bym na nim nie zarobiła, ale zawsze zwróciłby się koszt przerejestrowania oraz filtrów od gazu, które są do wymiany.

– 84 –

Tak sobie siedzę, i tak sobie patrzę na mrugający kursor w edytorze tekstu. No i co ja mam tutaj napisać, skoro nie bardzo jest o czym pisać. Nie bez wpływu jest też to, że ostatnio zwiększyłam częstotliwość bywania na pogrzebach. Tak już kolejny rok i żadnej w tym trendzie przerwy w postaci wesela, czy chrzcin. Jutro pogrzeb brata babci.

Miał swoje lata i od kilku dodatkowo chorował na jedną z tych mało przyjemnych chorób, kiedy powoli zapomina się kim się jest, kim się było, kim są bliscy. W sumie, raz jeden choroba ta okazała się zbawienna, gdyż uwadze umkną fakt śmierci najmłodszej z córek.

Raptem, nie dalej, jak początkiem miesiąca byłam na pogrzebie ojca kolegi z pracy. Było to ledwie kilka dni po tym, jak odszedł również tato koleżanki z pracy. Nieco wcześniej, inne, znajome nazwiska na klepsydrach, a w tym i z naszych lat już również. Brat znajomej oraz innym „młody” człowiek, którego nazwisko nic mi nie mówiła, ale i A.S. i A.P. zastanawiały się, czy przypadkiem nie jest to ktoś znajmy, bo skoro z osiedla, to przynajmniej z widzenia…

Więc tego deszczowego lata mija mi melancholijnie dzień za dniem. Tak jakoś z dystansem i z wewnętrznym niemym krzykiem: co się dzieje! co się dzieje! Ludzie odchodzą, a ja rezerwuje bilet kosmicznie drogi na busa do stolicy, przeglądam ogłoszenia z ofertami samochodów i zastanawiam się czy wolę archaiczną podrasowaną audiczkę, czy może nieco bardziej niemrawą lagunkę, choć vektra jeszcze też jest w całkiem niezłym stanie. Jeden Francuz, jeden Niemiec i jeden sfrancużony Niemiec. Gdyby nie to, że przywykłam, pewnie deprymowałby mnie sposób rozmowy Panów, którzy orientują się, że samochód chce kupić kobieta. Uroki mieszkania na krańcu świata. Przerabiałam schemat już na większą skalę kupując mieszkanie, a przecież to nonsens jest zwracać uwagę na taką pierdołę, jak to czy kupującym jest kobieta, czy mężczyzna. Doprawdy, kobieta może mieszkać sama bez uszczerbku na swoim zdrowiu i ogarnąć samodzielnie rachunki, remonty i sąsiedzkie konotacje. Samochód tez może kupić sama, i nie musi być to mini autko, z maleńkim silniczkiem. Poza tym audi z silnikiem 1,8 raz, że jeszcze demonem mocy nie jest, dwa, że te silniki akurat były chyba jedne z mniej trafionych i takie tam bzdety… z resztą, poza porsche 911, chętnie nabyłabym takie jedno subaru impreza… bynajmniej z tych starszych, choćby takie

https://otomotopl-imagestmp.akamaized.net/images_otomotopl/881502507_2_1080x720_type-r-22b-kultowe-dwudrzwiowe-subaru-w-doskonalym-stanie-dodaj-zdjecia_rev001.jpg

czy ten przód nie jest genialnie zaprojektowany

https://otomotopl-imagestmp.akamaized.net/images_otomotopl/902523192_1_1080x720_gt-turbozadbanyokazja-nowe-miasto-lubawskie.jpg

 

Tak więc, to lato jest mocno popieprzone. Ludzie odchodzą, a ja siedzę i przeglądam ogłoszenia samochodów, których mój obecny budżet nie ogarnia, bo wiecie, kupić kultowy samochód i jeździć nim w gazie to po prostu jakaś żenada byłaby, więc jestem przyziemnie żenująca, zajmuję się czymś w zasadzie nieistotnym, mało znaczącym. Tracę czas, którego przecież nie wiem ile mi zostało. Nie wiem ile go zostało komukolwiek z osób, które znam, a ja zamiast je doceniać, zamykam się i siedzę wpatrzona w monitor, bo… nie wiem, nie umiem, wyjść zza jego zasłony. Tak tkwić tutaj jest po prostu łatwiej i prościej… i mniej boli, kiedy coś się dzieje.

