– 55 –

To była dłuuuuga noc. Odespałam ostatnie niedosypianie. W prawdzie naukowcy twierdzą, że nie można odespać zarwanych nocy, ale co oni tam wiedzą! Mój człowiek rządzi się swoimi własnymi prawami i jest niewrażliwy na taką gadkę szmatkę. Od zawsze tak mam, że mogę zarywać noce, ale… przychodzi chwila, czyli wolny czas, a mój człowiek od razu czuje pismo nosem, a może po kościach, że czas wolny jest i… odcina dopływ świadomości.

Tak więc wczoraj, kiedy postanowiłam poczytać o pszenicy ozimej i jej potrzebach, nie pytajcie po co i dlaczego, okazało się, że kultura agrarna pszenicy jest idealna kołysanką. Po kilku stronach przeczytanych, na dobry kwadrans z okładem przed godziną dziewiętnastą, moja świadomości odpłynęła na łono Morfeusza. No, może nie dokładnie, na łono, ale w inny stan świadomości. Przebudziłam się w okolicach 22 więc nie pozostało mi już nic innego, jak ogarnąć się i wsunąć pod kołdrę, bo jednak noce nieco chłodne są. Sen przyszedł, jak gdyby zupełnie nic go nie przerywało, przynosząc z sobą obrazy różne. Osoby, do których moja podświadomość widocznie nadal ucieka, choć w ferworze codziennych zajęć nie mam czasu o nim myśleć.

Kolejna pobudka miała miejsce na minutę przed wrzaskiem budzika. Czyli jedenaście i pół godziny snu z niewielką przerwą.

Tak więc dziś czuję się prawie jak bogini, pierwszy raz od kilku dni nie boli mnie głowa. Do tego, długi weekend puka do drzwi, gdyż tylko jeszcze dzisiaj i w piątek i wszystko będzie jak ma być. Kilka dni laby i nadrabiania zaległości, jakieś sadzenie kwiatków i tym podobne drobiazgi. Potrzebujemy odpocząć i ja, i mój człowiek. Zatrzymać się na chwile, pozachwycać galopującą wiosną, kwiatami i zielenią.

Reklamy

– 54 –

Zaległości obrazkowe chyba mi się powoli robią. Chwilami jest to po prostu brak czasu wynikający z obowiązków, a chwilami, po prostu każdy potrzebuje rozbić „nic”. Moje „nic” polega na trzymaniu się z dala od komputera, najlepiej na świeżym powietrzu, a jeszcze lepiej w ruchu. Żadne leżing i smażing w grę nie wchodzą.

Jakiś czas temu, z dnia na dzień, przyszła wiosna. Przyszła i się rozgościła, ale o rozgoszczeniu się na dobre, będzie następnym razem. Tymczasem Chyrowa i spacer do Źródła św. Jana z Dukli z ciekawostkami po drodze w postaci paralotniarzy i maluszka zaparkowanego na środku łąki pod brzozami.

– 52 –

Szybko poszło. O 10 miałam upuszczoną krew (miesiąc bez upuszczania krwi, jak wiadomo jest miesiącem straconym), oraz pozałatwiane wszystkie pozostałe sprawy, więc jednak udałam się po jakąś kawę na wynos, drożdżówkę i obwarzanka oraz na pogawędkę z Adasiem. Znaczy się, obwarzanek był dla gołębi, a kawa i drożdżówka dla mnie. Dla Adasia gadka szmatka telepatyczna.

O co z tym Adasiem chodzi? Otóż, będąc pacholęciem tyle co wyklutym z Matki Rodzicielki, byłam przez nią prowadzana pod pomnik Adasia. Z pod AHGu, na ryneczek, a później, plantami, albo i nie, do Smoka i łabędzi. O ile łabędzie nie zdobyły mojego uwielbienia, o tyle okazało się, że po jakimś czasie, spacer bez pogadanki z Adasiem okazywał się spacerem nie odbytym. Tajemnicą nie jest, że dzieci z wielką ciekawością i dużym zainteresowaniem reagują na wszystko co jest duże, a Adaś dla małego dziecka jest duży. Monumentalny nawet i do tego nie drze dzioba jak łabędzie. Można do niego gadać i gadać, a on cierpliwie słucha. Po prostu ideał. Później, kiedy się wyprowadziliśmy z grodu Kraka, z dworca, do Ciotki droga piechotą prowadziła również obok Adasia. Nie daj Buk Liściasty, jeśli Matka Rodzicielka próbowała zmienić trasę, lub skorzystać z tramwai. Więc i tak widywaliśmy się z Adasiem po kilka razy w roku. No i tak nam zostało do dziś. Każdy pobyt w Krakatu liczy się tylko wówczas, jeśli uda mi się choć pomachać łapką w szybkim biegu Adaśkowi. Jeśli brak okazji na takie ekscesy, pobyt uważa się za nie ważny, nie istotny i nie odbyty. Tak wieść gminna mówi i tego trzymać się będę.