– 83 –

Znowu pada. Nic nowego. To u nas po prostu standard. Chyba nawet powoli już przywykłam. Choć może akurat nie tak do końca jak bym chciała, gdyż człowiek mi się jakimś paskudztwem zbuntował, które staram się bez antybiotyków pogonić, ale czy się uda, to cały czas nie wiem. Na pewno dobrze by mi zrobiło poleżeć w domku, pod kocykiem, z kubeczkiem parujących ziółek. Marzenia – swoją drogą dobra rzecz. Nie o tym jednak chciałam.

Chciałam o serialu. Pisałam o nim już kiedyś, dawno temu, ale nie pod tym adresem zdaje się. „Opowieści podręcznej” pewnie słyszeliście już. Ogólnie to polecam. Mocna rzecz jak na serial. W końcu skończyłam 2 sezon. Właściwie, w sezonie drugim, nie było odcinka w którym bym nie ryczała choć odrobinę. Opowieść niby futurystyczna, ale tak cholernie dobrze zrobiona, że w którymś momencie, sama nawet nie wiem kiedy, zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno jest to aż taka abstrakcji i kreacja artystyczna tylko. Nie jest. Owszem, cholernie dużo jest przerysowań, ale czy oby na pewno?

Serial to luźna adaptacja powieści Margaret Atwood pod tym samym tytułem. Nie czytałam. Szczerze to nieco się boję. Może byłoby inaczej gdybym wpierw trafiła na książkę, a później na serial. Teraz pewne imiona mają twarze i sylwetki, więc postać aktorów będzie konkurować z tym co przekazać chciała autorka. Z drugiej strony, może nie powinnam się bać, gdyż zdaje się, będzie to książka całkiem w moim guście. Wracając jednak do serialu, bo i po co dywagować o czymś czego się jeszcze nie zna…

Można ten serial oglądać płasko. Ot historia, nieco ckliwa, w sam raz dla kur domowych i innych takich, nic dla silnych mężczyzn. Tyle czy oby na pewno? Serio? Właściwie może i tak, bo jedna z głównych postaci ewoluuje w mało ciekawą stronę. To też kwestia drogi, wyboru własnego… tego jak instynkty i pierwotne tendencje wychodzą na światło dzienne, jak mogą się rozbuchać wraz z poczuciem władzy i społecznym przyzwoleniem…

Tak właściwie, to siedzę i się zastanawiam, ilu rzeczy nie widzimy zajęci swoją własną codziennością, problemami każdego mijającego dnia, swoimi sprawami, bolączkami, roztkliwianiem się nad pierdołami, zamiast cieszyć się z każdego drobiazgu radosnego z tego co mamy i co uważamy za oczywiste, choć przecież nie zawsze było, jest, oczywiste, a przynajmniej nie dla wszystkich. Może szukam głębi i wielości znaczeń, niekoniecznie tam gdzie są, ale myślę, że one tam są – w tym serialu, kwestia jedynie w tym, czy chcemy je dostrzec w sobie. Jeśli w sobie czegoś dostrzec nie chcemy – nie oszukujmy się – w otoczeniu, ale i w serialu, tego nie dostrzeżemy.

Kiedyś, z P., oglądaliśmy „Atlas chmur”. Szczerze, przerażało mnie to co jego bawiło. Niby fantastyka, a jednak, cholerne rzutowanie było mocne i wyraźne, a jego to bawiło. W czym tkwiła różnica? P. widział tylko historię, opowiastkę, dobrze zrobiony film…  a widziała w nim tyle odniesień, że się w tym chwilami gubiłam, on się śmiał, a mną „rzucało po ścianach”. „opowieści podręcznej” można odbierać dokładnie tak samo – jako ot – historyjkę sprawnego narratora, albo obraz z milionem przeniesień, analogi i innych drobiazgów, które każą mi się zatrzymać i zastanowić o czym do cholery ten serial jest tak na prawdę?!

P.S. Zamówiony jest 3 sezon… liczę na to, że się uda go zrealizować, jednak, utrzymanie poziomu po 2 genialnych sezonach będzie sporym wyzwaniem. Będę czekać z niecierpliwością.

– 82 –

W tak zwanym międzyczasie, czyli w nielicznych osłabieniach, bo o przerwach byłoby niedorzecznością mówić, w naszej, miłościwie nam panującej na krańcu świata, porze deszczowej, staram się bywać tu i tam. Tak więc w poprzednią sobotę wybrałyśmy się z A. w zorganizowane chaszcze. A. nie szczególnie miała ochotę, ale się przekonała, niestety pogoda nas nie rozpieszczała. Efektem tej pogody zdaje się jest mój obecny stan zdrowia, czyli kiepskie samopoczucie, częściowy zanik fonii oraz mięśnio-bóle. Nic nadzwyczajnego kiedy przez 2 godziny masz na przemian prysznic, saunę i chłodzący nawiew, a wszystko to na otwartej przestrzeni. nie mniej jednak, siedzenie w domu kolejnego weekendy nie było do przyjęcia, gdyż po prostu potrzebowałam wyjścia w teren. Skoro go potrzebowałam, to teraz za to płacę. Niestety, różne takie domowe sposoby nie bardzo sobie radzą, gdyż radziły sobie już wcześniej, z nieco słabszą infekcją. No oczywiście, że przeziębiona udałam się w te mokre chaszcze. Niestety nadchodząca sobota zapowiada się nie inaczej. Znaczy zapowiada się również spacerowo, choć już na miejscu, bez wyjazdów i dojazdów, również zdaje się przeziębienie nie zdąży mi przejść, a co do pogody – to się okaże, acz nie ma zbyt optymistycznych zapowiedzi w tym temacie.

Kiedy o poranku, w radio, słyszałam o słońcu i ponad trzydziestostopniowych upałach, patrząc przez okno auta, to dostawałam drgawek i pełna byłam jakiegoś takiego niedowierzania, gdyż temperatura u nas, to raptem o poranku jakieś 17 stopni było, teraz może około 22, a do tego chmury, chmury i kolejne litry wody wylewające się z nieba. Więc jeśli ktoś potrzebuje nieco wilgoci, to zamienię się czasowo na miejsca przebywania, gdyż mam wrażenie, ze zaraz to po prostu u nas wszystko spleśnieje od tego nieprzemijającego mokradła.

No i tak na osłodę, z telefonu pochodzące, dwa obrazki z tamtego mokrego spaceru.

Takie tam sobie łany zboża

– 81 –

Mówią, że małe dzieci to małe problemy, a duże dzieci to duże problemy. Czy ja wiem? U nas problemem był bardziej brak oparcia w ojcu i wynikające z tego deficyty w poczuciu pewności siebie i bezpieczeństwa u Młodego, niż jego wiek. Wczoraj poza atakiem paniki, przed nowością, które nie są niczym nowym, choć skala bywa różna, Młody uczył się opanowywania swojego zestawu „nakręcacza wewnętrznego”.

Jak wiadomo w panice trudno wyjść na zewnątrz i się ogarnąć. Wczoraj Młodemu się to udało. Kiedy uszło z niego w różny sposób nieco napięcia, kiedy dotarło, że ma więcej alternatyw, kiedy zebrał więcej informacji o tym co i jak ma być, to w końcu zaczął panować nad sobą.