Tak więc posiedziałam, z Adasiem pogadałam, gołębie podkarmiłam, do słońca się zagrzałam i potupałam na publiczną komunikację celem powrotu na Włości. Rzecz jasna, przebiegłam wszystkie piętra galerii krakowskiej po obu stronach i kiszka. Nie kupiłam nic. Nawet lakieru do paznokci. Ani pół pary butów, ani nic. Przymierzona sukienka załamała mnie ostatecznie. Rozłożyła na łopatki i sprawiła, że na prawdę zaczynam się o siebie niepokoić, ale to już inna bajka, której dziś nie mam ochoty zgłębiać. Pomyśle o tym jutro…

– 51 –

Jutro zapowiada się długi dzień, zwłaszcza zważywszy na to, że rozpocznie się w okolicach 3 z minutami. Zdecydowanie więc w środku nocy. W związku z tym długim dniem okazało się, że są mi potrzebne gacie. Zwykłe, bez cudów, wianków i wodotrysków. Zwykłe, bawełniane, wygodne i najlepiej ciemne. Niby nic wyszukanego, a pojawił się problem. Problemem okazało się mieszkanie na dwa domy, gdyż wszystkie grzeczne gacie zostały w Wersalu, a na Włościach, albo wyjściówki, albo koszmar taktyczny do comiesięcznych zadań specjalnych.

Poszłam na zakupy i okazało się, że zakupy to nie taka prosta sprawa. Albo koronki takie, owakie i jeszcze inne, albo… moje gacie taktyczne są przy tym cudne. W ten sposób zdaje się, dowiedziałam się, że obecnie nosze najbardziej popularny rozmiar na prowincji. Nie sądzę wszak, żeby nie zamawiano do sklepu majtek bawełnianych akurat tylko w moim rozmiarze, podczas gdy wszystkie pozostałe są dostępne.

Przez chwilę zastanawiałam się nad tymi o rozmiar większymi. Luźne, wygodne, spod dżinsów nie spadną, nogawką nie wylecą, ale… jeśli konieczność rozebrania się będzie i okaże się, że zlecą? … albo, że razem z dżinsami się zsuną? Ogólnie, jakoś to pewnie bym przeżyła. W końcu byłby to ani nie pierwszy, ani nie ostatni lekarz który mnie bez majtek oglądałby. Jednak skoro to akurat nie TAKI lekarz, albo gdyby padło na jakąś pielęgniarkę? Za duże zostały odłożone na miejsce. Wizja była zbyt drastyczna, jak na porę poobiednią. Rozmiar mniejsze też odpadły, a nawet jeszcze wcześniej niż te rozmiar większe. Noszenie za ciasnych gaci jest dla mnie abstrakcją jakąś i nie bardzo wiem czemu miałoby służyć, bo wygodzie i praktycyzmowi na pewno nie, a co do walorów estetycznych fig próbujących przeciąć kobietę w poprzek, też akurat poza moimi upodobaniami jest temat.

Kilka sklepów dalej udało się jednak dobić targu. Nie do końca o to chodziło, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Zdecydowanie za to muszę przejrzeć stan moich szuflad bieliźniarek i proporcje praktycznych do nie praktycznych ubrań wyrównać… albo wybrać się na jakieś słuszne zakupy. Może jutro. W końcu i tak będę w galerii czekała na publiczny środek komunikacji… więc przecież nie muszę jechać pierwszym dostępnym, tylko następnym… lub kolejnym… zwłaszcza, że ze względu na aurę pogodową może okazać się, że Adasia jednak nie bardzo będę miała okoliczność odwiedzić. Wizyta bez odwiedzin u Adasia, się nie liczy, ale zakupy liczą się zawsze. Przydały by mi się jakieś spodnie, jednak nie zdziwię się, jeśli zamiast spodni, przytargam kolejną sukienkę… gdyż odkrywam pewną zasadę Pań w średnim wieku:

  1. Obcasy wysokie ukrywają pierwsze zbędne kilogramy.
  2. Drugie zbędne kilogramy chowają sukienki.
  3. Jeszcze coś uda się zamaskować sukienką i w butach na obcasie.
  4. Czas przestać się oszukiwać, że cokolwiek da się w jakikolwiek sposób ukryć.
  5. Można za to wyeksponować cycki, bo prawdopodobnie jest to o wiele łatwiejsze niż próba okrycia ich jakąkolwiek bluzką, która nie przypomina jednocześnie namiotu…

Zdaje się, że dobiłam powoli do punktu 3… i trochę mi z tym ciężko, zwłaszcza, że nawet biorąc pod uwagę chińskie biustonosze (które jak i chińskie obuwie, rozmiary mają w głębokim poważaniu najczęściej, a jedyne czym się chełpią, to duża lub gigantyczna wkładka „pusz-apu”), nie chcą przekroczyć magicznej literki, poza którą rozciąga się punkt 5 … który zdaje się dla mnie dostępny jest tylko w obszarze biodra i uda… przy czym nie jest to nic nowego… czyli nic się nie zmienia, tylko czas biegnie nieubłaganie do przodu…

– 50 –

Zachmurzyło się. Może to i lepiej, gdyż zdecydowanie dziś, po minionym weekendzie, słońce tylko by mnie męczyło.

Dolega mi przetlenienie oraz piekielne zakwasy w udach. Spędziłam na wolnym powietrzu raptem 1,5 dnia, czyli pół soboty i niedzielę, a efekt taki, jakbym tydzień w kamieniołomie pracowała. Owszem, kamieniołom wczoraj zaliczyłam, ale tylko wizualnie i z daleka. Patrzyłam sobie na niego spokojnie ze zboczy sąsiednich wzgórz o ile miałam siłę aby patrzeć na cokolwiek, bo bywało, że nogi przebierały gnane li i wyłącznie siłą woli. Po tej zasiedzianej zimie, moja kondycja nie istnieje. Owszem, było kilka podejść, ale nie popadajmy w dramatyzm, nie były to ani najdłuższe, ani najbardziej strome podejścia. Ledwie przeciętne, a ja bałam się, że mięśnie mi się rozpadną. Zdecydowanie jednak, całkiem miło, zaskoczyły mnie moje płuca, które tym razem nie chciały spierdzielać na Majorkę, jak to bywało drzewiej. Znaczy się, octan miedzi chyba zadziałał. Jest ohydny, ale skoro działa, to chyba go sobie jeszcze jakiś czas będę popijać, a za kilka tygodni zrobię sobie badania tych moich czerwonych donosicielek tlenowych co to mi różne numery lubią wykręcać. Zakwasy w udach to inna bajka, trzeba było się w sobotę nie spinać po drzewach jak małpka, to pewnie nic by mi dziś nie było, gdyż na wczorajszą wycieczkę udałam się już właśnie z po-drzewnymi zakwasami, ale co mi tam, ktoś się musiał zlitować nad tymi biednymi jabłonkami. Jeszcze dwie zostały, ale nimi mam zamiar zająć się w nadchodzącą sobotę.

Zdjęcia owszem będą, ale kiedy, tego nie wiem, bo ogólnie znowu mam problem z czasoprzestrzenią i niedosnem. Tego ostatniego mój człowiek bardzo nie lubi, a dziś mu to akurat dolega. Niestety jednak, w bieżącym tygodniu, rokowania na odsypianie są niewielkie. Gdyż w środę, o 4.35 się do grodu Kraka wybieram publiczną komunikacją. Miałam jechać jutro i nocować, ale jakoś nie mam przekonania. Tiktaś niestety, obawiam się, że mógłby w zakresie sprzęgła, tej wyprawy nie przeżyć. Czas zacząć się rozglądać za innym autem, ale może w maju, albo w czerwcu. W maju komunie są. Też wydatek. No i tak to się kolebie do przodu, od dnia wolnego, do dnia wolnego, których jak na lekarstwo, ale mam zamiar sobie zrobić całotygodniowy długi weekend, więc może uda mi się odpocząć. Na to liczę. W sensie, na odpoczynek wraz z odrabianiem zaległości w zakresie posiadanej wiedzy. Zdaje się, że Warszawka mi w tym pomaga, darując nam dzień wolny 4 maja i nakazując przyjść do pracy w zamian 26 maja. Ogólnie to mam ich gdzieś – urlop to urlop i już. Za takie pieniądze jak tu zarabiam, to akurat te wolne soboty są jednym z nielicznych plusów tej pracy, gdyż zarobki nim na pewno nie są. W soboty to ja i owszem, pracować mogę, jednak za wynagrodzenie, które mi to zrekompensuje, a nie że za bezcen. Tym nie mniej oddalę się właśnie do wykonywania tych czynności, za które mi jednak płacą…