Myślę, że  teraz, bo rzecz wczorajszego stresu dzieje się teraz i gdzieś tam, też daje sobie radę. Owszem jest cały w strachu, ale nie jest to strach bezpodstawny. Ocenia swoje możliwości, dodaje do tego warunki zewnętrzne i stan techniczny sprzętu. Ma odwagę powiedzieć, że się boi. Teraz to ja się boję, że tę jego odwagę cywilną do nazywania rzeczy wedle tego czym są ktoś określi jako dziecinadę i bojaźliwość. Tak sobie myślę, że każdy z nas ma sytuacje w których boi się, z różnych powodów i różnych rzeczy, ale niewielu ma odwagę to powiedzieć, a jeśli nawet, to tych niewielu odważnych ginie w tłumie niedojd, rozbijających się o sytuacje trudne, nie podejmujących wyzwania, uciekających.

W strachu Młodego udział ma, być może nawet nie do końca świadomie, a może zupełnie poza jego świadomością, zdarzenie jakie miało miejsce w trakcie gdy robił kurs prawa jazdy na samochody ciężarowe. Patrzeć jak ginie, umiera pod kołami tira osoba którą znasz, kiedy nie możesz wiele zrobić, kiedy trąbienie klaksonem i krzyki Twoje i Instruktora nie docierają do kierowcy tego drugiego samochodu – myślę, że nawet jeśli zepchnięte w podświadomość głęboko, to na długie lata zostaną z nim i będą wpływać na to jakim jest kierowcą i jakim jest człowiekiem. W różny sposób.

– 80 –

Numerowe tytuły, które zdawały się być takie przyjazne, niewymagające i oczywiste, zaczynają mnie powoli denerwować. Owszem są przyjazne, gdyż nie trzeba się wysilać, bach kolejny numerek i już jest. Zero stresu. Niewymagające, bo nie trzeba myśleć, wymyślać, zastanawiać się. Oczywiste, bo przyjmując zasadę, że każdy kolejny tytuł jest numerem o 1 większym od bieżącego, mamy praktycznie nieskończony zbiór tytułów do dyspozycji, w myśl, że zawsze istnieje (w tym wymiarze) jakieś „n+1” (czyli jakiś kolejny wyraz tego ciągu).

Proszę Was. Jest środek (prawie) wakacji, a ja bredzę o matematyce. Dla równowagi wcinam drugie pudełeczko borówki amerykańskiej, która była w promocji, a do której mam słabość przeogromną. Mogłabym ją hurtowo. Nie odchodzę od niej tak długo, jak coś jest w  pojemniczku, a puste dno zawsze i nieodmiennie przyprawia mnie o dozę zdziwienia i niejakiej dezaprobaty w stosunku do zaistniałej sytuacji.

Tymczasem dziś zaczynam swój indywidualny rosyjski, i zaczynam się zastanawiać, czy ja przypadkiem nie przedobrzyłam, życząc sobie konwersacji, jakoże nic mnie tak nie deprymuje, jak moja nieudolność mówienia w „innostrannych jazykach”, którą zafundowali mi niegdyś nauczyciele szkolni, na której to przypadłości wyzbycie się sposobem mają być te lekcje. Mogę czytać, mogę pisać (pomijając miękkie znaki, które są abstrakcją, ale pracuję i nad tym), mogę słuchać i oglądać, tylko na litość mówienie to katastrofa. Właśnie mam zamiar się tej katastrofy pozbyć, ze swojego życia, zaczynając od dziś.

Na weekend mam, zależnie od pogody, zaplanowaną wycieczkę lub pieczenie pierwszej tegorocznej szarlotki. Co do urlopu, to na tę chwile nie bardzo widzę go na horyzoncie. Liczę jednak, że mimo wszystko uda mi się go dostrzec. W końcu wakacje są? Co nie? 😉