– 49 –

Wiosno-lato nie odpuszcza u nas. Niestety, choć obiecują deszcz, to na razie go nie widać, a szkoda, gdyż jakieś  przelotne opady bardzo by się przydały.

Jest niedziela, siódma rano, a ja już po kawie jestem i toczę bój z szafą. To znaczy z tym, czy mam pod ręką jakieś portki w które się wbiję, a których nie muszę przerabiać, gdyż nie mam na to czasu. W-F dzisiaj mamy. Znaczy się odrabiamy W-F wyjściem w teren. Wyjście w teren ma to do siebie, że praktyczniejsze jest chodzenie jednak w spodniach, a z tym kłopot u mnie ostatnio. Deficyt mi się w szafie zrobił. Albo wywalone bo beznadziejne, albo wywalone bo za małe, a chciej coś sensownego kupić, to wszystko dziurawe… więc po co ja wywalałam moje podarciuchy?

O szafie już było, więc bezpieczniej chyba wrócić, do wyjścia terenowego. Pogoda, jak malowanie. Słońce trochę tylko ostre, jak na mój jasny obiektyw w Perełce. Jednak dla odmiany, tarniny już pięknie białe. Dla odmiany od ubiegłego roku, kiedy to nie mogły się zdecydować, czy już chcą kwitnąć, a później kwitły kiedy w zasadzie było zimno, buro i ponuro. Mnie to akurat zupełnie nie przeszkadzało, po za drobnym faktem w postaci niechęci do wychodzenia gdziekolwiek, kiedy na głowę może  w każdej chwili lunąć wiadro zimnej wody. Dziś jednak nic nie zapowiada takich ekscesów, a gdyby nawet to mam nową kurtkę. Normalnie to nie jest szczyt marzeń moich i szczerze, mam ochotę wyciągnąć z szafy moją starą poczciwinkę, ale została oprotestowana i zakazana. A. powiedziała, że nie będzie się do mnie przyznawała jeśli będę ubierać tego potargańca. Ok. Jakoś to przeżyję, acz potargańca nie wyrzucę. Jeszcze się przyda i w cale nie jest potargany, ani mocno spełznięty, zawsze był w barwach maskujących, a teraz może jest jeszcze lekko spełznięty, ale nadal daje radę.

Nie mniej jednak, wczoraj, w jednym supermarkecie, drogą kupna, nabyłam za 29 PLNów kurtkę (cena wyprzedażowa). Kurtkę funkcyjną, zieloną jak trawa na łące, więc obecnie też prawie ma barwy maskujące, ale nie pasuje mi do plecaka! Plecak jest granatowo-różowy… na pewno się nie zgubię w morzu zieleni. Szaro-zielony plecak też mam, ale to na dłuższe wyjścia, gdyż zdecydowanie jest większy… 35 litrowy plecak na krótki wypad w teren jest nieco za duży, nawet kiedy upycha się do środka aparat foto. Więc będę lansować się w czarnym plecaku… a może jeszcze zajrzę na stronę jednego serwisu sportowego, czy nie ma jakiś plecaków które bardziej korelowałyby z moją nową kurtką, oczywiście za rozsądną cenę (trochę tych plecaków nam się nagromadziło w domu, ale ciągle jesteśmy z Młodym na etapie poszukiwania tego jedynego, najwłaściwszego)… tylko, czy w niedziele z zakazem handlu, handel obnośny w Internetach też nie działa? Czy jednak działa? …

Trzymajcie się dobrze i udanej niedzieli.